Wpisy z tagiem: weganskie

Jak wiecie, miałam ostatnio kupę stresu. Na szczęście wszystko dla nas skończyło się dobrze, teraz nawet układa nam się wyśmienicie, urlop, nowe mieszkanko, które jest nieporównywalnie lepsze od poprzedniego, wyprowadzka, wspaniałe plany na lato – jednym słowem kupę szczęścia w kupie nieszczęścia. Jednak stres był i pozostał. Do dziś jak ktoś wspomina słowem tornado to dostaję ataku nerwowego (jakoś tak siła wyższa, przeżyłam prawdziwe chwile grozy). Jednym słowem STRES. A żeby pozbyć się stresu, jak dla mnie, prawie wszystkie chwyty dozwolone ;) 


A tak serio to aromaterapia ma ogromny wpływ na moje samopoczucie i ostatnio w ruch poszły moje najulubieńsze gadżety pomagające technikom relaksacyjnym – olejki do masażu Kanu


Kanu czekolada pomarańcza Kanu zielona herbata

Na olejki Kanu trafiłam kiedyś przez zupełny przypadek (chyba w jednej z mydlarni) i zakochałam się w nich bez pamięci. Pierwszym z ich olejków, który padł moją ofiarą był olejek o zapachu czekolady i pomarańczy. Kocham, po prostu kocham ten zapach. Oczywiście trzeba uważać, gdyż zapach jest bardzo słodki i dla niektórych może być wręcz mdły i nieprzyjemny, dlatego też polecam jego powąchanie przed zakupem ;) 
Kolejnym z tej serii była zielona herbata. Świeży, ale delikatny, bardzo bardzo przyjemny. Te olejki to moje Kosmetyki Wszech Czasów w tej kategorii. Używam ich od prawie 3 lat. 

a) szalenie wydajne
b) wspaniały wybór zapachów
c) lekka konsystencja
d) nie brudzą ubrań
e) nie stają się lepkie podczas masażu, jak wiele innych środków do masażu ma w zwyczaju – a czego nie cierpię, nie znoszę
f) nie brudzą ubrań
g) nie są lepkie ani bardzo oleiste
h) nadają skórze jedwabistą gładkość
i) uspokajają
j) wyrób wegański, polski i oczywiście nietestowany na zwierzętach (ale to się rozumie samo przez się, prawda? ;) )

Każdemu, kto lubi takie gadżety bardzo serdecznie polecam. Idealne też na prezent. 

Dzisiaj kolejna notka o różach mineralnych. Chodzi o róże firmy Signature Minerals. Najpierw trochę o samej firmie. Zainteresowałam się nią, ponieważ sprzedają próbki, na dodatek darmowe próbki. Jedyne co to trzeba zapłacić za przesyłkę (ale w przypadku gdy i tak chcemy od nich coś kupić, próbki są zupełnie darmowe). Kosmetyki oczywiście nietestowane na zwierzętach. Jednorazowo można zamówić komplet 6 darmowych próbek, ale przy każdym nowym zamówieniu można zamówić kolejny komplet.  Darmową próbkę konkretnego koloru można zamówić tylko raz, ale istnieje szansa zamówienia płatnej próbki tego samego koloru/odcienia (2.5 $, które przy różach i cieniach starcza na naprawdę długo) ile razy nam się żywnie podoba. Poza tym można wybrać 6 próbek spośród wszystkich oferowanych produktów – cieni, róży, pudrów, korektorów, podkładów. Dodatkowo, jeśli mamy ochotę złożyć większe zamówienie, a nie tylko na 6 kolorków, zawsze można dokupić kolejne kolory za 2,5$ w tym samym zamówieniu. (Ja na przykład zamówiłam 8 próbek, 6 było darmowych, za 2 zapłaciłam).

Co do przesyłki – była po prostu błyskawiczna. Mieszkam dość blisko siedziby firmy i przesyłka doszła do mnie następnego dnia po zamówieniu! Musiała być wysłana dosłownie godzinę po złożeniu zamówienia. Smiley
Co do samych kosmetyków nie mam zastrzeżeń, ale za to mam przestrogę dla zainteresowanych – uważajcie z wyborem kolorów, odcienie sa naprawdę dla bladziochów. Bronzer, który kupiłam, z powodzeniem może mi służyć w lecie jako podkład, a ja jestem naprawdę bladolicą blondynką ;)

A teraz swatche róży:

Signature Minerals BlushesSignature Minerals blushes
Swatches SM seashell, rose, adobe sun Signature Minerals swatches
Róże są bardzo bardzo delikatne na policzkach. Nie da się prakycznie nimi zrobić sobie krzywdy, nie są zbyt widoczne. Idealne dla osób, które dopiero próbują swoich sił z różami, natomiast nie polecam osobom lubiącym mocny rumieniec. Szczególnie Seashell jest bardzo transparentny i w zasadzie niewidoczny. Moim zdecydowanym ulubieńcem jest Adobe Sun – piękny delikatny, jakby wpadający w łososiowy odcień. 

Starałam się pobawić światłem i ustawieniami, żeby pokazać kolory w różnym świetle. Myślę, że najbardziej zbliżone do rzeczywistego koloru jaki róże dają na policzkach jest zdjęcie trzecie. 

P.s. Dopiero zdałam sobie sprawę, że nie wszyscy o tym wiedzą, ale na wizaż.pl (nie, to nie jest kryptoreklama, ja po prostu stale tam przebywam :D) co jakiś czas organizowane są wspólne zamówienia do przeróżnych firm typu firmy mineralne, Elf, NYX – również do Signature Minerals. 

Niby ciągle jestem na tym blogu, a tak jakoś się czuję, jakby mnie już tygodniami nie było. Może więc czas na nową recenzję. 


Dzisiaj będzie o jednej z firm, co do której nie jestem pewna czy można ją dostać w Polsce. Sama przykuła moją uwagę, bo miała nalepkę Premium w Wholefoods, co znaczy, że to jedna z lepszych oferowanych marek (wersja De Luxe ;), a poza tym miała bardzo ciekawy, pozbawiony wielu dziwnych nazw, skład. Nie mówiąc już o tym, że chwilę wcześniej wąchałam ich masło do ciała, w którym to zapachu zakochałam się totalnie. Ponieważ cena zdecydowanie przekraczała moje mozliwości,a moje oczęta szybko przyuważyły stojącą nieopodal odżywkę do kudłów i biorąc pod uwagę, że pilnie potrzebowałam czegoś do włosów – zdecydowalam się, że wezmę odżywkę, licząc na ten sam zapach. (O ja naiwna. teraz mam nauczkę, że 2 RÓŻNE produkty tej samej firmy nawet o takiej samej nazwie i tym samym zapachu wcale nie muszą pachnieć tak samo ;) Mowa o Hugo Naturals .

Hugo Naturals Hugo Naturals 2


Mam pewne trudności z oceną tej odżywki z kilku powodów. Po pierwsze, zapach odżywki drastycznie się różni od zapachu masełka o ciała, przez które to masełko pomyślałam o odżywce (miał być ten sam: vanilla & sweet orange). Zapach masła był bajeczny, delikatny,ale przyjemny, zapach tego czegoś jest doprawdy dziwny. Jakbym wyczuwala nuty naturalnych drożdży w niej? (kto kiedykolwiek używał na włosy własnoręcznie zrobione maseczki z dodatkiem drożdży piwnych ten wie jakie to jest dramatyczne, śmierdzące przeżycie – no ale czego się nie robi dla urody). No dobrze, to jeszcze można przeżyć, zapach nie tragedia, nie po to w sumie kupowałam, odżywka to nie perfumy chociaż nie do końca tego się spodziewałam. Czasami mnie tylko takie wątpliwości nachodzą, że strach pomyśleć co czuje mój mąż jak mnie przytula :> No ale się oficjalnie nie skarżył, więc dla spokoju sumienia przyjmę, że zapach na włosach nie zostaje ;) (Nie jest mocny, ale jakiś taki…dziwny). Po drugie, odżywka się dość ciężko spłukuje. Nawet jeśli mam wrażenie, że tym razem to już nie mam nic na głowie, często budzę się z dziwnymi włosami (widać, że coś wciąż na nich jest). Tu jednak muszę powiedzieć, że po takiej nocy spędzonej z niespłukaną odżywką na głowie odkryłam jej bezapelacyjne zalety jako maski do włosów ;) Po zostawieniu tej nieznacznej ilości na włosach na noc i umyciu głowy ponownie rano byłam naprawdę zaskoczona. Włosy były mięciutkie i bardzo miłe w dotyku, wyglądały zdrowiej, ładnie się układały. 

Jednym słowem nie doszłam z tym produktem do ładu jako odżywką, ale serdecznie polecam używanie go jako maski bądź jak olei do włosów – nałożyć PRZED umyciem głowy ;) W takim przypadku można jej używać rzadko (ja np używam ok. 1 w tygodniu), przezco robi się szalenie wydajna (ja jestem w jej posiadaniu od listopada, a zużyłam może 1/4).

Fajny skład i wcale nie aż tak wygórowana cena (zdaje się w granicach 10$). Brak jakichkolwiek substancji ropopochodnych, parabenów, sztucznych kolorów, zapachów, składników odzwierzęcych. SLSów. Wielbiciele kosmetyki naturalnej byliby z niej pewnie zadowoleni. Zapach jest minusem (jakby ktokolwiek tego nie wyłapał z moich dywagacji wcześniej), ale do przeżycia. 

Zgodnie z obietnicą zamieszczam pierwsze swatche i krótką recenzję kosmetyków mineralnych Everyday Minerals, tym razem róży.


Może na początek wyjaśnię, że wszystkie pokazane róże są próbkami, które dostałam zupełnie za darmo przy zakupie zestawu cieni Utopia Blooms, ponieważ jakaś dobra dusza umieściła na blogu informację, że EDM ma tygodniową promocję i przy użyciu promo codu (coś, co trzeba wpisać w rubryczkę promo code przy robieniu zamówienia), dostaje się darmowy zestaw 5 próbek przy zakupie powyżej 25$. Dodatkowo dostałam też darmowy zestaw próbek podkładów, ale to jest standardowa promocja (warto kupować na amerykańskiej stronie EDM, ponieważ do każdego zakupu można dostać darmowy zestaw próbek podkładów, pudrów albo róży). Jedynym mankamentem takiej promocji było to, że kolorów róży nie mogłam sobie wybrać, prawdopodobnie dostałam taki zestaw z uwagi na jasne próbki podkładów, jakie zamówiłam. 
Od razu zaznaczam, że bardzo trudno sfotografować te róże tak, żeby miały taki kolor jak w rzeczywistości, ale zrobiłam co mogłam. Zdjęcia wykonane przy oknie w słoneczny dzień.
Jeśli chodzi o mnie, to jestem panikarzem przy używaniu różu. Zawsze mi się wydaje, że wyglądam nienaturalnie i że kolor jest za ciemny (reminescencje po koleżankach, które zawsze używały różu w zły sposób i w nieodpowiednim kolorze i zawsze wyglądały strasznie sztucznie). Dlatego dla osób takich jak ja, które dopiero niedawno rozpoczęły zabawy z różem, Nick Nack i Soft Touch są idealne. Nie da się z nimi przesadzić i zrobić swojej buzi krzywdy (choć kolor można stopniować i można trochę zwiększyć ich intensywność na policzkach), polecałabym osobom bladym i początkującym. W rzeczywistości te odcienie się dorobinę bardziej różnią, ale niewiele, więc którykolwiek z nich byłby w sam raz. Salon Fun jest już trochę ciemniejszym odcieniem, na blogach i YT tego typu odcienie nazywa się czasami odcieniami berry, jeśli wiecie o co mi chodzi (takie idące bardziej w malinkowe odcienie). Tea Time i Sand Cherry należą do kategorii pomarańczowawych i z tymi trzeba ostrożnie. Z Sand Cherry nie można przesadzić, tym bardziej że jego nierówne nałożenie daje dziwny efekt na twarzy, poza tym Sand Cherry jest z błyszczącymi drobinkami, czego ja osobiście nie znoszę (nie po to staram się używać najjaśniejszego różu, żeby przyciągać uwagę błyskiem na policzku jakby mi brokat z włosów albo oczu się osypał na policzki). 

Ogólnie polecam zakupy w EDM, głównie z powodu licznych promocji i możliwości zakupienia próbek (co ma kapitalne znaczenie gdy się nie trafi z kolorem, nie trzeba wtedy zostać z pełnym opakowaniem produktu, który dla nas nie działa). Zdaję sobie sprawę, że EDM wysyła obecnie do Polski tylko drogą przesyłką (domyślam się, że ginęły paczki), dlatego chyba więcej sensu ma kupowanie z polskiej strony - 
http://kosmetyki-mineralne.com/
Niestety zauważyłam, że na polskiej stronie nie ma dostępnych aż tylu promocji co na stronie amerykańskiej, no ale tu każdy musi zadecydować za siebie. 

Polecam te produkty, gdyż EDM to taka firma, którą według mnie warto wypróbować. Na pewno nie podpasuje każdemu, ale wybór kolorów jest obłedny, poza tym wybór efektów, jakie można nimi uzyskać (wykończenia matowe, perłowe, błyszczące) i możliwość zamawiania próbek (próbki kosztują, na stronie którą podałam, zdaje się 5zł) sprawiają że jest to firma bardzo atrakcyjna do wypróbowania. Nie mówiąc już o naturalnym składzie i niepodkreślaniu porów (bardzo się zraziłam do tradycyjnych róży kiedy, jeszcze gdy nie byłam świadoma testowania na zwierzętach, kupiłam bardzo drogi róż Lorac, który kompletnie się nie sprawdził, powodując, że po jego użyciu skóra wyglądała jak nienaturalna maska – a zawsze używałam minimalną ilość). 

Na blogu o kosmetykach nietestowanych na zwierzętach nie może zabraknąć wzmianki o firmie Everyday Minerals oraz o innych firmach mineralnych – przede wszystkim dlatego, że w zasadzie wszystkie firmy mineralne (ale prawdziwe mineralne, nie jakieś tam pdeudomineralne linie L’Oreal, Max Factor czy inne takie) są nietestowane na zwierzętach.


W zasadzie z firm mineralnych próbowałam tylko EDM, Rhea, Signature Minerals, Lucy Minerals i Detrivore. Piszę ‚tylko’ ponieważ firm mineralnych jest znacznie znacznie więcej, niektóre bardzo się między sobą różnią i tak naprawdę każdy może wśród nich znaleźć coś dla siebie. 

Dzisiaj chciałam wstawić tylko zdjęcia mojej kolekcji cieni EDM (to wszystko są próbki pochodzące z limitowanej serii Utopia Blooms). Częśc kolorów jest niestety z limitowanej edycji, ale spora ich część jest do dostania w regularnej sprzedaży. Recenzję, swatche, porównania oraz opis innych produktów zostawiam na później (sporo do opisywania, poza tym potrzebuję zrobić więcej zdjęć). Jestem w posiadaniu cieni, pędzli, róży, próbek podkładów i pudrów, korektora oraz balsamu do ust, tak więc rzetelny opis tych produktów może zając trochę czasu i wymagać odrobinę więcej roboty.
cienie EDM
Po kliknięciu na zdjęcie zobaczycie je w powiększonej wersji. Dzięki temu lepiej widać kolory i można rozpoznać nazwy kolorów na denku opakowania. Przyjemnego oglądania!

Dzisiaj będzie trochę o firmie Yes to. Kto nie zna firmy, powinien może o niej usłyszeć, ponieważ jest to marka ogólnie dość dobra, reklamująca się jako produkująca kosmetyki głównie ze składników pochodzących z warzyw i owoców, choć zdecydowanie nie za tania. Dostępna w Polsce ( o ile się nie mylę to w Sephorze). 

Ogólnie od razu muszę Was uczulić, że jestem zdania, iż każda firma, nawet najtańsza, ma kilka perełek w swoim asortymencie i każda firma, nawet najdroższa, wypuściła na pewno pewną liczbę bubli, a jeśli już nie totalnych bubli, to choćby kosmetyków przeciętnych. Co do Yes To, to dużo dobrego o nich słyszałam i powoli postanowiłam się sama przekonać co do tego na własnej skórze. Chwilowo posiadam bodajże 2 produkty tej firmy, jeden z linii Yes to Tomatoes, drugi z linii Yes to Cucumbers. Dzisiaj chciałabym napisać parę słów o tym drugim produkcie.


Yes To Cucumbers Yes To

Na zdjęciach przedstawione są chusteczki do demakijażu (i ogólnie odświeżania twarzy). Jak pewnie się domyślacie, kupiłam je na promocji ( a jakże), tym razem w  sklepie Target. Regularna cena to, zdaje się, 6-7 $ (18-23 zł), dokładnie nie pamiętam. 

Byłam zainteresowana chusteczkami kolejnej firmy, ponieważ jakiś czas temu odkryłam ich przydatnośc w podróży, zwłaszcza samolotem. Używałam już tego typu produktów paru firm… i muszę powiedzieć, że te mnie odrobinę rozczarowały. Nie mówię, że są fatalne, ale, jak za taką cenę i w sumie jak na tak porządną firmę to spodziewałabym się więcej. Są dobrze nasączone, dość szczelnie zamknięte i wygodne w użyciu, to prawda. Nie mają też narzucającego się zapachu, co uważam za plus. Mogą służyć jako swoistego rodzaju środek do demakijażu i tonik. Co mi się w nich nie podoba, to a) nie uważam, żeby świetnie zmywały makijaż (bardzo podobnie, o ile nie gorzej, od kilkukrotnie tańszych chusteczek Cleanic, dostępnych w Polsce za parę złotych) b) zawierają coś takiego, że odrobinę podrażniają mi oczy. To znaczy, żeby oddać im sprawiedliwość – ze zmywaniem makijażu w końcu sobie poradzą, ale walka z dokładnym zmyciem każdegedo elementu przypomina mi szorowanie podłogi proszkiem. I mimo, że też można by rzecz, że chusteczki czyszczą „bez zarysowań” ;), to na moim oku zwyczajnie męczą mnie takie eksperymenty.

Ogólnie: produkt może i fajny, wydajny, porządna firma z podobno dobrymi składami, ale te chusteczki można sobie darować. Dla zainteresowanych produktami Cleanic – link

Dziś coś dla ludzi lubiących kosmetyczne gadżety (czyli m.in. – dla mnie ;) ) Jedno z moich najnowszych odkryć tego roku – firma Pacifica . Na stronie możecie zobaczyć, że produkują wiele pachnideł, pod czym rozumiem mydła, świeczki, masła, mleczka, a także perfumy. Ceny nie są niskie, ale nie są wybitnie wysokie. Pomimo tego radzę kupować w miejscach takich jak TJ Maxx (TK Maxx), o którym to sklepie będę pisać w specjalnej notce, jako że myślę, że warto na niego zwrócić szczególną uwagę lub na promocjach (swoje produkty kupiłam za połowę ceny w Wholefoods). 


Pacifica French Lilac Pacifica Orange Blossom Pacifica Spanish Amber 
Pacifica opakowania Pacifica

To co widzicie na zdjęciach to nic innego jak tzw. stałe perfumy (solid perfume). Są to perfumy w kremie, a w zasadzie maści, biorąc pod uwagę konsystencję. Dostępne na stronie w 24 (!) wersjach zapachowych. Muszę powiedzieć, że z tymi perfumkami lepiej ostrożnie, gdyż niektóre zapachy mogą być nieco dziwne, dlatego gdyby ktoś się zdecydował, osobiście radziłabym albo jak ma się okazję je powąchać w sklepie (TK Maxx?), albo zamawiać zapachy, które brzmią znajomo (np. French Lilac czy Rose, Jasmine, Coco, Sandalwood. Nazwy dziwnie brzmiące mogą też być dziwnymi zapachami). Kupiłam w sumie 4 opakowania, 1 dla siebie i resztę dla przyjaciół w Polsce (odiwedzam Polskę w wakacje!). Są to małe, przyjemne gadżety, w malutkich opakowaniach, w sam raz żeby nosić je w torebce. Użyłabym na randkę np. do kina, kiedy zawsze można odświeżyć się w toalecie ;) Ogólnie nie jest to zapach trwały jak prawdziwe perfumy, trzyma się dość krótko, jest natomiast przyjemny w użyciu i zupełnie naturalny. Skład: organic coconut i soy wax (czyli kokos i wosk sojowy!). Polecam osobom lubiącym takie rzeczy oraz na prezenty. 

Moja wersja zapachowa to Spanish Amber. Nie do końca wiem jak opisać ten zapach, ale jest taki jakby orientalny, drzewny. Trochę przypomina mi mieszankę drzewa sandałowego i kadzideł… ciekawy. Na opakowaniu napisane, że poza tymi 2 składnikami, ta konkretna mieszanka zapachowa zawiera sandalwood, labdanum, geranium i elemi (z tego niestety znam tylko drzewo sandałowe i geranium :D)

A no i jeszcze odnośnie rekomendacji kupić/ nie kupić. Powiem tak. Jeśli ktoś ma trochę pieniążków na zbyciu albo lubi kosmetyczne nowości, to jasne, bardzo fajna rzecz (zwłaszcza przeceniona). Tak samo jesli ktoś szuka niebanalnego prezentu dla rodziny czy przyjaciółki. Natomiast jesli komuś zależy na prawdziwych i trwałych perfumach, to tym produktem się raczej rozczaruje i nie polecałabym.
Dziś tylko na chwilę, opowiedzieć trochę o moich przygodach z firmami mineralnymi. Zanim się zdecydowałam, poczytałam sobie trochę o różnych firmach w internecie i rozejrzałam się za tymi, które oferują próbki lub inne promocje. Z kilku firm, których róże próbowałam, najbardziej, jak dotąd, przypadły mi do gustu właśnie matowe róże Lucy Minerals. Jestem jasną blondynką, która wygląda najlepiej w ciepłych kolorach. Jak widać na zdjęciach, Matte Apricot jest bardzo delikatnym różem w odcieniu brzoskwiniowym, dodającym tylko lekko kolorku. Bardzo go lubię jako róż na co dzień. Poloecam szczególnie bladzioszkom lub osobom lubiącym delikatny rumieniec ;) Dodatkowy plus za mineralny, zdrowy skład. Róże niestety nie są wybitnie trwałe, nie przetrzymają na pewno całego dnia na policzkach, ale taka już chyba natura tych kosmetyków. Dodatkowy plus za niepodkreślanie porów i niedoskonałości. Ogólnie – bardzo je lubię. Natężenie koloru można stopniować. Bardzo fajne w Lucy Minerals jest to, że często mają promocje na stronie (kiedyś mieli promocję darmowa przesyłka międzynarodowa) i to, że można kupować próbki, nie trzeba więc przepłacać w ciemno. Poza tym częste promocje tygodnia – a ten sposób dostałam darmowy cień do powiek od nich. 

Lucy Minerals róże Lucy Minerals tył

Lucy Minerals swatche 

O hydrolatach rozpisywałam się trochę więcej w jednej z moich poprzednich notek, tu chciałabym tylko szybciutko zawrzeć swoje przemyślenia po kilku dniach używania hydrolatu różanego (kupiłam wreszcie inną buteleczkę z atomizerem, bo ta z Bu po jakimś czasie pryskała mi na twarz sążnym strumieniem ;) ) Jak na razie efekty przeszły moje najśmiejsze oczekiwania. Twarz jest rozświetlona, odżywiona, wręcz o różanym kolorycie (przeglądam się często w lustrze jak podekscytowana nastolatka, taką widzę różnicę w moim obliczu).

Ale tak żarty na bok, hydrolat różany podpasowal mi bardzo bardzo, szczególnie widzę go jako fantastyczną mgiełkę do twarzy w okresie letnim, kiedy często się pocę i jest mi gorąco, po wstawieniu go do lodówki. Jestem bardzo zadowolona z efektów i całkowicie zachwycona zapachem. Uważam, że szczególnie będą z niego zadowolone osoby lubiące różany zapach, bo można go używać, nawet jeśli już nie dawałby takich spektakularnych efektów, dla samego połechtania zmysłów. Bardzo bardzo fajny produkt (zresztą jeden z licznych z Biochemii Urody). Swoją drogą, Biochemia Urody ma fantastyczną obsługę klienta – są sympatyczni, szybko odpisują na maile, służą pomocą. Kompetencja w każdym calu. 
Zapomniałam dodać, że jednym z powodów, dla którego mi osobiście hydrolaty bardzo podpasowały, jest ich „konsystencja”, a raczej forma. Jestem bardzo niezdycplinowana jeśli chodzi o kładzenie czegokolwiek na moją szyję bądź dekolt, a to są takie miejsca, które bardzo często są odsłonięte, czyli choćby narażone na działanie czynników atmosferycznych. Czy „psikanie” na nie hydrolatem coś naprawdę da – jeszcze nie wiem – ale jestem gotowa sprawdzić, bo to jeden z tych produktów, które mnie na skórze nie denerwują. (W przeciwieństwie do balsamów czy maseł.)

Urban Decay

UDNa cienie firmy Urban Decay trafiłam zupełnie przypadkiem. Moja pierwsza wypłata tu w Stanach, weszłam z wypiekami na twarzy do sklepu i mój wzrok padł na półkę z tą firmą. Prawdę powiedziawszy, nigdy wcześniej o nich nie syszałam. Śliczne małe pudełeczka, wzięłam jedno z nich do ręki i zaczęłam oglądać. Po chwili moją uwagę przykuł znaczek króliczka. Tak się przyjrzałam, przyjrzałam – no bo to w sumie drogeria była, a nie sklep z zabawkami, a ten króliczek taki jakiś był zabawny, z długimi uszami. (Jeśli kojarzycie króliczka Pety, to on jest taki trochę zabawny, trochę taki jakby z kreskówki pochodził). W ten oto sposób odkryłam, że niektóre firmy nie testują na zwierzętach. Ze sklepu wyszłam oczywiście z cieniem w dłoni. (O ja niemądra, trzeba było nie kupować, a teraz już po ptokach – kto raz w UD wpadnie, ten już nie da rady o tym zapomnieć ;) )
Ale, cienie cieniami, pudełeczka pudełeczkami, natomiast szoku, jaki przeżyłam po otworzeniu pudełeczka i przejechaniu po cieniu palcem nie da się porównać z niczym. Tak miękkiej, jedwabistej, cudownej konsystencji nie miały żadne cienie jakich do tej pory używałam, a używałam już wielu. Te cienie mnie po prostu wbiły w fotel. To samo było przy ich aplikacji – po prostu czysta przyjemność. Cienie „płyną” po powiece, a nie się nakładają, nie ma mowy o osypywaniu się, ścieraniu, plackach ciemniejszego i jaśniejszego koloru czy problemach z rozcieraniem. Pięknie mieszają się z innymi cieniami i łatwo zatrzeć ich granice. Na bazie trzymają się nie do opisania długo, bez bazy zresztą też. I ta niewyobrażalna pigmentacja! Te cienie to jest po prostu TO. Są moim absolutnym numerem JEDEN (zwłaszcza matowe cienie pojedyncze, np. ich paletka Naked, tak wychwalana, przypadła mi do gustu odrobinę mniej). 
Nakładam go zawsze palcem, ponieważ nabieranie cienia UD z pudełeczka to taki mój fetysz teraz ;)
Na koniec niestety smutna wiadomość – w trakcie pobytu w Polsce skusiłam się na allegro na cienie pojedyncze UD, bo takie tanie były i te same kolory…. Niestety po otworzeniu cieni nie było zachwytów. To, co do mnie przyszło było na pewno ogólnie dobrej jakości, ale porównując do mojego cienia kupionego w Stanach to jednak nie było to… Jakaś taka bardziej gumowa konsystencja i komfort używania też nie ten sam. Chociaż pudełeczka wyglądały na identyczne, może odrobinę kolor inny, na nalepce odrobinę mniejszy druk. Osoba, która mi to sprzedała zapierała się rękami i nogami, że to oryginalne cienie (chociaż skąd by takie cienie oryginalne za pół ceny wytrzasnęła, to ja nie wiem), ale ja jakoś do dziś mam obawy. Cieni nie używam, a i niesmak pozostał. Dlatego też odradzam kupowanie tych cieni na allegro i osobiście polecałabym kupienie ich bezpośrednio w Wielkiej Brytanii (w sklepie albo może na stronie internetowej), bo ze strony producenta w Stanach UD niestety nie wysyła do Polski.

  • RSS