Wpisy z tagiem: szminki

Witam wszytskich po długiej przerwie i postanawiam poprawę!

Tak jak obiecałam, powracam z serią nowych recenzji. Jak zapewne pamiętacie, po moich wybrykach zakupowych podczas pobytu w Polsce obiecałam sobie zawiesić działalność zakupową na jakiś czas… jak się jednak okazało, w podróży zawsze okazuje się, że czegoś się zapomniało…. : i tym oto sposobem wpadło mi w ręce parę zupełnie prozaicznych i całkiem niedrogich kosmetyków. Także poużywałam wreszcie niektóre kosmetyki zakupione w Polsce i mogę wreszcie coś więcej na ich temat powiedzieć. 

Dzisiaj parę słów o pomadce Catrice Ultimate Shine. Na razie nie zrobiłam zdjęć, ale chodzi o te pomadki: 
http://www.catrice.eu/products/lips/lipstick/detail/product/ultimate-shine-080.html
 Można je dostać w większych Drogeriach Natura za zazwyczaj dość przystępną cenę. Byłam bardzo ciekawa tych pomadek po obejrzeniu sama-nie-wiem-ilu niemieckich filmików na You Tubie. Co mogę powiedzieć:

+ wybór kolorów jest przystępny, choć niezwalający z nóg
+ pomadki mają dość sensowną cenę
+ bardzo podoba mi się efekt, jaki dają na ustach, nawet ciemne kolory nie dają efektu pani spod latarni. Usta są ponętnie błyszczące i uwodzicielskie, ale w moim odczuciu nie tanie (jako jasna blondynka muszę bardzo uważać z kolorem ust i choć mocniej podkreślone usta czasami wyglądają u mnie bardzo seksownie, znacznie częściej dają okropny, przejaskrawiony efekt). Udało mi się też upolować kolor dla mnie idealny, w związku z tym mają one u mnie podwójnego plusa

http://zaazu.com

- niestety nie są aż tak łatwo dostępne jak by się wydawało, we Wrocławiu widziałam je tylko w Magnolii
- nie są najbardziej wydajne na świecie, po miesiącu używania pozbyłam się już ok. połowy
- efekt, jaki dają na ustach jest piękny, ale krótkotrwały, mniej więcej jak przeciętnej jakości błyszczyka, dlatego też używam ich najczęściej jak chcę zrobić dobre pierwsze wrażenie ;) 
- podczas posiłków zostawiają warstwę koloru na sztućcach bądź szklankach (niby nic zastanawiającego przy efekcie błyszczyka, no ale bywa to deprymujące)

Ogólnie bubel to to nie jest, ale nie polecam spodziewać się po nich za dużo. Osobiście pewno kupię kolejne opakowania jak mój ulubiony kolor się skończy, ponieważ zakochłam się od pierwszego wejrzenia w efekcie, jaki te pomadki oferują na ustach. Natomiast osobom z mniejszym poziomem cierpliwości polecam matowe pomadki Revlona – efekt może nie ten sam, ale za to spokój na kilka godzin. 

Colorstay 225Było już trochę o jednej z moich ulubionych szminek, Revlon Colorburst, teraz więc powinnam powiezieć trochę więcej o mojej ulubionej, jak do tej pory, serii szminek revlona – Colorstay. Jedynym powodem, dla którego zainteresowałam się serią Colorburst były, poza oczywiście świetnymi opiniami na You Tubie, moje wcześniejsze doświadczenia z Colorstayem. 

Muszę powiedzieć, że nigdy nie przepadalam za szminkami. Szybko schodziły mi z ust, brudziły kieliszki w najmniej oczekiwanym momecie, dawały jakieś takie gumowe uczucie na ustach (tu mam szczególnie złe doświadczenia z pomadkami L’Oreala Colour Riche, które de facto testują, więc płakać za nimi nie będę – jednak taki doświadczenia miałam też innymi firmami). Zresztą, konsystencję mogłabym jeszcze przeżyć, gdyby trwałość mnie zadowalała. No i cena. W zasadzie na długi czas dałam w sumie za wygraną z pomadkami, ale w końcu postanowiłam znaleźć jakiegoś faworyta wśród pomadek, bo uważam, że mocniejszy akcent na ustach jest czasami bardzo seksowny, żeby nie powiedzieć – kuszący. Pomijając fakt, że kiedy nie chce mi się spędzać 15 minut na malowaniu oczu, taki akcent kolorystyczny na ustach – trzask prask i po krzyku – uratuje mnie przed wyglądaniem rodem jak upiór z Opery. 
Z takim więc oto postanowieniem i z listą Pety w ręku, wybrałam się na zakupy. Poszukałam, pogmerałam, popatrzyłam, ale jak zatrzymałam się przed półką Revlona, to już wiedziałam, że kupię. Przede wszystkim z powodu ich osławionej serii Colorstay (głównie o podkładach i ich poczwórnych cieniach wiele dobrego słyszałam), po drugie z powodu ceny (10$ = 30 zł, tragedii nie było), no i koloru (akurat mieli taki fajny kolor smooth nude, na początek dobry do wszystkiego). 
Wnioski? Uwielbiam tę serię. Ich pierwsza i podstawowa zaleta – trwałość. Latam, gadam, piję, a szminka dalej sobie siedzi na

Colorstay 365

 ustach. Nie zostawia śladów na kubkach (Eureka!). Kładę przed wyjściem z domu i po dojściu do pracy szminka dalej jest, gdzie być powinna. Po drugie, nie tworzy skorupy na ustach. Owszem, no czuć ją, w końcu ma być pomadką trwałą, ale nie tworzy mi czegoś takiego, co by mi przypominało o moich gumiakach z lat dziecięcych, a to już postęp. Po trzecie – cena. Szminka może górnopółkowa nie jest, ale za tę jakość cena jak najbardziej ok. No i nie blednie zostawiając na ustach ciemniejszej okówki, co niektórym trwałym szminkom się zdarza.
No a teraz minusy. Bardzo bardzo miękka konsystencja, co powoduje, że szminkę najlepiej nakładać pędzelkiem. Do przeżycia, ale mniej wygodne. No i nie jest nadzwyczajnie wydajna, choć nie jestem jej w stanie racjonalnie porównać do innych produktów. Po drugie szybko zasycha na ustach. Jak coś „wyjedzie” poza kontur, trudno robić poprawki. To jednak można obejśc refleksem ;) Wyjechało się za kontur – trzeba szybko reagować. No i ostatni minus, który dla mnie nie jest aż takim problemem, dla innych jednak może nim być – trochę jednak wysusza usta. Tragedii nie ma, ale jednak. 
Tak czy siak, z minusami czy bez, kocham ją pasjami. Do tego stopnia, że przez rok nabyłam ich 5 sztuk :> Na zdjęciu tylko 2 z nich, ponieważ wszystkie inne są zmechacone do granic możliwości noszeniem w torebce, pędzelkiem, ułamaniem itp. W razie pilnych zgłoszeń zawsze mogę wkleić zdjęcia swatchy. Na zdjęciu (od góry): Colorstay 225 Pecan Pleasure, Colorstay 365 Luscious Rose.Moim faworytem jest jednak, jak do tej pory, kolor 210 Mocha Silk, wpadający w lekki brąz.

Revlon Colorburst Revlon Colorburst 2

Popatrzyłam na mojego bloga i nie mogę uwierzyć, że nie ma na nim jeszcze żadnej recenzji jakiegokolwiek produktu jednej z mojej ulubionych firm. Revlon, bo o nim mowa, jest jedną z, moim zdaniem, wciąż niedocenionych, ale produkującą bardzo dobrej jakości kosmetyki, firm. Ich seria Colorstay jest niewiarygodnie dobrą serią kosmetyków, ale chociaż osobiście uwielbiam serię Colorstay i posiadam zdecydowanie zbyt wiele pomadek z tej serii ;), dziś chciałabym podzielić się moim najnowszym odkryciem – serią pomadek Colorburst. I choć sporo ludzi nie ufa Revlonowi, twierdząc, że jakoś tak nie bardzo, że to niemożliwe, żeby nie testowali to wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że Revlon już od lat 80 porzucił testy na zwierzętach na dobre.
Szminka na zdjęciu to color 070 (Soft Nude), czyli taki odcień zbliżony do odcienia ludzkiej skóry. Po raz pierwszy odkryłam tę szminkę poprzez filmy na YT, gdzie wiele dziewcząt zachwycało się jej jakością, trwałością, odcieniami oraz elegancją opakowania, które swoją estetyką przypomina opakowania Chanel. Oczywiście, jako zagorzała fanka Revlona, nie mogłam przejść w sklepie obok tej szminki obojętnie ;) Kolor jest oczywiście blady, idealny do mocniejszego makijażu oczu. To, co zachwyciło mnie w tej pomadce, to jej trwałość. Trwałość jest dla mnie podstawowym kryterium, według którego oceniam szminki. Ta spisuje się bardzo dobrze, choć powiem szczerze, że palmę pierwszeństwa i tak wciąż przyznaję jej koleżankom z serii Colorstay, które na ustach siedzą niemal godzinami. Tak czy siak, na trwałość zdecydowanie nie ma co narzekać. Kolejnym plusem tej pomadki jest konsystencja. Seria Colorstay jest trwalsza, jednakże bardzo miękka i kremowa, przez co najlepiej nakłada się pomadki z tej serii pędzelkiem. Tu nie ma takiej potrzeby. 
Pomimo wszystkich jej zalet muszę przyznać, że Revlon może odrobinę wysuszać, co mnie osobiście nie przeszkadza, no ale warto o tym wspomnieć w rzetelnej recenzji. Ogólnie oceniłabym ją na 8/10. 

  • RSS