Wpisy z tagiem: naturalne

EOS

Brak komentarzy

Uuuffff, co za gorączkowy czas. Ostatnio bywam na necie tylko w tzw. międzyczasie. Natomiast przez kilka ostatnich tygodni miałam trochę czasu, żeby poużywać i wyrobić sobie mniej więcej zdanie o niektórych moich nowych kosmetykach i jak tylko odzyskam w miarę czas na zajmowanie się blogiem, to na pewno popłynie na nim fala nowych recenzji. 


Na początek kilka słów o wspomnianym przeze mnie, ale niezrecenzowanym balsamie EOS w kształcie oczobitnie różowego jajka- niespodzianki. Przez parę tygodni używałam tego balsamu i niestety muszę przyznać, że nie pokochaliśmy się zbytnio. Poowiem wręcz, że temperatura uczuć w naszym związku była ujemna i wiało chłodem. Co mi w nim podpasowało najmniej to smak. Balsam zostawiał na ustach słodki, owocowawy smak, który, jak się domyślam, miał być wabikiem i nowinką, mnie jednak niepomiernie denerwował. Drugą sprawą, która przesądziła o jego upadku w moich oczach były kiepskie właściwości pielęgnacyjne. Po kilku próbach powrotu rozstaliśmy się ostatecznie bez żalu, a ja wróciłam pokornie do mojego balsamu Badgera. EOS podarowałam kuzynce, która z kolei zadowolona była bardzo z takiego gadżetu i smak nie tylko nie przeszkadzał jej ani trochę, ale wręcz używa go przez to jeszcze chętniej. 
Jednym słowem zakończyłam chyba moją osobistą przygodę z balsamami tej firmz, ale rozważę ponowny zakup na prezent dla dziewcząt, które lubią takie rzeczy. Opakowanie jest super i być może formuła balsamu podpasuje innym (swoją drogą, używało się go bardzo przyjemnie, konsystencja bardzo miła dla ust, wygodna forma aplikacji), dlatego jako prezent dałabym mu jeszcze szansę. 

Eos

Brak komentarzy

Planowałam dziś porobić fotki moich nowych zdobyczy urlopowych ( a także nowego aparatu,. mój się wytarzał niestety we Florydowym piasku :>), ale niebo zachmurzone jak licho, więc tylko, w ramach testów aparatu, machnęłam fotkę mojemu być może najciekawszemu produktowi. 


Balsam do ust EOS wygląda jak małe gumowe jajko – niespodzianka. Pamiętam że widziałam te produkty na niemieckich kanałach YT i bardzo mnie zaciekawiło, cóż to za nowy wymysł w dziedzinie pielęgnacji ust. Szczerze mówiąc to jeszcze go nie używałam, więc i niewiele mogę powiedzieć, ale opakowanie jest na tyle przykuwające uwagę, że postanowiłam wkleić chociaż zdjęcie opakowania. 

Aha, EOS ma na opakowaniu napis not tested on animals, a do tego 
w jednym z ich maili – odpowiedzi napisali, że są cruelty – free w 100% (
http://veggiebeauty.com/cruelty-free-statement-eos/
)
. Natomiast przyznam się bez bicia, że nie widziałam ich nażadnej liście więc osobom chcącym mieć 200% ;) pewność nie polecałabym. Mnie się wydawalo, że widziałam ich na liście, ale musiałam ich pomyrdać z inną firmą.

Cena ok 3$ z podatkiem, czyli ok 9 zł – da się przeżyć. O działaniu na razie nie mogę niczego powiedzieć, ale napisane jest, że produkt w 95% ekologiczny. Ciekawe czy do dostania w Polsce?
EOS lip balm

Jak wiecie, miałam ostatnio kupę stresu. Na szczęście wszystko dla nas skończyło się dobrze, teraz nawet układa nam się wyśmienicie, urlop, nowe mieszkanko, które jest nieporównywalnie lepsze od poprzedniego, wyprowadzka, wspaniałe plany na lato – jednym słowem kupę szczęścia w kupie nieszczęścia. Jednak stres był i pozostał. Do dziś jak ktoś wspomina słowem tornado to dostaję ataku nerwowego (jakoś tak siła wyższa, przeżyłam prawdziwe chwile grozy). Jednym słowem STRES. A żeby pozbyć się stresu, jak dla mnie, prawie wszystkie chwyty dozwolone ;) 


A tak serio to aromaterapia ma ogromny wpływ na moje samopoczucie i ostatnio w ruch poszły moje najulubieńsze gadżety pomagające technikom relaksacyjnym – olejki do masażu Kanu


Kanu czekolada pomarańcza Kanu zielona herbata

Na olejki Kanu trafiłam kiedyś przez zupełny przypadek (chyba w jednej z mydlarni) i zakochałam się w nich bez pamięci. Pierwszym z ich olejków, który padł moją ofiarą był olejek o zapachu czekolady i pomarańczy. Kocham, po prostu kocham ten zapach. Oczywiście trzeba uważać, gdyż zapach jest bardzo słodki i dla niektórych może być wręcz mdły i nieprzyjemny, dlatego też polecam jego powąchanie przed zakupem ;) 
Kolejnym z tej serii była zielona herbata. Świeży, ale delikatny, bardzo bardzo przyjemny. Te olejki to moje Kosmetyki Wszech Czasów w tej kategorii. Używam ich od prawie 3 lat. 

a) szalenie wydajne
b) wspaniały wybór zapachów
c) lekka konsystencja
d) nie brudzą ubrań
e) nie stają się lepkie podczas masażu, jak wiele innych środków do masażu ma w zwyczaju – a czego nie cierpię, nie znoszę
f) nie brudzą ubrań
g) nie są lepkie ani bardzo oleiste
h) nadają skórze jedwabistą gładkość
i) uspokajają
j) wyrób wegański, polski i oczywiście nietestowany na zwierzętach (ale to się rozumie samo przez się, prawda? ;) )

Każdemu, kto lubi takie gadżety bardzo serdecznie polecam. Idealne też na prezent. 

Zakupy

Brak komentarzy

Eeech, a ja się bałam, że wkrótce zabraknie mi tematów do notek… dog products



Byłam dziś w moim lokalnym eko sklepiku i kupiłam parę rzeczy. Moim głównym celem było wybranie nowego dezodorantu, jako że właśnie kończę opakowanie antyperspirantu Dr Nony. Oczywiście jak już wpadłam do sklepu, to w oko wpadło mi też kilka innych artykułów, które są normalnie bardzo trudno dostępne w sklepach (przynajmniej ich cruelty – free, naturalne zamienniki). 

Ok, ogólnie nie przepadam za filmikami na YT czy notkami na blogach zatytułowanymi haul czy inne takie, ale postanowiłam powklejać zdjęcia tych produktów, które dzisiaj kupiłam, ponieważ myślę, że mogą Was one zainteresować. 

Jakon naturalna odżywka do paznokci

Poza pokazanymi produktami kupiłam także wybielającą pastę Nature’s Gate, ale z jakiegos powodu zdjęcie nie wyszło najlepiej. 
Jeśli chodzi o preparat Jasona to już daweno szukałam jakiejś nietestowanej na zwierzętach odżywki do pazokci. Niekoniecznie drogeryjnej, naturalna odżywka wydawała mi się idealnym rozwiązaniem. W sklepie zauważyłam dwa takie produkty, drugi był do paznokci rozdwajających się i zniszczonych, ja jednak potrzebowałam tylko czegoś na wzmocnienie (są dość delikatne). Jak tylko poużywam jakiś czas to spróbuję zrecenzować, choć mam małe doświadczenie w tego typu produktach. 






Dwa kolejne to dezodoranty. Na Alverę skusiłam się z powodu bardzo ładnego migdałowego zapachu. Muszę powiedzieć, że wybór dezodorantów był imponujący, od dezodorantów firmy Alvera, Nature’s Gate, Kiss My Face, Jason Natural Cosmetics, Aubrey Organics, Burt’s Bees (którego nie kupuję obecnie z przyczyn wiadomych – należą do L’Oreala), poprzez kilka firm, o których w życiu nie słyszałam. Postanowiłam skusić się na te dwa. Oczywiście napiszę o nich coś więcej jak będę już o nich coś więcej wiedzieć ;)

Dezodorant Crystal jest dostępny w Polsce, o ile dobrze pamiętam to w Rossmannie, Jason powinien być dostępny w niektórych sklepach internetowych, nie wiem jak z Alverą, ale stawiałabym na sklepy online. 

dog products

Ok, ponieważ ja ostatnio tylko gadam, postanowiłam wstawić dziś szybką recenzję. Recenzja dotyczy kolejnego produktu firmy W.S. Badger, tym razem produktu do ust. 


Badger Cocoa Butter Lip Balm

Balsam kupiłam z kilku powodów. Po pierwsze, zainteresowania firmą Badger i jej składami (100% natury, już lepiej się nie da). Po drugie, z powodu zapachu (kremowe kakao? no obok czegoś TAKIEGO to ja przejść obojętnie nie jestem w stanie!) i trochę też potrzebą znalezienia jakiegoś fajnego balsamu do ust (wcześniej używałam Chap Sticka – ble, fuj, o mamusiu!, a potem balsamu Burt’s Bees, który wtedy mi zupełnie nie przypasował – teraz nie mam o nim aż takiego złego zdania, ale jednak więcej raczej nie kupię ponieważ należy do L’Oreala, a balsamów tego typu jest obecnie sporo). No i chwyciłam to cudeńko z małym borsuczkiem i pobiegłam do kasy…. (hola hola, to nie tak było, zanim do tej kasy pobiegłam, to kilka innych produktów też mi „się chwyciło” po drodze).dog products



Otworzyłam, poużywałam… i jestem, do dziś zresztą, kompletnie oczarowana tym produktem.

a. piękny, naprawdę pachnący samą naturą zapach
b. bardzo interesująca konsystencja, która przypomina w użyciu kremowy miód. Przynajmniej z tym mi się kojarzy. A do tego ten zapach…
c. skład jest po prostu genialny, nie zawiera NIC sztucznego
d. kakao pochodzi z ekologicznej uprawy i ma certyfikat Fair Trade (pochodzi ze sprawiedliwego handlu, bez wyzyskiwania pracowników w krajach Trzeciego Świata)
e. do pielęgnacji nie mam absolutnie żadnych zastrzeżeń

Ogólnie – uwielbiam. Mala wada jest taka, że konsystenca lubi się czasami trochę rozłazić, no ale kupując produkt w 100% naturalny, miałam tego pełną świadomość. Uważam, że jest to świetny produkt, szczególnie dla miłośników kosmetyków naturalnych. W planach mam wypróbowanie ich balsamóm z dodatkiem koloru. 

Dzisiaj wracam z kilkoma anegdotkami i nową recenzją. 


A więc po pierwsze, mam niezbite dowody na to, że mężczyźni naprawdę są z Marsa a kobiety z Wenus. Dzisiaj używałam mojej smrodliwej odżywki do włosów Hugo Naturals, o której to odżywce rozpisywałam się w ostatnim wpisie i wyraziłam obawę jakby mój biedny mąż musiał ją wdychać przy próbach bliższego kontaktu ze mną (tudzież siedzenia na tej samej kanapie). Otóż dzisiaj małż mój wyraźnie mi orzekł, że ‚coś tu ślicznie pachnie’, głaszcząc moje włosy. W związku z tym bastuję, może zapach odżywki jednak rzeczywiście jest śliczny? :>

Anegdotka druga jest taka, że daję sobie sama szlaban na zakupy. Wpadłam dziś na zupełnie niewinny przegląd do drogerii (w poszukiwaniu paru podarków kosmetyków niedostępnych w Polsce dla rodziny) i to był błąd niewybaczalny. Po pierwsze, trafiłam na 50% obniżkę cienii Stila, które to cienie nawet PO obniżce tanie nie były. Po drugie, znalazłam od razu 2 (słownie: dwa) cienie, które pięknie się uzupełniały jak je nałożyłam koło siebie na dłoń. No i przecież taka okazja, kto by przepuścił (niby zaoszczędziłam 18$ na tych dwóch cieniach, ale mój małżonek raczej tego oszczędzaniem by nie nazwał).

Po trzecie, przez przypadek wpadłam na firmę, która również miała dziś wyprzedaż i firma ta okazała się nie tylko być firmą na liście Leaping Bunny (mają ich króliczka na opakowaniu), ale i firmą produkującą maseczkę różaną, której zapach skusił mnie od razu. JAKBY TEGO było mało to trafiłam dziś na niedobitki nowej kolekcji Zoyi (wegańskie lakiery do paznokci), którą to kolekcję koniecznie musiałam wypróbować, ponieważ, jak już pewnie sporo z Was wie – jedna z największych firm produkujących lakiery do paznokci, OPI, „sprzedało się” Coty. (Essie też należy do L’Oreala, więc odpada). Na samiuteńki koniec, zmęczona wyrzutami sumienia, wpadłam na lakier do paznoki China Glaze, który nie tylko pieknie pasuje do moich fioletowych ciuszków, ale całkiem się komponował z moim nowowybranym cieniem Stila…. :>

Jednym słowem – szlaban sobie zakładam już nie tylko na zakupy, ale w ogóle na wchodzenie do sklepów. 


Ok, a teraz do rzeczy. Wracam dziś do recenzji firmy EDM, a konkretnie ich korektora rozświetlającego – Aussie Perk Me Up. 

Aussie Perk Me Up Aussie 2

Szukałam dość długo jakiegoś sensownego korektora mineralnego pod oczy bo, umówmy się szczerze, nie widzę sensu używania korektorów w sztyfcie (skóra pod oczami jest za delikatna na to), poza tym odpowiadałaby mi lekka formuła. No i ten naturalny skład pod oczami by na pewno nie zaszkodził. Szczerze powiedziawszy to mam trochę zgryza z tym kosmetykiem, bo zbiera całkiem dobre recenzje, a mi nie podszedł totalnie i kosmicznie. To, co widzicie na zdjęciu, to wielkośc travel (czyli podróżna). Mała szklana fiolka zakończona jest kuleczką jak w dezodorantach kulkowych, przez co jest bardzo wygodna w użyciu. Koszt to ok. 4-5$, stosunek ceny do wydajności chyba nie najgorszy… Ale ja mam do tego korektora jedno i zasadnicze ale – u mnie nie działa. W ogóle, totalnie. A w zasadzie działa, tylko ma skutek odwrotny do zamierzonego, czyli – uwypukla wszystko, co bym chciała zakryć. Pod oczy się nie nadaje ani na podkład ani pod podkład, ani w zasadzie w ogóle. Na przebarwienia czy drobne niespodzianki także. Jako korektor po prostu nie działa, ponieważ ma taki charakterystyczny perłowobiały połysk, który u mnie wygląda niezdrowo. Znalazłam za to na niego sposób i zaczęłam go używać jako rozświetlacza. W tej roli sprawdza się całkiem całkiem. Umówmy się jednak, że korektor to nie jest rozświetlacz i w tej roli kosmetyku nie mogę polecić.

Jeśli któraś z Was zna jakiś dobry korektor mineralny, to proszę polećcie coś, ponieważ ja jak na razie to miałam bardzo średnie doświadczenia. 

P.s. Moje zaćmienie umysłu na zakupach uszlo mi zupełnie płazem ponieważ, jak się później okazało, podczas gdy z miną męczennika za zdrowie i urodę buszowałam po drogerii, starając się nie kupić ZA DUŻO (wolne żarty) mój szanowny małżonek 
buszował po sklepie z grami z równie dobrym skutkiem co ja. To się nazywa fart, co? 

Niby ciągle jestem na tym blogu, a tak jakoś się czuję, jakby mnie już tygodniami nie było. Może więc czas na nową recenzję. 


Dzisiaj będzie o jednej z firm, co do której nie jestem pewna czy można ją dostać w Polsce. Sama przykuła moją uwagę, bo miała nalepkę Premium w Wholefoods, co znaczy, że to jedna z lepszych oferowanych marek (wersja De Luxe ;), a poza tym miała bardzo ciekawy, pozbawiony wielu dziwnych nazw, skład. Nie mówiąc już o tym, że chwilę wcześniej wąchałam ich masło do ciała, w którym to zapachu zakochałam się totalnie. Ponieważ cena zdecydowanie przekraczała moje mozliwości,a moje oczęta szybko przyuważyły stojącą nieopodal odżywkę do kudłów i biorąc pod uwagę, że pilnie potrzebowałam czegoś do włosów – zdecydowalam się, że wezmę odżywkę, licząc na ten sam zapach. (O ja naiwna. teraz mam nauczkę, że 2 RÓŻNE produkty tej samej firmy nawet o takiej samej nazwie i tym samym zapachu wcale nie muszą pachnieć tak samo ;) Mowa o Hugo Naturals .

Hugo Naturals Hugo Naturals 2


Mam pewne trudności z oceną tej odżywki z kilku powodów. Po pierwsze, zapach odżywki drastycznie się różni od zapachu masełka o ciała, przez które to masełko pomyślałam o odżywce (miał być ten sam: vanilla & sweet orange). Zapach masła był bajeczny, delikatny,ale przyjemny, zapach tego czegoś jest doprawdy dziwny. Jakbym wyczuwala nuty naturalnych drożdży w niej? (kto kiedykolwiek używał na włosy własnoręcznie zrobione maseczki z dodatkiem drożdży piwnych ten wie jakie to jest dramatyczne, śmierdzące przeżycie – no ale czego się nie robi dla urody). No dobrze, to jeszcze można przeżyć, zapach nie tragedia, nie po to w sumie kupowałam, odżywka to nie perfumy chociaż nie do końca tego się spodziewałam. Czasami mnie tylko takie wątpliwości nachodzą, że strach pomyśleć co czuje mój mąż jak mnie przytula :> No ale się oficjalnie nie skarżył, więc dla spokoju sumienia przyjmę, że zapach na włosach nie zostaje ;) (Nie jest mocny, ale jakiś taki…dziwny). Po drugie, odżywka się dość ciężko spłukuje. Nawet jeśli mam wrażenie, że tym razem to już nie mam nic na głowie, często budzę się z dziwnymi włosami (widać, że coś wciąż na nich jest). Tu jednak muszę powiedzieć, że po takiej nocy spędzonej z niespłukaną odżywką na głowie odkryłam jej bezapelacyjne zalety jako maski do włosów ;) Po zostawieniu tej nieznacznej ilości na włosach na noc i umyciu głowy ponownie rano byłam naprawdę zaskoczona. Włosy były mięciutkie i bardzo miłe w dotyku, wyglądały zdrowiej, ładnie się układały. 

Jednym słowem nie doszłam z tym produktem do ładu jako odżywką, ale serdecznie polecam używanie go jako maski bądź jak olei do włosów – nałożyć PRZED umyciem głowy ;) W takim przypadku można jej używać rzadko (ja np używam ok. 1 w tygodniu), przezco robi się szalenie wydajna (ja jestem w jej posiadaniu od listopada, a zużyłam może 1/4).

Fajny skład i wcale nie aż tak wygórowana cena (zdaje się w granicach 10$). Brak jakichkolwiek substancji ropopochodnych, parabenów, sztucznych kolorów, zapachów, składników odzwierzęcych. SLSów. Wielbiciele kosmetyki naturalnej byliby z niej pewnie zadowoleni. Zapach jest minusem (jakby ktokolwiek tego nie wyłapał z moich dywagacji wcześniej), ale do przeżycia. 

Żeby nie było nie było, że ja tylko gadam (co zresztą może być i prawdą, stali bywalcy tego bloga bądź mojego wątku na wizażu może nawet zauważyli, ale o tym ciiiiicho sza), to postanowiłam zamieścić po moim wielkim wywodzie recenzję. Recenzja dotyczyć będzie jednego z moich ulubionych kosmetyków i jednej z firm, którą ostatnio się żywo interesuję. Generalnie miałam w życiu do czynienia z 5 żelami aloesowymi, poza żelem Jasona jeszcze żelem Herbalife’u (pojęcia nie mam czy Herbalife testuje, jeśli ktoś ma info, to niech da znać), Aloe Vera of America, Palomy i jakiegoś żelu, którego nazwy nie pamiętam. Mam wrażenie, że Jason jest  jednym z moich ulubionych żeli tego typu.

Jason Natural Cosmetics  Jason
Po pierwsze się nie klei. Niektóre z żeli, których używałam, miały tę smutną przypadłość, że się pieruńsko kleiły. 
Po drugie, nadaje się do twarzy, zwłaszcza takiej problemowej. Choć ja generalnie nie miewam za bardzo problemów z cerą, mam okropny problem z jej błyszczeniem w strefie T, no i od wielkiego dzwonu pojawi mi się jakaś niespodzianka. Moją skórę ten kosmetyk uspokaja i nie powoduje nadprodukcji sebum. Muszę powiedzieć, że bardzo rzadko używam kremów do twarzy ( a przynajmniej używałam, obecnie przetestowałam tyle kosmetyków, że wydaje się, że mniej więcej znalazłam niektóre rzeczy do nawet nadające się do używania), to był pierwszy specyfik, którego nie bałam się kłaść na całą twarz na całą noc.
Po trzecie, nadaje się do nakładania na skórę głowy, zwłaszcza gdy skóra jest przesuszona i swędzi. Mi bardzo pomógł zwalczyć świąd, poza tym jakby lekko unosi włosy. 
Po czwarte, nakładam go na podrażnioną skórę na rzeczy w stylu zadrapania, ukąszenia, miejsca po wyciskaniu drobnych syfków na twarzy i robieniu sobie z gębuli pola bitewnego, ba, nawet na drobne oparzenia słoneczne. Koi, przynosi ulgę, uspokaja skórę. 
Do tego nie zawiera parabenów, żadnych sztucznych barwnik ów, jest biodegradowalny, a opakowanie nadaje się do recyclingu. 

Jedynym powodem dla którego do tej pory nie zamieściłam recenzji żadnego produktu Jasona był prosty fakt, że byłam w 100% pewna, iż jest on w Polsce nieosiągalny. Ponieważ jednak zbłądziłam wczoraj na stronę www.helfy.pl, wiem, że przynajmniej tam można go dostać :)

P.s. Oczywiście nie zapomniałam o serii recenzji dotyczących minerałów, niedługo wrócę do tego tematu 

Zgodnie z obietnicą zamieszczam pierwsze swatche i krótką recenzję kosmetyków mineralnych Everyday Minerals, tym razem róży.


Może na początek wyjaśnię, że wszystkie pokazane róże są próbkami, które dostałam zupełnie za darmo przy zakupie zestawu cieni Utopia Blooms, ponieważ jakaś dobra dusza umieściła na blogu informację, że EDM ma tygodniową promocję i przy użyciu promo codu (coś, co trzeba wpisać w rubryczkę promo code przy robieniu zamówienia), dostaje się darmowy zestaw 5 próbek przy zakupie powyżej 25$. Dodatkowo dostałam też darmowy zestaw próbek podkładów, ale to jest standardowa promocja (warto kupować na amerykańskiej stronie EDM, ponieważ do każdego zakupu można dostać darmowy zestaw próbek podkładów, pudrów albo róży). Jedynym mankamentem takiej promocji było to, że kolorów róży nie mogłam sobie wybrać, prawdopodobnie dostałam taki zestaw z uwagi na jasne próbki podkładów, jakie zamówiłam. 
Od razu zaznaczam, że bardzo trudno sfotografować te róże tak, żeby miały taki kolor jak w rzeczywistości, ale zrobiłam co mogłam. Zdjęcia wykonane przy oknie w słoneczny dzień.
Jeśli chodzi o mnie, to jestem panikarzem przy używaniu różu. Zawsze mi się wydaje, że wyglądam nienaturalnie i że kolor jest za ciemny (reminescencje po koleżankach, które zawsze używały różu w zły sposób i w nieodpowiednim kolorze i zawsze wyglądały strasznie sztucznie). Dlatego dla osób takich jak ja, które dopiero niedawno rozpoczęły zabawy z różem, Nick Nack i Soft Touch są idealne. Nie da się z nimi przesadzić i zrobić swojej buzi krzywdy (choć kolor można stopniować i można trochę zwiększyć ich intensywność na policzkach), polecałabym osobom bladym i początkującym. W rzeczywistości te odcienie się dorobinę bardziej różnią, ale niewiele, więc którykolwiek z nich byłby w sam raz. Salon Fun jest już trochę ciemniejszym odcieniem, na blogach i YT tego typu odcienie nazywa się czasami odcieniami berry, jeśli wiecie o co mi chodzi (takie idące bardziej w malinkowe odcienie). Tea Time i Sand Cherry należą do kategorii pomarańczowawych i z tymi trzeba ostrożnie. Z Sand Cherry nie można przesadzić, tym bardziej że jego nierówne nałożenie daje dziwny efekt na twarzy, poza tym Sand Cherry jest z błyszczącymi drobinkami, czego ja osobiście nie znoszę (nie po to staram się używać najjaśniejszego różu, żeby przyciągać uwagę błyskiem na policzku jakby mi brokat z włosów albo oczu się osypał na policzki). 

Ogólnie polecam zakupy w EDM, głównie z powodu licznych promocji i możliwości zakupienia próbek (co ma kapitalne znaczenie gdy się nie trafi z kolorem, nie trzeba wtedy zostać z pełnym opakowaniem produktu, który dla nas nie działa). Zdaję sobie sprawę, że EDM wysyła obecnie do Polski tylko drogą przesyłką (domyślam się, że ginęły paczki), dlatego chyba więcej sensu ma kupowanie z polskiej strony - 
http://kosmetyki-mineralne.com/
Niestety zauważyłam, że na polskiej stronie nie ma dostępnych aż tylu promocji co na stronie amerykańskiej, no ale tu każdy musi zadecydować za siebie. 

Polecam te produkty, gdyż EDM to taka firma, którą według mnie warto wypróbować. Na pewno nie podpasuje każdemu, ale wybór kolorów jest obłedny, poza tym wybór efektów, jakie można nimi uzyskać (wykończenia matowe, perłowe, błyszczące) i możliwość zamawiania próbek (próbki kosztują, na stronie którą podałam, zdaje się 5zł) sprawiają że jest to firma bardzo atrakcyjna do wypróbowania. Nie mówiąc już o naturalnym składzie i niepodkreślaniu porów (bardzo się zraziłam do tradycyjnych róży kiedy, jeszcze gdy nie byłam świadoma testowania na zwierzętach, kupiłam bardzo drogi róż Lorac, który kompletnie się nie sprawdził, powodując, że po jego użyciu skóra wyglądała jak nienaturalna maska – a zawsze używałam minimalną ilość). 

Na blogu o kosmetykach nietestowanych na zwierzętach nie może zabraknąć wzmianki o firmie Everyday Minerals oraz o innych firmach mineralnych – przede wszystkim dlatego, że w zasadzie wszystkie firmy mineralne (ale prawdziwe mineralne, nie jakieś tam pdeudomineralne linie L’Oreal, Max Factor czy inne takie) są nietestowane na zwierzętach.


W zasadzie z firm mineralnych próbowałam tylko EDM, Rhea, Signature Minerals, Lucy Minerals i Detrivore. Piszę ‚tylko’ ponieważ firm mineralnych jest znacznie znacznie więcej, niektóre bardzo się między sobą różnią i tak naprawdę każdy może wśród nich znaleźć coś dla siebie. 

Dzisiaj chciałam wstawić tylko zdjęcia mojej kolekcji cieni EDM (to wszystko są próbki pochodzące z limitowanej serii Utopia Blooms). Częśc kolorów jest niestety z limitowanej edycji, ale spora ich część jest do dostania w regularnej sprzedaży. Recenzję, swatche, porównania oraz opis innych produktów zostawiam na później (sporo do opisywania, poza tym potrzebuję zrobić więcej zdjęć). Jestem w posiadaniu cieni, pędzli, róży, próbek podkładów i pudrów, korektora oraz balsamu do ust, tak więc rzetelny opis tych produktów może zając trochę czasu i wymagać odrobinę więcej roboty.
cienie EDM
Po kliknięciu na zdjęcie zobaczycie je w powiększonej wersji. Dzięki temu lepiej widać kolory i można rozpoznać nazwy kolorów na denku opakowania. Przyjemnego oglądania!

  • RSS