Wpisy z tagiem: wegetarianskie

Zakupy

Brak komentarzy

Eeech, a ja się bałam, że wkrótce zabraknie mi tematów do notek… dog products



Byłam dziś w moim lokalnym eko sklepiku i kupiłam parę rzeczy. Moim głównym celem było wybranie nowego dezodorantu, jako że właśnie kończę opakowanie antyperspirantu Dr Nony. Oczywiście jak już wpadłam do sklepu, to w oko wpadło mi też kilka innych artykułów, które są normalnie bardzo trudno dostępne w sklepach (przynajmniej ich cruelty – free, naturalne zamienniki). 

Ok, ogólnie nie przepadam za filmikami na YT czy notkami na blogach zatytułowanymi haul czy inne takie, ale postanowiłam powklejać zdjęcia tych produktów, które dzisiaj kupiłam, ponieważ myślę, że mogą Was one zainteresować. 

Jakon naturalna odżywka do paznokci

Poza pokazanymi produktami kupiłam także wybielającą pastę Nature’s Gate, ale z jakiegos powodu zdjęcie nie wyszło najlepiej. 
Jeśli chodzi o preparat Jasona to już daweno szukałam jakiejś nietestowanej na zwierzętach odżywki do pazokci. Niekoniecznie drogeryjnej, naturalna odżywka wydawała mi się idealnym rozwiązaniem. W sklepie zauważyłam dwa takie produkty, drugi był do paznokci rozdwajających się i zniszczonych, ja jednak potrzebowałam tylko czegoś na wzmocnienie (są dość delikatne). Jak tylko poużywam jakiś czas to spróbuję zrecenzować, choć mam małe doświadczenie w tego typu produktach. 






Dwa kolejne to dezodoranty. Na Alverę skusiłam się z powodu bardzo ładnego migdałowego zapachu. Muszę powiedzieć, że wybór dezodorantów był imponujący, od dezodorantów firmy Alvera, Nature’s Gate, Kiss My Face, Jason Natural Cosmetics, Aubrey Organics, Burt’s Bees (którego nie kupuję obecnie z przyczyn wiadomych – należą do L’Oreala), poprzez kilka firm, o których w życiu nie słyszałam. Postanowiłam skusić się na te dwa. Oczywiście napiszę o nich coś więcej jak będę już o nich coś więcej wiedzieć ;)

Dezodorant Crystal jest dostępny w Polsce, o ile dobrze pamiętam to w Rossmannie, Jason powinien być dostępny w niektórych sklepach internetowych, nie wiem jak z Alverą, ale stawiałabym na sklepy online. 

dog products

Ok, ponieważ ja ostatnio tylko gadam, postanowiłam wstawić dziś szybką recenzję. Recenzja dotyczy kolejnego produktu firmy W.S. Badger, tym razem produktu do ust. 


Badger Cocoa Butter Lip Balm

Balsam kupiłam z kilku powodów. Po pierwsze, zainteresowania firmą Badger i jej składami (100% natury, już lepiej się nie da). Po drugie, z powodu zapachu (kremowe kakao? no obok czegoś TAKIEGO to ja przejść obojętnie nie jestem w stanie!) i trochę też potrzebą znalezienia jakiegoś fajnego balsamu do ust (wcześniej używałam Chap Sticka – ble, fuj, o mamusiu!, a potem balsamu Burt’s Bees, który wtedy mi zupełnie nie przypasował – teraz nie mam o nim aż takiego złego zdania, ale jednak więcej raczej nie kupię ponieważ należy do L’Oreala, a balsamów tego typu jest obecnie sporo). No i chwyciłam to cudeńko z małym borsuczkiem i pobiegłam do kasy…. (hola hola, to nie tak było, zanim do tej kasy pobiegłam, to kilka innych produktów też mi „się chwyciło” po drodze).dog products



Otworzyłam, poużywałam… i jestem, do dziś zresztą, kompletnie oczarowana tym produktem.

a. piękny, naprawdę pachnący samą naturą zapach
b. bardzo interesująca konsystencja, która przypomina w użyciu kremowy miód. Przynajmniej z tym mi się kojarzy. A do tego ten zapach…
c. skład jest po prostu genialny, nie zawiera NIC sztucznego
d. kakao pochodzi z ekologicznej uprawy i ma certyfikat Fair Trade (pochodzi ze sprawiedliwego handlu, bez wyzyskiwania pracowników w krajach Trzeciego Świata)
e. do pielęgnacji nie mam absolutnie żadnych zastrzeżeń

Ogólnie – uwielbiam. Mala wada jest taka, że konsystenca lubi się czasami trochę rozłazić, no ale kupując produkt w 100% naturalny, miałam tego pełną świadomość. Uważam, że jest to świetny produkt, szczególnie dla miłośników kosmetyków naturalnych. W planach mam wypróbowanie ich balsamóm z dodatkiem koloru. 

Żeby nie było nie było, że ja tylko gadam (co zresztą może być i prawdą, stali bywalcy tego bloga bądź mojego wątku na wizażu może nawet zauważyli, ale o tym ciiiiicho sza), to postanowiłam zamieścić po moim wielkim wywodzie recenzję. Recenzja dotyczyć będzie jednego z moich ulubionych kosmetyków i jednej z firm, którą ostatnio się żywo interesuję. Generalnie miałam w życiu do czynienia z 5 żelami aloesowymi, poza żelem Jasona jeszcze żelem Herbalife’u (pojęcia nie mam czy Herbalife testuje, jeśli ktoś ma info, to niech da znać), Aloe Vera of America, Palomy i jakiegoś żelu, którego nazwy nie pamiętam. Mam wrażenie, że Jason jest  jednym z moich ulubionych żeli tego typu.

Jason Natural Cosmetics  Jason
Po pierwsze się nie klei. Niektóre z żeli, których używałam, miały tę smutną przypadłość, że się pieruńsko kleiły. 
Po drugie, nadaje się do twarzy, zwłaszcza takiej problemowej. Choć ja generalnie nie miewam za bardzo problemów z cerą, mam okropny problem z jej błyszczeniem w strefie T, no i od wielkiego dzwonu pojawi mi się jakaś niespodzianka. Moją skórę ten kosmetyk uspokaja i nie powoduje nadprodukcji sebum. Muszę powiedzieć, że bardzo rzadko używam kremów do twarzy ( a przynajmniej używałam, obecnie przetestowałam tyle kosmetyków, że wydaje się, że mniej więcej znalazłam niektóre rzeczy do nawet nadające się do używania), to był pierwszy specyfik, którego nie bałam się kłaść na całą twarz na całą noc.
Po trzecie, nadaje się do nakładania na skórę głowy, zwłaszcza gdy skóra jest przesuszona i swędzi. Mi bardzo pomógł zwalczyć świąd, poza tym jakby lekko unosi włosy. 
Po czwarte, nakładam go na podrażnioną skórę na rzeczy w stylu zadrapania, ukąszenia, miejsca po wyciskaniu drobnych syfków na twarzy i robieniu sobie z gębuli pola bitewnego, ba, nawet na drobne oparzenia słoneczne. Koi, przynosi ulgę, uspokaja skórę. 
Do tego nie zawiera parabenów, żadnych sztucznych barwnik ów, jest biodegradowalny, a opakowanie nadaje się do recyclingu. 

Jedynym powodem dla którego do tej pory nie zamieściłam recenzji żadnego produktu Jasona był prosty fakt, że byłam w 100% pewna, iż jest on w Polsce nieosiągalny. Ponieważ jednak zbłądziłam wczoraj na stronę www.helfy.pl, wiem, że przynajmniej tam można go dostać :)

P.s. Oczywiście nie zapomniałam o serii recenzji dotyczących minerałów, niedługo wrócę do tego tematu 

ShiKai

2 komentarzy

Jako że sporo z was zapewne nie chce używać czegokolwiek z dodatkiem składników odzwierzęcych, postanowiłam dodać kolejny tag „wegetariańskie”. Myślę, że dodam też kolejny znaczek „wegańskie”, ponieważ niektórzy nie chcą w ogóle używać czekolwiek pochodzącego od zwierząt. 

Dziś chciałam krótko i węzłowato na temat mojego ukochanego kremu do rąk, który odkryłam będąc w pewnym eko sklepie i który udało mi się upolować później w Wholefoods*. Chodzi o krem ShiKai , który tak naprawdę nadaje się ponoć i do rąk i do całego ciała, ale jako zagorzały przeciwnik smarowania się balsamami, używam go tylko do rąk, przez co jest szalenie wydajny. 238 ml kosztuje, w zależności od miejsca, 8-10$ (ok 30 zł) i, choć wydaje się to drogo, mi starczy chyba na lata. Ich maleńką próbkę (30 ml za 2$) zużywałam przez miesiąc. ShiKai jest także dostępne w Wielkiej Brytanii, widziałam ich na liście BUAV. Absolutnie kocham, ubóstwiam ten krem do rąk. Po pierwsze, skład. Nic mi się nie rzuciło w oczy takiego, co by mnie przeraziło od pierwszego wejrzenia, m.in. nie widziałam parabenów. No i brak składników odzwierzęcych. Po drugie, są na liście The Leaping Bunny i mają ich króliczka na opakowaniu. Po trzecie, zapach jest po prostu niebiański, uwielbiam ten zapach. (Bardzo podobny do peelingu z Queen Helene, o którym pisałam wcześniej, ale chyba bardziej go lubię). Po trzecie, dodatek masła shea sprawia, że krem bardzo dobrze pielęgnuje moje ręce. Po czwarte, nie klei się i nie zostawia żadnego dziwnego filmu na skórze. Po piąte, mam wrażenie, że różnicę widać nawet po umyciu rąk, a nie tylko do ich umycia. Podsumowując – jak dla mnie jest to krem 10/10. Gdybym musiała wrócić do Polski nie mając możliwości nigdy więcej dostać kosmetyków, których teraz używam, ale mając możliwość zabrania ze sobą dokładnie jednego produktu, porządnie bym się zastanowiła czy to by nie był ShiKai. Gdybym miała możliwośc wzięcia 5, ten krem na pewno znalazł by się wśród nich. No i tradycyjnie – dostępny jest w 8 zapachach, z nich wszystkich tylko, zdaje się, drzewo sandałowe mnie zainteresowało, ale w tym zakochałam się bez pamięci. Jakby ktoś był zainteresowany to proponowałabym zacząć od małych opakowań – żeby się nie rozczarować np. zapachem.
ShiKai Hand&Body LotionShiKai nietestowane
* Wholefoods jest siecią sklepów, w której wszystkie produkty są pochodzenia ekologicznego, jeśli nie wszystkie, to prawie wszystkie kosmetyki są nietestowane na zwierzętach, kawy i herbaty w znacznej większości są fairtrade, można kupić ekologiczne, niestestowane środki czystości, papiery toaletowe, perfumy, jedzenie, a nawet ekologiczne ubrania – jednym słowem wszystko. Minusem sklepu są oczywiście ceny, no ale od czego są promocje ;) Dodatkową, jak dla mnie, atrakcją, jest fakt że mają tam food corner – czyli kącik z jedzeniem, gdzie można zjeśc naprawdę zdrowo, smacznie, ze sporym wyborem dań wegetariańskiech i wegańskich, przedziwnych składników, egzotycznych sałatek itp. 
Badger Sleep Balm Sleep balm konsystencja

Chyba z czasem będę się robić monotematyczna ;) Ale trudno nie być kiedy ma się swoje ukochane firmy i kosmetyczne znaleziska. 

Dziś będzie o ciekawym produkcie W.S. Badgera , zamkniętym w kolejnym ślicznym opakowaniu.
Produkt ten nazywa się sleep balm, czyli technicznie rzecz ujmując ma pomagać przy problemach ze snem. Kupiłam z ciekawości – w 100% naturalny produkt mający mi pomóc na sen? Wydawało mi się to nieprawdopodobne. Popatrzcie sami na skład:
*Olea Europaea (Extra Virgin Olive) Oil, *Ricinus Communis (Castor) Oil, *Cera Alba (Beeswax), Essential Oils of *Citrus Aurantium Bergamia (Bergamot), *Lavandula Angustifolia (Lavender), *Rosmarinus Officinalis (Rosemary Verbenone), *Zingiber Officinale (Ginger), *Abies Balsamea (Balsam Fir) and CO2 Extract of Zingiber Officinale (Ginger).

* = Certified Organic

No doprawdy, same olejki eteryczne, niby jak TO miałoby mi w czymkolwiek pomóc? Może wyjaśnię. Balsamik ten (albo raczej maść) należy wklepać w okolice skroni i po prostu pozwolić olejkom eterycznym działać podczas gdy my sobie je wdychamy całą noc.  Ja w okresie wzmożonego stresu mam duże problemy ze snem. Nie z zasypianiem, tylko samym snem. Sen jest urywany, nie dający mi ukojenia ani regeneracji. W nocy się pocę, przewracam z boku na bok, miewam koszmary, w których przed czymś uciekam, czasami mówię gorączkowo przez sen. 
Na te dolegliwości Badger naprawdę pomógł. Po użyciu go naprawdę odczułam wyraźną różnicę w jakości mojego snu. 
Umówmy się, Badger nie zawiera żadnego leku ani nie działa idealnie. Ale jak na tak niepozornie wyglądający produkt, efekty jego używania są naprawdę imponujące.
A, ten produkt raczej nie pomaga zasypiać, chociaż to chyba sprawa bardzo indywidualna. 

Skoro już o tuszach mowa, to chciałabym pokazać jednego z moich nietestowaych ulubieńców. 
Organic Wear Mascara
 Organic Wear Mascara przykuła moją uwagę w sklepie swoim fikuśnym opakowaniem. Nie żebym opakowanie uważała za wybitnie estetyczne, jest jednak na pewno oryginalne i tudno koło niego przejść obojętnie. Następną rzeczą, która mnie zadziwiła to to, że tusz ten posiada certyfikat Ecocert (?!). Jest to ponoć pierwsza linia kosmetyków z takim właśnie certyfikaten. Na opakowaniu napisane jest, że tusz nie zawiera: silnych chemikaliów, syntetycznych konserwantów, substancji ropopochodnych, parabenów, syntetycznych barwników, GMO’s (ale czemu cokolwiek modyfikowanego genetycznie miałoby wchodzić w jej skład to już nie wiem :D). 100% składników organicznych i ok 50% pochodzących z hodowli organicznej. Zamiast sztucznych włókien zawiera tylko naturalne proteiny ryżowe i skrobię (dobra, przyznaję, że ta część brzmi jak wybitne naciągactwo, bo te sztuczne włókna mnie osobiście nie przerażają, no ale co kto lubi). Szczoteczka nadaje się do recyclingu.
Tak czy siak maskara zapowiadała się naprawdę ciekawie i od dawna chciałam ją wypróbować. Bałam się tylko, że – mówiąc kolokwialnie – będzie to totalne badziewie. Jakże pozytywnie się zaskoczyłam, gdy zaczęłam jej używać! :)
plastikowa szczoteczkaMaskara jest bardzo przyjemna w użyciu. Ma plastikową, nie za dużą i nie za małą szczoteczkę, która nabiera idealną ilość tuszu. Dzięki temu się nie maże i nie odbija na górnej powiece. Nie musi się uleżeć przed użyciem. Przy pierwszej wartswie daje efekt dość naturalne, ale przy drugiej już się rozkręca. Efekt? Ślicznie rozczesane długie rzęski, które zalotnie okalają oko jak prawdziwa firanka. Jedyne do czego mogę się przyczepić to to, że
a) nie pogrubia (ALE: przy moich długich cienkich rzęsach nie skleja ich, tworząc kilka długaśnych rzęs, jak to wiele innych tuszy miało w zwyczaju, tylko ładnie rozdziela i podkreśla, więc ten efekt i tak mi się podoba)
b) nie jest wodoodporna – i kiedy mam na myśli, że nie jest, to naprawdę nie jest. Warte podkreślenia jest jednak to, że kiedyś miałam ją na rzęsach  złapała mnie kompletna ulewa i stresowałam się, że mam pandę dookoła oczu i że wyglądam tragicznie, nic takiego się jednak nie stało. Tusz po prostu zniknął z rzęs. Może się jednak rozmazać
c) maskara może szczypać przy dostaniu się do oka. Zawiera coś takiego, że może powodować uczucie dyskomfortu, zwłaszcza przy kontakcie z wodą lub podczas zmywania makijażu (nie jest to na pewno wina mleczka, czytałam w recenzjach na make-up alley, że inne użytkowniczki miały to samo). MNIE to nie przeszkadza, bo nie mam bardzo wrażliwych oczu, ale warto na to zwrócić uwagę przy decydowaniu się na kupno. Ogólnie jednak – polecam. U mnie oceniam ją 7/10 (jedna z ulubionych, ale jednak przez to szczypanie plus nieteatralny efekt nie zasługujena więcej. Ma za to u mnie duży plus za naturalne składniki, fajną szczoteczkę i rozczesane, mocno podkreślone rzęsy)
A, Physicians Formula nie jest niestety firmą dostępną w Polsce, ale natknęłam się na nią ostatnim razem jak buszowałam na allegro, więc jakby ktoś był zainteresowany, to na pewno można ją tam dostać. Cena tuszu ok 30-40 zł.

Skoro miało być bardzo zagranicznie i bardzo egzotycznie z moim blogiem i zdjęciami, postanowiłam dodać wreszcie coś bardziej zagranicznego. Jednym z kosmetyków – odkryć ( i w zasadzadzie w ogóle firm kosmetycznych cruelty – free) 2010 roku był dla mnie preparat do skórek formy W.S. Badger Cuticle Care. 

Badger Cuticle Care 2Cuticle Care 4
W.s. Badger jest firmą stosującą wyłącznie ( albo prawie wyłącznie) naturalne składniki, większość z nich z certyfikatami Organic. Posiadają w swojej ofercie dość sporo dziwnych (bądź, dla niektórych, ciekawych) kosmetyków, w tym właśnie – preparat do skórek. 
Opakowanie jest bardzo przyjemne, małe, poręczne, metalowe, ze ślicznym obrazkiem borsuczka. Muszę powiedzieć, że opakowania i składy to duży plus tej firmy.
Na początku do ich preparatu do skórek nie byłam zbyt przekonana. Dziwna konsystencja (przypomina mi nieco stare preparaty propolisowe, takie trochę toporne, nie bardzo kremowe), dość dziwnych zapach (zasługa trawy cytrynowej w składzie) i działanie, co do którego nie byłam przekonana. Muszę jednak przyznać, że zdanie zmieniłam całkowicie po użyciu tego preparatu w zimie, gdy moja skóra wokół paznokci była popękana, oskubana i wyglądała, delikatnie mówiąc, bardzo średnio. Preparat nałożyłam wieczorem, kompletnie zrezygnowana z powodu tego, że żadne kremy do rąk nie dawały sobie ze stanem moich palców rady. I tu, muszę przyznać, Badger poradził sobie wspaniale i obudziłam się z zagojonymi (choć oczywiście nie wyleczonymi w 100% po jednym użyciu) dłońmi. Ukoił, poprawił stan skóry. Od tej pory polubiłam go bardzo i już zużyłam ponad połowę, a do zapachu tak się przyzwyczaiłam, że zaczęły przeszkadzać mi perfumowane produkty. 
Ogólnie:
+ fajny skład
+ bardzo poręczne opakowanie
+ interesujący, naturalny zapach (ale trzeba do niego przywyknąć)
+ dobre działanie (czy jest moim ulubieńcem to nie wiem, ale lubię go)
+ cena nie jest niska, ale nie tragiczna – ok 5 – 6$ (ok. 15-20 zł)

  • RSS