Wpisy z tagiem: pielegnacja

Żeby nie było nie było, że ja tylko gadam (co zresztą może być i prawdą, stali bywalcy tego bloga bądź mojego wątku na wizażu może nawet zauważyli, ale o tym ciiiiicho sza), to postanowiłam zamieścić po moim wielkim wywodzie recenzję. Recenzja dotyczyć będzie jednego z moich ulubionych kosmetyków i jednej z firm, którą ostatnio się żywo interesuję. Generalnie miałam w życiu do czynienia z 5 żelami aloesowymi, poza żelem Jasona jeszcze żelem Herbalife’u (pojęcia nie mam czy Herbalife testuje, jeśli ktoś ma info, to niech da znać), Aloe Vera of America, Palomy i jakiegoś żelu, którego nazwy nie pamiętam. Mam wrażenie, że Jason jest  jednym z moich ulubionych żeli tego typu.

Jason Natural Cosmetics  Jason
Po pierwsze się nie klei. Niektóre z żeli, których używałam, miały tę smutną przypadłość, że się pieruńsko kleiły. 
Po drugie, nadaje się do twarzy, zwłaszcza takiej problemowej. Choć ja generalnie nie miewam za bardzo problemów z cerą, mam okropny problem z jej błyszczeniem w strefie T, no i od wielkiego dzwonu pojawi mi się jakaś niespodzianka. Moją skórę ten kosmetyk uspokaja i nie powoduje nadprodukcji sebum. Muszę powiedzieć, że bardzo rzadko używam kremów do twarzy ( a przynajmniej używałam, obecnie przetestowałam tyle kosmetyków, że wydaje się, że mniej więcej znalazłam niektóre rzeczy do nawet nadające się do używania), to był pierwszy specyfik, którego nie bałam się kłaść na całą twarz na całą noc.
Po trzecie, nadaje się do nakładania na skórę głowy, zwłaszcza gdy skóra jest przesuszona i swędzi. Mi bardzo pomógł zwalczyć świąd, poza tym jakby lekko unosi włosy. 
Po czwarte, nakładam go na podrażnioną skórę na rzeczy w stylu zadrapania, ukąszenia, miejsca po wyciskaniu drobnych syfków na twarzy i robieniu sobie z gębuli pola bitewnego, ba, nawet na drobne oparzenia słoneczne. Koi, przynosi ulgę, uspokaja skórę. 
Do tego nie zawiera parabenów, żadnych sztucznych barwnik ów, jest biodegradowalny, a opakowanie nadaje się do recyclingu. 

Jedynym powodem dla którego do tej pory nie zamieściłam recenzji żadnego produktu Jasona był prosty fakt, że byłam w 100% pewna, iż jest on w Polsce nieosiągalny. Ponieważ jednak zbłądziłam wczoraj na stronę www.helfy.pl, wiem, że przynajmniej tam można go dostać :)

P.s. Oczywiście nie zapomniałam o serii recenzji dotyczących minerałów, niedługo wrócę do tego tematu 

ShiKai

2 komentarzy

Jako że sporo z was zapewne nie chce używać czegokolwiek z dodatkiem składników odzwierzęcych, postanowiłam dodać kolejny tag „wegetariańskie”. Myślę, że dodam też kolejny znaczek „wegańskie”, ponieważ niektórzy nie chcą w ogóle używać czekolwiek pochodzącego od zwierząt. 

Dziś chciałam krótko i węzłowato na temat mojego ukochanego kremu do rąk, który odkryłam będąc w pewnym eko sklepie i który udało mi się upolować później w Wholefoods*. Chodzi o krem ShiKai , który tak naprawdę nadaje się ponoć i do rąk i do całego ciała, ale jako zagorzały przeciwnik smarowania się balsamami, używam go tylko do rąk, przez co jest szalenie wydajny. 238 ml kosztuje, w zależności od miejsca, 8-10$ (ok 30 zł) i, choć wydaje się to drogo, mi starczy chyba na lata. Ich maleńką próbkę (30 ml za 2$) zużywałam przez miesiąc. ShiKai jest także dostępne w Wielkiej Brytanii, widziałam ich na liście BUAV. Absolutnie kocham, ubóstwiam ten krem do rąk. Po pierwsze, skład. Nic mi się nie rzuciło w oczy takiego, co by mnie przeraziło od pierwszego wejrzenia, m.in. nie widziałam parabenów. No i brak składników odzwierzęcych. Po drugie, są na liście The Leaping Bunny i mają ich króliczka na opakowaniu. Po trzecie, zapach jest po prostu niebiański, uwielbiam ten zapach. (Bardzo podobny do peelingu z Queen Helene, o którym pisałam wcześniej, ale chyba bardziej go lubię). Po trzecie, dodatek masła shea sprawia, że krem bardzo dobrze pielęgnuje moje ręce. Po czwarte, nie klei się i nie zostawia żadnego dziwnego filmu na skórze. Po piąte, mam wrażenie, że różnicę widać nawet po umyciu rąk, a nie tylko do ich umycia. Podsumowując – jak dla mnie jest to krem 10/10. Gdybym musiała wrócić do Polski nie mając możliwości nigdy więcej dostać kosmetyków, których teraz używam, ale mając możliwość zabrania ze sobą dokładnie jednego produktu, porządnie bym się zastanowiła czy to by nie był ShiKai. Gdybym miała możliwośc wzięcia 5, ten krem na pewno znalazł by się wśród nich. No i tradycyjnie – dostępny jest w 8 zapachach, z nich wszystkich tylko, zdaje się, drzewo sandałowe mnie zainteresowało, ale w tym zakochałam się bez pamięci. Jakby ktoś był zainteresowany to proponowałabym zacząć od małych opakowań – żeby się nie rozczarować np. zapachem.
ShiKai Hand&Body LotionShiKai nietestowane
* Wholefoods jest siecią sklepów, w której wszystkie produkty są pochodzenia ekologicznego, jeśli nie wszystkie, to prawie wszystkie kosmetyki są nietestowane na zwierzętach, kawy i herbaty w znacznej większości są fairtrade, można kupić ekologiczne, niestestowane środki czystości, papiery toaletowe, perfumy, jedzenie, a nawet ekologiczne ubrania – jednym słowem wszystko. Minusem sklepu są oczywiście ceny, no ale od czego są promocje ;) Dodatkową, jak dla mnie, atrakcją, jest fakt że mają tam food corner – czyli kącik z jedzeniem, gdzie można zjeśc naprawdę zdrowo, smacznie, ze sporym wyborem dań wegetariańskiech i wegańskich, przedziwnych składników, egzotycznych sałatek itp. 

  • RSS