Wpisy z tagiem: polskie

Rozpisywałam się już o tym jak to dokonałam mordu na moim portfelu w Polsce i obkupiłam się we wszystko na co się z takim zainteresowaniem czaiłam przez cały rok mojej ożywionej działalności na wizażu (wizaż.pl). Jedną z rzeczy, których nie mogłam sobie podarować były maseczki Bielendy. No i teraz ciekawostka taka, że ja tak w zasadzie to nie przepadam za maseczkami, a chociażby i z takiego względu, że nie zawsze dają poczucie komfortu na buzi ( a to zimne a to ciepłe a to piecze, a to efekty niewarte świeczki). Bielenda, przyznam szczerze, złapała mnie na efektowne, dwustopniowe opakowania (dwusaszetkowe). 



Używałam głównie 2 rodzai z tej serii – do cery przetłuszczającej się i do normalnej (trochę w zależności od zapotrzebowania, trochę w zależności od ‚widzimisię’ ;) ).

maseczki Bielendy

 
Najbardziej do gustu przypadła mi saszetka kombinująca w sobie peeling i maseczkę. No bajer! Jedziemy na wakacje, pakujemy saszetę w plecak i robimy sobie małe SPA jeśli mamy zły dzień/pada/poznałyśmy kogoś/zaczynamy wyglądać jak potwór z bagien/chcemy sobie poprawić humor/cokolwiek. Bez tachania ze sobą 2 produktów. No i obsługa produktu też jest dzecinnie prosta. 
Pomysł z 2 maseczkami również uważam za udany, ale nieco naciągany. No bo po kiego grzyba mam nakładać na gębulkę 2 maseczki zaraz po sobie, święcie wierząc, że obie mają totoalnie inne właściwości i jedna bez drugiej ‚żyć nie może’? 
No ale kontynuując – sam produkt uważam za jak najbardziej udany. Faktycznie poprawiają mój koloryt skóry, moja twarz wygląda świeżo, zadbanie,  maseczki mają fajne zapachy, cena nie zwala z nóg i dzięki formie saszetki nie zdążą mi się prawdziwie znudzić ani przeterminować. Zapachy uważam za naprawdę trafione, szczególnie ten granatowy. Ogórek i limonka jest dla mnie z kolei geniuszem marketingowym, ponieważ już sama nazwa i kolor kojarzą mi się z procesem odtłuszczania! No bo tak serio to takie skojarzenia przywodzą na myśl te kolory, a także zapach. 
Saszetki zawsze mopna podzielić na pół i używać w różnych dniach, dzięki czemu zyskujemy 2 maseczki po ok… 1,70 zł (wybaczcie jeśli coś pomieszałam z ceną) :D Produktu w nich jest dość dużo, na upartego jestem je w stanie używać do 3 razy (ale na samą twarz, bez dekoltu i szyi). Ogólnie muszę powiedzieć, że Bielenda mnie zauroczyła niektórymi produktami podczas mojego pobytu w Polsce, pomijająac fakt, że jej produkty docierają i do Stanów i jako produkty ekskluzywne i egzotyczne sprzedawane są w TJ Maxxie. (Na początku mi się wydawało, że to taka podpucha, ale teraz uważam, że niezły pomysł i całkiem nawet zasłużenie). Natomiast polemizowałabym trochę z tym naturalnym składem, który reklamują no ale to już kto i co lubi – nie można mieć wszystkiego. Mnie skład nie przeszkadza, ponieważ uważam, że nie można przesadzać w żadną stronę. Używam części kosmetyków z bardzo naturalnymi składami i części z nieco mniej naturalnymi i chyba przy takiej lekko mieszanej pielęgnacji zostanę.

No i powiedzcie same: czy te opakowania nie są wiosenne i zachęcająace do kupna? Nie kojarzą się Wam z naturalną pielęgnacją i słoneczną wesołością?

Linus wreszcie zapuścił paznokcie. Po latach obgryzania zapuścił, no i siłą rzeczy się zaczął rozglądać po półkach z lakierami. Do tych zapuszczonych paznokci właśnie. Bo paznokietki to może i nie szpony, nawet nie pazury, ale Linus jest z siebie i tak bardzo dumny. I tak się rozglądając po miejscu grzeszków kosmetycznych, co to się drogerią zwie, oczy przetarł ze zdziwienia, bo te półeczki pełne urokliwych kolorów zamkniętych w eleganckich buleteczkach o różnych regularnych kształtach bardzo się okazały pociagające. Miały one urok nieprzenikniony, wręcz taki skropiony tajemnicą, nasączony odcieniem pasującym do aktualnego ubioru. I nawet do humoru pasujący. I do pory roku. I do sezonu. I okazji. Niektóre matowe, kolorowe, wesołe. Cytrynkowe, limonkowe, krzykliwe. Inne lekko speszone, przygaszone w swojej myszkowatości, niepewne. I te połyskujące jak gwiazdka i te zupełnie bez blasku. Lekko fluorescencyjne. Z lekkimi drobinkami. Wybór taki niemały, aż trudno się było zdecydować. I wtedy pojawił się ON. Delikatny, z tych bardziej nienachalnych. Uśmiechający się zachęcająco. No i ten napis – pachnę podczas wysychania. Nie no, tego Linus już sobie nie mógł odpuścić.


Niniejszym dzisiaj przedstawiam moje najnowsze odkrycie – lakier My Secret 140 Lilac. Tak szczerze szczerze to nie dawałam mu zbyt wiele szans, gdyż po lakierze za raptem 5 zł nie spodziewałam się wiele (zwłaszcza, że lakier Revlona, 6 razy droższy, był dla mnie totalną porażką). Pomimo tego, urzekającego dla mnie, koloru i pomimo tego pozornie zwodniczego napisu, że pachnie. 

My Secret Lilac

I co? I powiem szczerze, że lakier mnie zaskoczył. Pozytywnie! 
Dość fajnie się nakłada. Trochę gorzej kryje, ale z dwiema warstwami można już wyjść do ludzi. Co do trwałości się nie wypowiadam, bo wyjątkowo położyłam bezpośrednio na płytkę, a nie na bazę (bo Linus niecierpliwy się ostatnio zrobił i tak bardzo ten kolor prosił o wypróbowanie….). Polubiłam od pierwszego użycia. A no i ten zapach – naprawdę całkiem przyjemny! Ogólnie jestem na wielkie tak. Czy KWC to nie wiem, ale na pewno do ponownego kupienia. 

P.s. Wybaczcie stan moich paznokci, nie wyglądają obecnie najlepiej pod słońcem, ale nie chciałam przez to zalegać z notką.

Jak wiecie, miałam ostatnio kupę stresu. Na szczęście wszystko dla nas skończyło się dobrze, teraz nawet układa nam się wyśmienicie, urlop, nowe mieszkanko, które jest nieporównywalnie lepsze od poprzedniego, wyprowadzka, wspaniałe plany na lato – jednym słowem kupę szczęścia w kupie nieszczęścia. Jednak stres był i pozostał. Do dziś jak ktoś wspomina słowem tornado to dostaję ataku nerwowego (jakoś tak siła wyższa, przeżyłam prawdziwe chwile grozy). Jednym słowem STRES. A żeby pozbyć się stresu, jak dla mnie, prawie wszystkie chwyty dozwolone ;) 


A tak serio to aromaterapia ma ogromny wpływ na moje samopoczucie i ostatnio w ruch poszły moje najulubieńsze gadżety pomagające technikom relaksacyjnym – olejki do masażu Kanu


Kanu czekolada pomarańcza Kanu zielona herbata

Na olejki Kanu trafiłam kiedyś przez zupełny przypadek (chyba w jednej z mydlarni) i zakochałam się w nich bez pamięci. Pierwszym z ich olejków, który padł moją ofiarą był olejek o zapachu czekolady i pomarańczy. Kocham, po prostu kocham ten zapach. Oczywiście trzeba uważać, gdyż zapach jest bardzo słodki i dla niektórych może być wręcz mdły i nieprzyjemny, dlatego też polecam jego powąchanie przed zakupem ;) 
Kolejnym z tej serii była zielona herbata. Świeży, ale delikatny, bardzo bardzo przyjemny. Te olejki to moje Kosmetyki Wszech Czasów w tej kategorii. Używam ich od prawie 3 lat. 

a) szalenie wydajne
b) wspaniały wybór zapachów
c) lekka konsystencja
d) nie brudzą ubrań
e) nie stają się lepkie podczas masażu, jak wiele innych środków do masażu ma w zwyczaju – a czego nie cierpię, nie znoszę
f) nie brudzą ubrań
g) nie są lepkie ani bardzo oleiste
h) nadają skórze jedwabistą gładkość
i) uspokajają
j) wyrób wegański, polski i oczywiście nietestowany na zwierzętach (ale to się rozumie samo przez się, prawda? ;) )

Każdemu, kto lubi takie gadżety bardzo serdecznie polecam. Idealne też na prezent. 

Rzeczowo

5 komentarzy

Dzisiaj notka będzie krótka, zwięzła i rzeczowa. Rzekłabym – jak mój humor. A humor mój poległ dziś w starciu ze stertą zdjęć przedstawiających testy na zwierzętach, jakże dobrodusznie nadesłane mi w mailu przez Uncaged (podpisałam jakąś petycję i teraz wysyłają mi regularne maile – co mi generalnie nie przeszkadza póki nie wysyłają mi zdjęcia ‚molestowanego’ badaniami chomika, który wygląda jak mój własny). Drogie uncaged, ja naprawdę jestem po Waszej stronie, jak pewnie znacząca większość ludzi, która z jakiegokolwiek powodu podpisywała Wasze petycje. Zostawcie zdjęcia dla tych, którym się nie chce samemu szukać po necie. 



A tak na marginesie to wiecie pewnie, że ja jestem z gatunku tych nieradyklanych, czyli starających się nie przekonywać nikogo na siłę. Dlatego, między innymi, nie mam tu drastycznych zdjęć i odstraszających opisów. Jeśli jednak z jakiegoś powodu się wahacie czy przejście na nietestowane na zwierzętach produkty ma sens, wpiszcie sobie hasło ‚animal testing’ w googla. Nawet jeśli tylko 1/3 z tych zdjęć jest prawdziwa, jest to dla mnie wystarczający powód żeby nigdy więcej nie tkąć niczego od tych piekielnych koncernów (które nas, de facto, zalały w ostatnich latach i jeszcze powykupowały wszystkie nasze polskie firmy, które się dało).  


Tak więc wybaczcie, dziś mnie humor opuścił, a więc i recenzja będzie rzeczowa do bólu. 

Tusz MYSecret


Rzeczowo prawiąc: bubel ;)

Myślę, że kupiłam kiedyś większego bubla. Jestem prawie pewna… tylko jakoś trudno mi sobie coś takiego przypomnieć… ;) A tak serio to pewnie wszystko zależy od rzęs. Ogólnie lubię fimę MySecret, mają bardzo przyzwoite cienie w bardziej niż przyzwoitej (albo może wręcz totalnie nieprzyzwoitej?) cenie, fenomenalne cienie sypkie (ach ten Stardust, faktycznie jak gwiezdny pyłek), ale tusze… no cóż. Cóż ja mogę powiedzieć o tym tuszu:

- na moich długich a cieńkich rzęsach absolutnie ‚nie wygląda’. Miałam co prawda wersję brązową tuszu, ale po nim to rzęsy chyba nawet brązowe nie były (hmm)
- konsystencja była bardzo mokra, taka wodnista, nie przypadła mi do gustu – jakbym chciała mieć mokre rzęsy to bym je pomaziała wodą, proste ;)
- masakrycznie sklejał mi rzęsy i to już po 1 warstwie ( w tej kategorii prawdziwy laureat)
- rozmazywał się (no to akurat nie rzadkość, a jeszcze jak się ma konsystencję niemal wodnistą… :>)
- tani, ale co z tego, skoro te parę złotych i tak totalnie zmarnowane

Powiem szczerze, że kupiłam bardziej na próbę niż naprawdę licząc na cokolwiek, to i się za bardzo nie zawiodłam. Jednak nigdy nie liczyłam że tusz poniżej 10 zł może być dobry, ale po kilku recenzjach Multi Action z Essence czy tuszu Wibo już wiem, że jest to możliwe. Po prostu MySecret nie zdał w kwestii tuszu egzaminu. No a przynajmniej tego tuszu. Tak więc, podsumowując – odradzam.

P.s. Doprawdy, mam pewne wątpliwości gdzie ja  pogubiłam oczy… Nie wiem czy kojarzycie, ale w jednej z notek wspominałam o tym jak trafiłam na lakier do paznokci China Glaze, którego oczywiście absolutnie NIE MIAŁAM zamiaru kupić, ale tak się pięknie komponował z moim nowokupionym cieniem Stila (no po prostu ten sam odcień!), który też ABSOLUTNIE nie był w planach, że po prostu musiałam wziąć oba. No więc użyłam dziś dziś lakieru i jedyne, co mi przyszło do głowy to: blondynka no, po prostu blondynka. Otóż lakier China Glaze jest różowy…. a cień Stila definitywnie śliwkowo-brązowy. 
Wypadałoby zwalić na sztuczne oświetlenie w sklepie albo coś, nie…?

cienie My Secret My Secret

My Secret to jedne z tych kosmetyków, których używać zaczęłam tylko i wyłącznie pod wpływem opinii na internecie. Moje dotychczasowe odczucia były jednoznaczne – średnia półka tak, za tanie kosmetyki – nigdy w życiu (tak samo zresztą z bardzo drogimi kosmetykami – bo jeśli kupię coś, co okaże się bublem, za 30 zł,t o jeszcze to przeboleję, ale za 100zł to bym chyba się wściekła). Po przeczytaniu wielu pozytywnych recenzji postanowiłam jednak spróbować. 
Muszę powiedzieć, że jak na kosmetyk za parę złotych, to nie ma co narzekać. Cienie są dość dobre, matowe (uwielbiam maty), kosztują ok 6 zł (nie wiem czy dokładnie tyle, ale na pewno nie więcej niż 10zł). Nie powiedziałabym jednak, że nalezy spodziewać się po nich cudów i (niestety) niektóre kolory są lepsze niż inne – no ale przecież to są kosmetyki za naprawdę niewielkie pieniądze.
Moim faworytem jest brąz. Brąz polecam każdemu – ładnie podkreśla załamanie powieki, ładnie da się go cieniować, na bazie ma  intensywny kolor i nic się z nim nie dzieje długie godziny. Podobne opinie słyszałam o granatowym cieniu, którego niestety nie posiadam, więc nie mogę nic więcej powiedzieć. Co do różu i szarości to byłabym bardziej ostrożna. Pigmentacja nie jest cudowna, bez bazy cienie są raczej półtransparentne. Na bazie szary wygląda trochę lepiej, różowy – dalej bez zachwytów. Tak więc bez bazy nie radzę tych 2 używać. Natomiast co mogę powiedzieć w obronie różowego to to, że przepięknie wygląda pod łukiem brwiowym, bardzo delikatnie rozświetla i dodaje blasku (chociaż nie połysku, bo w końcu jest matowy – raczej bym się wkurzyła jakby mat podawał mi połysku ;). Bardzo ten efekt rozświetlenia lubię – na pewno będzie więc też pięknie podkreślał wewnętrzny kącik. Z całej tej trójcy najmniej chyba polecałabym szary – chyba że ktoś lubi delikatny makijaż, to zawsze można spróbować.
Do nabycia w Drogeriach Natura. Aha, napisałam, że to kategoria polskie. My Secret są produkowane przez Pierre Rene, która – tak mi się przynajmniej wydaje – jest polską firmą. Jeśli nie to proszę o wyprowadzenie mnie z błędu.

O hydrolatach rozpisywałam się trochę więcej w jednej z moich poprzednich notek, tu chciałabym tylko szybciutko zawrzeć swoje przemyślenia po kilku dniach używania hydrolatu różanego (kupiłam wreszcie inną buteleczkę z atomizerem, bo ta z Bu po jakimś czasie pryskała mi na twarz sążnym strumieniem ;) ) Jak na razie efekty przeszły moje najśmiejsze oczekiwania. Twarz jest rozświetlona, odżywiona, wręcz o różanym kolorycie (przeglądam się często w lustrze jak podekscytowana nastolatka, taką widzę różnicę w moim obliczu).

Ale tak żarty na bok, hydrolat różany podpasowal mi bardzo bardzo, szczególnie widzę go jako fantastyczną mgiełkę do twarzy w okresie letnim, kiedy często się pocę i jest mi gorąco, po wstawieniu go do lodówki. Jestem bardzo zadowolona z efektów i całkowicie zachwycona zapachem. Uważam, że szczególnie będą z niego zadowolone osoby lubiące różany zapach, bo można go używać, nawet jeśli już nie dawałby takich spektakularnych efektów, dla samego połechtania zmysłów. Bardzo bardzo fajny produkt (zresztą jeden z licznych z Biochemii Urody). Swoją drogą, Biochemia Urody ma fantastyczną obsługę klienta – są sympatyczni, szybko odpisują na maile, służą pomocą. Kompetencja w każdym calu. 
Zapomniałam dodać, że jednym z powodów, dla którego mi osobiście hydrolaty bardzo podpasowały, jest ich „konsystencja”, a raczej forma. Jestem bardzo niezdycplinowana jeśli chodzi o kładzenie czegokolwiek na moją szyję bądź dekolt, a to są takie miejsca, które bardzo często są odsłonięte, czyli choćby narażone na działanie czynników atmosferycznych. Czy „psikanie” na nie hydrolatem coś naprawdę da – jeszcze nie wiem – ale jestem gotowa sprawdzić, bo to jeden z tych produktów, które mnie na skórze nie denerwują. (W przeciwieństwie do balsamów czy maseł.)

Sensique

Polską firmą Sensique zainteresowałam się wyłącznie po przeczytaniu masy dobrych opinii na internecie i usłyszeniu mojej koleżanki zachwycającej się nimi przez godzinę. Generalnie nie kupuję kosmetyków tak tanich jako że sparzyłam się wielokrotnie takim właśnie zakupem. Jednak z cieniami Sensigue postanowiłam zaryzykować przy okazji przyjazdu do Polski. Po pierwsze, zainteresowały mnie ich kolory. Paletki były ładnie skomponowane, co najmniej 2 z nich miały ładne połaczenia brązów i złotawych odcieni, trochę różu. Akurat moje ulubione kolorki. Druga paletka zainteresowała mnie, ponieważ już dawno chciałam poćwiczyć makijaż w tonacjach fioletu, a przy takiej cenie wybór tego kosmetyku wydawał się wyborem wręcz idealnym. 
Paletki zaskoczyły mnie swoją jakością. W życiu nie pomyślałabym, że to kosmetyk  raptem za parę złotych. Trzymają się długo, naprawdę długo, bez bazy do ładnych kilku godzin. Po drugie, nie wyglądają tandetnie na oku. Wykończenie takie jakby satynowe, ani zupełnie matowe, ani błyszczące. Po trzecie, wyglądają jakby się miały osypywać ( w pudełku), jednak przy ich aplikacji nic takiego nie ma miejsca. Nie wałkują się i nie warzą na oku. (Używam pisowni „warzą się”, a nie „ważą się” na oku, ponieważ czasowniki ważyć a warzyć mają zupełne inne znaczenie i tu należało by użyć czasownika warzyć, to tak na wypadek jakby kogs raziły błędy ortograficzne ;)). Ponadto idealnie nadają się do makijażu dziennego, ale bez problemu można nimi wykonać makijaż wieczorowy. No i konsystencja tez jest w miarę przyjemna – łatwo je rozprowadzić na oku, chociaż nie są zbyt miękkie. Podsumowując – naprawdę te cienie lubię. Są tanie, łatwo dostępne, warte swojej ceny. Dodatkowo sam fakt sprzedawania cieni w poczwórnej paletce ma swoje plusy, gdyż wystarczy użyć już skomponowanego zestawu i makijaż oka gotowy. Porównując je do innych drogeryjnych cieni, zwłaszcza takich jak Maybelline (o mamo, z tymi to miałam przejścia…), Max Factor czy Rimmel (kiedyś, jeszcze przed przejściem na kosmetyki nietestolwane popełniłam błąd zakupu ich potrójnych kamieni prasowanych, co to dla niepoznaki nazwane były cieniami. Najgorszy chłam, jakiego używałam), Sensique wypada naprawdę dobrze. Będę gorąco kibicować tej firmie, nie tylko z powodu ich nietestowania i bardzo przystępnej ceny, ale też i faktu, że to jedna z naszych bardzo dobrych polskich firm. 

Tak pomyślałam, że warto na tym blogu wspomnieć też o pewnej niezbyt chyba jeszcze znanej, choć zupełnie przyzwoitej polskiej firmie APC. Firma ta produkuje cienie, bazy, pudry i inne tego typu kosmetyczne produkty. Przyznam szczerze, że po obejrzeniu strony najbardziej skusiły mnie ich sypkie cienie, dlatego dokonalam u nich zakupu 2 odcieni. 

Pierwszą rzeczą, która się od razu rzuca w oczy, jest opakowanie bez siteczka. Nie jest to niestety najlepszy pomysł, ponieważ mój cień miał po niespełna tygodniu „wypadek przy pracy”, przy którym straciłam 3/4 cienia. Opakowanie nie jest więc zbyt funkcjonalne. Warte zaznaczenia jest jednak to, że wciąż mam tego cienia wystarczająco dużo ;) Jednym słowem, pomimo że pudełeczka wydglądają dość niepozornie, produktu w nich jest naprawdę sporo. Takie pudełeczko kosztuje, w zależności od tego czy wybierzemy opakowanie akrylowe czy plastikowe, 11.50 zł bądź 15.50 zł. Nie jest to więc majątek. Kolor 38 (łososiowozłoty) kupiłam z powodu tego makijażu prezentowanego na stronie. Niestety, u mnie okazał się bardziej różowy niż złotoróżowy i dlatego w efekcie końcowym kolor, którego szukałam odnalazłam w innej firmie, MySecret (ale o tym w innej notce). Natomiast jestem pod dużym wrażeniem drugiego cienia o numerze 01 (satynowe złoto). Jest to piękny, delikatny złoty kolor, dośc trwały na oku. Pomimo, iż jest to pyłek, jest tak drobnozmielony, że nie stanowi dużego problemu przy aplikacji. Wydaje mi się, że będzie pięknie podkreślał każdy kolor oczu ( z różowymi kolorami trzeba uważać, gdyż niektórzy mogą w nich wyglądać jakby byli zmęczeni). Ogólnie – polecam. Nie są to może moje absolutnie najulubieńsze cienie, ale na pewno nie mogę powiedzieć, że żałuję, iż znalazły się w mojej kolekcji. 

Skoro już wpadłam w nastrój pisania, postanowiłam podzielić się jeszcze jednym odkryciem z Biochemii Urody, o którym pewnie nigdy bym nie usłyszała, gdybym kiedys nieopatrznie nie wpadła na jeden z polskich portali, dość mocno zachwalający produkty tego sklepu. I tak po raz pierwszy w życiu przeczytałam o hydrolatach. 

Muszę przyznać, że nazwa Hydrolat oczarowy wprowadziła mnie w małe zakłopotanie, a nawet zdumienie, ponieważ skojarzyła mi się z oparami, moczarami i z czymkolwiek, co ani nie pachnie, ani nie działa, za to jest dziwne ;) Jednakże po przeczytaniu nie wiem ilu pozytywnych opinii postanowiłam i ja się skusić na to cudo. 
Hydrolaty to nic innego jak po prostu wody roślinne. Zainteresowanych co to jest zapraszam do przeczytania wytłumaczenia na takich stronach jak BU (Biochemia Urody) czy Mazidła. Są bardzo przyjemnymi w stosowaniu produktami, w 100% naturalnymi, o ładnych zapachach i dość dobrym działaniu (niektórzy by powiedzieli: rewelacyjnym działaniu). Niektóre działają ściągająco, inne kojąco, orzeźwiająco, nawilżająco itd itp. Hydrolatów jest wiele (sama zakupiłam jeden tylko i wyłącznie z uwagi na zapach, przyznaję się bez bicia – chodzi oczywiście o hydrolat różany) i myślę, że każdy może wśród nich znaleźć coś dla siebie.
Jedyne, co mogłabym polecić, to dokupienie sobie buteleczki z atomizerem i spryskiwanie takim hydrolatem twarzy, zamiast używaniem go na wacik i w ten sposób przemywanie twarzy (starcza na baaardzo bardzo długo). Hydrolaty stanowią też dobrą bazę dla osób lubiących domowe specyfiki (np. maseczki własnej roboty), można je mieszać z innymi składnikami i kombinować, kombinować, kombinować. Hydrolaty z BU przychodzą w dość ascetycznych plastikowych opakowaniach – osoby uwielbiające fikuśne opakowania mogą więc być odrobinę rozczarowane, ja jednak lubię taki system, bo dzięki czemu jako klient płacimy głównie za produkt. 
Hydrolat różany Hydrolat cytrynowy Hydrolat oczarowy Atomizer

Środek do demakijażu był jedną z moich pierwszych obaw przy postanowieniu zaprzestania kupowania produktów testowanych na zwierzętach. Wszystko dlatego, że po latach używania takich sobie o mleczek, płynów czy innych specyfików, testowania, narzekania, na dwa tygodnie przed odkryciem polityki firm testujących na zwierzętach – znalazłam wreszcie swój ulubiony kosmetyk do demakijażu, oczywiście jednej z testujących firm. Byłam załamana, że niegdy już nie znajdę nic sensownego, ale jakże się myliłam. Faktem jest, że spędziłam trochę czasu na szukaniu czegoś fajnego i nie koszmarnie drogiego, jednak po wcale nie tak długim czasie odkryłam sklep internetowy Biochemia Urody.

I tak wpadłam na ich stronę i mój wzrok automatycznie padł na olejki myjące (Biochemia Urody). Po przejrzeniu oferty zadecydowałam, że po prostu muszę wypróbować olejki zapachowe (pomarańczowy i drzewko różane), ponieważ uwielbiam naturalne zapachy. Złożyłam na BU większe zamówienie dla siebie i rodziny  i dośc długo czekałam na przesyłkę (mieszkam za granicą i przesyłak musiała przejść bardzo długą drogę, zanim do mnie dotarła ;) )
Olejku pomarańczowego używam już od co najmniej dwóch miesięcy i jestem nim totalnie zachwycona. Nie wkleję tu jednak jego zdjęcia, gdyż buteleczka ma jedną wadę – szybko się brudzi i wygląda bardzo „niewyjściowo” przy końcówce używania. Po pierwsze, olejek ma fantastyczny zapach. Masuję nim skórę i z lubością wdycham zapach pomarańczy. Zapach jest świeży, nie perfumowany, nie jest dodawany do żadnej bazy mleczka (poza emulgatorem, ale to inna bajka), więc jest czysty, chociaż nie przytłaczający. Konsystencja olejku bardzo mi podpasowała, ponieważ od jakiegoś czasu nie cierpię po prostu mleczek do demakijażu, którym muszę po sto razy trzeć moje nieszczęsne oczy, marnując przy tym po 5 płatków bawełnianych. Nie, to po prostu nie dla mnie. Olejek ten oczyszcza całą skórę i świetnie radzi sobie z makijażem – nawet z eyelinerem i tuszem do rzęs. Ponieważ zawiera dodatek emulgatora, pomimo iż ma konsystencję oleistą, łatwo go zmyć i nie zostawia na twarzy żadnej tłustej powłoki. Jak dla mnie kosmetyk idealny – 10/10. Pomimo iż znalazłam kilka innych kosmetyków do demakijażu, które całkiem chętnie używam (choć jeszcze więcej takich, które niezbyt chętnie), do tego będę z pewnością wielokrotnie wracać. Myślę że przy dośc regularnym używaniu (czasami używałam innego środka do demakijażu, ale rzadko) starcza mi na około 2 – 2,5 miesiąca. 
Podsumowując:
+ fajna konsystencja
+ nie trzeba trzeć oczu ani twarzy, żeby pozbyć się zabrudzeń i makijażu
+ radzi sobie nawet z tuszem do rzęs i eyelinerem
+ nie klei się, chociaż nie każdemu podpasuje konsystencja olejku
+ nie zostawia dziwnego filmu na skórze
+ zapach jest na 6+
P.s. Specjalne podziękowania dla mojej koleżanki z pewnego portalu, która również wybrała styl życia cruelty – free za pomoc, słowa zachęty i utwierdzanie mnie w moim pomyśle prowadzenia bloga. Dzięki niej już niedługo pojawią się tu zdjęcia i zdecydowanie więcej notek ( a możliwe, że i więcej gości ;) )

  • RSS