Wpisy z tagiem: na-kazda-kieszen

Catrice Ultimate Shine Lipstick

Tak jak obiecałam, dziś przyszedł czas podzielić się z Wami zdjęciami recenzowanych przeze mnie ostatnio pomadek Catrice. Po pierwsze, z góry przepraszam Was za niewyjściowość szminek, ale ja mam taką przypadłość, że używając pomadek zawsze tworzę w nich góry i doliny, kaniony i inne przedziwnej maści formacje :> Nie mam pojęcia jak i dlaczego, ale winę zwaliłabym na moje niezbyt szerokie usta – nieźle się muszę napracować, żeby je sensownie pomalować. Po drugie, zdjęcia robione są w słonecznym dniu w ogrodzie, w różnych kątach, w pełnym słońcu bądź cieniu, stąd ich rózne odcienie – natomiast nie są one robione z użyciem lampy. Na początek zdjęcie moich trzech pieszczoszek. Dwie piewrsze wyglądają podobnie, jednak u mnie na ustach dają zupełnie inny kolor. Trzecia jest moją absolutną kandydatką do ponownego kupienia (zresztą chyba widać po stopniu użycia – kompletnie ją zmechaciłam).
Teraz kolej na swatche:
a) swatche w pełnym słońcu:
Catrice Ultimate Shine Lipstick swatch
b) te same pomadki, ale zdjęcie swatcha wykonane w cieniu (ale w słoneczny dzień i na zewnątrz)
Catrice Ultimate Shine Lipstick Corallicious Pink, Teddy Brown, Fox Now
W ostatnim poście zapomniałam napisać o ich zapachu, który jest przyjemny, ale sztuczny, jeśli ktoś nie lubi słodkawych zapachów u szminek, to radzę powąchać przed kupnem. Kolejna rzecz, o której zapomniałam wspomnieć to ich opakowaniach – niestety jedna z nich dość szybko się zepsuła (nakrętka lubi się otwierać w mojej torebce). Tak czy siak, w dalszym ciągu je lubię, zwłaszcza że kosztują 4 euro, a w polskich naturach można je dostać za ok 10 zł. 

Rozpisywałam się już o tym jak to dokonałam mordu na moim portfelu w Polsce i obkupiłam się we wszystko na co się z takim zainteresowaniem czaiłam przez cały rok mojej ożywionej działalności na wizażu (wizaż.pl). Jedną z rzeczy, których nie mogłam sobie podarować były maseczki Bielendy. No i teraz ciekawostka taka, że ja tak w zasadzie to nie przepadam za maseczkami, a chociażby i z takiego względu, że nie zawsze dają poczucie komfortu na buzi ( a to zimne a to ciepłe a to piecze, a to efekty niewarte świeczki). Bielenda, przyznam szczerze, złapała mnie na efektowne, dwustopniowe opakowania (dwusaszetkowe). 



Używałam głównie 2 rodzai z tej serii – do cery przetłuszczającej się i do normalnej (trochę w zależności od zapotrzebowania, trochę w zależności od ‚widzimisię’ ;) ).

maseczki Bielendy

 
Najbardziej do gustu przypadła mi saszetka kombinująca w sobie peeling i maseczkę. No bajer! Jedziemy na wakacje, pakujemy saszetę w plecak i robimy sobie małe SPA jeśli mamy zły dzień/pada/poznałyśmy kogoś/zaczynamy wyglądać jak potwór z bagien/chcemy sobie poprawić humor/cokolwiek. Bez tachania ze sobą 2 produktów. No i obsługa produktu też jest dzecinnie prosta. 
Pomysł z 2 maseczkami również uważam za udany, ale nieco naciągany. No bo po kiego grzyba mam nakładać na gębulkę 2 maseczki zaraz po sobie, święcie wierząc, że obie mają totoalnie inne właściwości i jedna bez drugiej ‚żyć nie może’? 
No ale kontynuując – sam produkt uważam za jak najbardziej udany. Faktycznie poprawiają mój koloryt skóry, moja twarz wygląda świeżo, zadbanie,  maseczki mają fajne zapachy, cena nie zwala z nóg i dzięki formie saszetki nie zdążą mi się prawdziwie znudzić ani przeterminować. Zapachy uważam za naprawdę trafione, szczególnie ten granatowy. Ogórek i limonka jest dla mnie z kolei geniuszem marketingowym, ponieważ już sama nazwa i kolor kojarzą mi się z procesem odtłuszczania! No bo tak serio to takie skojarzenia przywodzą na myśl te kolory, a także zapach. 
Saszetki zawsze mopna podzielić na pół i używać w różnych dniach, dzięki czemu zyskujemy 2 maseczki po ok… 1,70 zł (wybaczcie jeśli coś pomieszałam z ceną) :D Produktu w nich jest dość dużo, na upartego jestem je w stanie używać do 3 razy (ale na samą twarz, bez dekoltu i szyi). Ogólnie muszę powiedzieć, że Bielenda mnie zauroczyła niektórymi produktami podczas mojego pobytu w Polsce, pomijająac fakt, że jej produkty docierają i do Stanów i jako produkty ekskluzywne i egzotyczne sprzedawane są w TJ Maxxie. (Na początku mi się wydawało, że to taka podpucha, ale teraz uważam, że niezły pomysł i całkiem nawet zasłużenie). Natomiast polemizowałabym trochę z tym naturalnym składem, który reklamują no ale to już kto i co lubi – nie można mieć wszystkiego. Mnie skład nie przeszkadza, ponieważ uważam, że nie można przesadzać w żadną stronę. Używam części kosmetyków z bardzo naturalnymi składami i części z nieco mniej naturalnymi i chyba przy takiej lekko mieszanej pielęgnacji zostanę.

No i powiedzcie same: czy te opakowania nie są wiosenne i zachęcająace do kupna? Nie kojarzą się Wam z naturalną pielęgnacją i słoneczną wesołością?

Witam wszytskich po długiej przerwie i postanawiam poprawę!

Tak jak obiecałam, powracam z serią nowych recenzji. Jak zapewne pamiętacie, po moich wybrykach zakupowych podczas pobytu w Polsce obiecałam sobie zawiesić działalność zakupową na jakiś czas… jak się jednak okazało, w podróży zawsze okazuje się, że czegoś się zapomniało…. : i tym oto sposobem wpadło mi w ręce parę zupełnie prozaicznych i całkiem niedrogich kosmetyków. Także poużywałam wreszcie niektóre kosmetyki zakupione w Polsce i mogę wreszcie coś więcej na ich temat powiedzieć. 

Dzisiaj parę słów o pomadce Catrice Ultimate Shine. Na razie nie zrobiłam zdjęć, ale chodzi o te pomadki: 
http://www.catrice.eu/products/lips/lipstick/detail/product/ultimate-shine-080.html
 Można je dostać w większych Drogeriach Natura za zazwyczaj dość przystępną cenę. Byłam bardzo ciekawa tych pomadek po obejrzeniu sama-nie-wiem-ilu niemieckich filmików na You Tubie. Co mogę powiedzieć:

+ wybór kolorów jest przystępny, choć niezwalający z nóg
+ pomadki mają dość sensowną cenę
+ bardzo podoba mi się efekt, jaki dają na ustach, nawet ciemne kolory nie dają efektu pani spod latarni. Usta są ponętnie błyszczące i uwodzicielskie, ale w moim odczuciu nie tanie (jako jasna blondynka muszę bardzo uważać z kolorem ust i choć mocniej podkreślone usta czasami wyglądają u mnie bardzo seksownie, znacznie częściej dają okropny, przejaskrawiony efekt). Udało mi się też upolować kolor dla mnie idealny, w związku z tym mają one u mnie podwójnego plusa

http://zaazu.com

- niestety nie są aż tak łatwo dostępne jak by się wydawało, we Wrocławiu widziałam je tylko w Magnolii
- nie są najbardziej wydajne na świecie, po miesiącu używania pozbyłam się już ok. połowy
- efekt, jaki dają na ustach jest piękny, ale krótkotrwały, mniej więcej jak przeciętnej jakości błyszczyka, dlatego też używam ich najczęściej jak chcę zrobić dobre pierwsze wrażenie ;) 
- podczas posiłków zostawiają warstwę koloru na sztućcach bądź szklankach (niby nic zastanawiającego przy efekcie błyszczyka, no ale bywa to deprymujące)

Ogólnie bubel to to nie jest, ale nie polecam spodziewać się po nich za dużo. Osobiście pewno kupię kolejne opakowania jak mój ulubiony kolor się skończy, ponieważ zakochłam się od pierwszego wejrzenia w efekcie, jaki te pomadki oferują na ustach. Natomiast osobom z mniejszym poziomem cierpliwości polecam matowe pomadki Revlona – efekt może nie ten sam, ale za to spokój na kilka godzin. 

Linus wreszcie zapuścił paznokcie. Po latach obgryzania zapuścił, no i siłą rzeczy się zaczął rozglądać po półkach z lakierami. Do tych zapuszczonych paznokci właśnie. Bo paznokietki to może i nie szpony, nawet nie pazury, ale Linus jest z siebie i tak bardzo dumny. I tak się rozglądając po miejscu grzeszków kosmetycznych, co to się drogerią zwie, oczy przetarł ze zdziwienia, bo te półeczki pełne urokliwych kolorów zamkniętych w eleganckich buleteczkach o różnych regularnych kształtach bardzo się okazały pociagające. Miały one urok nieprzenikniony, wręcz taki skropiony tajemnicą, nasączony odcieniem pasującym do aktualnego ubioru. I nawet do humoru pasujący. I do pory roku. I do sezonu. I okazji. Niektóre matowe, kolorowe, wesołe. Cytrynkowe, limonkowe, krzykliwe. Inne lekko speszone, przygaszone w swojej myszkowatości, niepewne. I te połyskujące jak gwiazdka i te zupełnie bez blasku. Lekko fluorescencyjne. Z lekkimi drobinkami. Wybór taki niemały, aż trudno się było zdecydować. I wtedy pojawił się ON. Delikatny, z tych bardziej nienachalnych. Uśmiechający się zachęcająco. No i ten napis – pachnę podczas wysychania. Nie no, tego Linus już sobie nie mógł odpuścić.


Niniejszym dzisiaj przedstawiam moje najnowsze odkrycie – lakier My Secret 140 Lilac. Tak szczerze szczerze to nie dawałam mu zbyt wiele szans, gdyż po lakierze za raptem 5 zł nie spodziewałam się wiele (zwłaszcza, że lakier Revlona, 6 razy droższy, był dla mnie totalną porażką). Pomimo tego, urzekającego dla mnie, koloru i pomimo tego pozornie zwodniczego napisu, że pachnie. 

My Secret Lilac

I co? I powiem szczerze, że lakier mnie zaskoczył. Pozytywnie! 
Dość fajnie się nakłada. Trochę gorzej kryje, ale z dwiema warstwami można już wyjść do ludzi. Co do trwałości się nie wypowiadam, bo wyjątkowo położyłam bezpośrednio na płytkę, a nie na bazę (bo Linus niecierpliwy się ostatnio zrobił i tak bardzo ten kolor prosił o wypróbowanie….). Polubiłam od pierwszego użycia. A no i ten zapach – naprawdę całkiem przyjemny! Ogólnie jestem na wielkie tak. Czy KWC to nie wiem, ale na pewno do ponownego kupienia. 

P.s. Wybaczcie stan moich paznokci, nie wyglądają obecnie najlepiej pod słońcem, ale nie chciałam przez to zalegać z notką.

cienie My Secret My Secret

My Secret to jedne z tych kosmetyków, których używać zaczęłam tylko i wyłącznie pod wpływem opinii na internecie. Moje dotychczasowe odczucia były jednoznaczne – średnia półka tak, za tanie kosmetyki – nigdy w życiu (tak samo zresztą z bardzo drogimi kosmetykami – bo jeśli kupię coś, co okaże się bublem, za 30 zł,t o jeszcze to przeboleję, ale za 100zł to bym chyba się wściekła). Po przeczytaniu wielu pozytywnych recenzji postanowiłam jednak spróbować. 
Muszę powiedzieć, że jak na kosmetyk za parę złotych, to nie ma co narzekać. Cienie są dość dobre, matowe (uwielbiam maty), kosztują ok 6 zł (nie wiem czy dokładnie tyle, ale na pewno nie więcej niż 10zł). Nie powiedziałabym jednak, że nalezy spodziewać się po nich cudów i (niestety) niektóre kolory są lepsze niż inne – no ale przecież to są kosmetyki za naprawdę niewielkie pieniądze.
Moim faworytem jest brąz. Brąz polecam każdemu – ładnie podkreśla załamanie powieki, ładnie da się go cieniować, na bazie ma  intensywny kolor i nic się z nim nie dzieje długie godziny. Podobne opinie słyszałam o granatowym cieniu, którego niestety nie posiadam, więc nie mogę nic więcej powiedzieć. Co do różu i szarości to byłabym bardziej ostrożna. Pigmentacja nie jest cudowna, bez bazy cienie są raczej półtransparentne. Na bazie szary wygląda trochę lepiej, różowy – dalej bez zachwytów. Tak więc bez bazy nie radzę tych 2 używać. Natomiast co mogę powiedzieć w obronie różowego to to, że przepięknie wygląda pod łukiem brwiowym, bardzo delikatnie rozświetla i dodaje blasku (chociaż nie połysku, bo w końcu jest matowy – raczej bym się wkurzyła jakby mat podawał mi połysku ;). Bardzo ten efekt rozświetlenia lubię – na pewno będzie więc też pięknie podkreślał wewnętrzny kącik. Z całej tej trójcy najmniej chyba polecałabym szary – chyba że ktoś lubi delikatny makijaż, to zawsze można spróbować.
Do nabycia w Drogeriach Natura. Aha, napisałam, że to kategoria polskie. My Secret są produkowane przez Pierre Rene, która – tak mi się przynajmniej wydaje – jest polską firmą. Jeśli nie to proszę o wyprowadzenie mnie z błędu.

Sensique

Polską firmą Sensique zainteresowałam się wyłącznie po przeczytaniu masy dobrych opinii na internecie i usłyszeniu mojej koleżanki zachwycającej się nimi przez godzinę. Generalnie nie kupuję kosmetyków tak tanich jako że sparzyłam się wielokrotnie takim właśnie zakupem. Jednak z cieniami Sensigue postanowiłam zaryzykować przy okazji przyjazdu do Polski. Po pierwsze, zainteresowały mnie ich kolory. Paletki były ładnie skomponowane, co najmniej 2 z nich miały ładne połaczenia brązów i złotawych odcieni, trochę różu. Akurat moje ulubione kolorki. Druga paletka zainteresowała mnie, ponieważ już dawno chciałam poćwiczyć makijaż w tonacjach fioletu, a przy takiej cenie wybór tego kosmetyku wydawał się wyborem wręcz idealnym. 
Paletki zaskoczyły mnie swoją jakością. W życiu nie pomyślałabym, że to kosmetyk  raptem za parę złotych. Trzymają się długo, naprawdę długo, bez bazy do ładnych kilku godzin. Po drugie, nie wyglądają tandetnie na oku. Wykończenie takie jakby satynowe, ani zupełnie matowe, ani błyszczące. Po trzecie, wyglądają jakby się miały osypywać ( w pudełku), jednak przy ich aplikacji nic takiego nie ma miejsca. Nie wałkują się i nie warzą na oku. (Używam pisowni „warzą się”, a nie „ważą się” na oku, ponieważ czasowniki ważyć a warzyć mają zupełne inne znaczenie i tu należało by użyć czasownika warzyć, to tak na wypadek jakby kogs raziły błędy ortograficzne ;)). Ponadto idealnie nadają się do makijażu dziennego, ale bez problemu można nimi wykonać makijaż wieczorowy. No i konsystencja tez jest w miarę przyjemna – łatwo je rozprowadzić na oku, chociaż nie są zbyt miękkie. Podsumowując – naprawdę te cienie lubię. Są tanie, łatwo dostępne, warte swojej ceny. Dodatkowo sam fakt sprzedawania cieni w poczwórnej paletce ma swoje plusy, gdyż wystarczy użyć już skomponowanego zestawu i makijaż oka gotowy. Porównując je do innych drogeryjnych cieni, zwłaszcza takich jak Maybelline (o mamo, z tymi to miałam przejścia…), Max Factor czy Rimmel (kiedyś, jeszcze przed przejściem na kosmetyki nietestolwane popełniłam błąd zakupu ich potrójnych kamieni prasowanych, co to dla niepoznaki nazwane były cieniami. Najgorszy chłam, jakiego używałam), Sensique wypada naprawdę dobrze. Będę gorąco kibicować tej firmie, nie tylko z powodu ich nietestowania i bardzo przystępnej ceny, ale też i faktu, że to jedna z naszych bardzo dobrych polskich firm. 
Essence Waterproof Liquid Eyeliner
Dzisiaj powrót na chwilę do produktów drogeryjnych, łatwo dostępnych i generalnie na każdą kieszeń, czyli do niemieckiej marki Essence (dostępna w Drogeriach Natura). 
Jednym z moich ulubionych produktów Essence są z pewnością ich eyelinery. Moje ostatnie odkrycie – eyeliner wodoodporny. Jest po prostu boski, a na oku trzyma się tak, że chyba kapiele morskie by przeżył (w sumie nie próbowałam, ale tak przewiduję) ;) Jedyny minusik – czasami trzeba się trochę napracować, żeby go zmyć. Poza tym eyeliner – cudo. Jest w pędzelku, a nie gąbeczce i rysuje piękne cieniutkie kreski. Kiedyś, za dawnych czasów używałam eyelinera z Sephory – moim zdaniem jakośc bardzo podobna, a jaka różnica w cenie! Opakowanie też ładne i zgrabne. 

Olejek ze słodkich migdałów Olej kokosowy olej kokosowy konsystencja

Chyba jednym z najłatwiejszych produktów do znalezienia wśród produktów cruelty – free, są produkty do codziennej pielęgnacji. Balsamy, masełka, olejki – te wszystkie produkty zrobiły się ostatnio bardzo popularne. Im krótszy skład, tym lepiej, bo i nadmiar chemii nigdy nikomu dobrze nie zrobił. Coraz częściej można też przeczytać artykuły o negatywnym wpływie na zdrowie poszczególnych substancji (wśród tych ostatnich prym wiodą chyba parabeny, talk i SLSy) i choć ile w tym prawdy, a ile siania paniki to nikt nie wie – jednak zrezygnowanie z takich substancji tak na wszelki wypadek raczej nie zaszkodzi. W związku z tym chciałam zwrócić uwagę na popularne ostatnio olejki (olej kokosowy, jojoby, ze słodkich migdałów, tamanu, arganowy, monoi, z pestek malin, z róży rdzawej, z orzechów laskowych, z rokitnika.  Słowem co sobie człowiek tylko zamarzy). Są to bardzo naturalne wielofunkcyjne produkty, dostępne  w wielu sklepach za zazwyczaj całkiem przystępną cenę. Fora i portale rozpisują się często nad zastosowaniem olejków jako masek do włosów, balsamów, smarowideł do rąk. W zasadzie używać można ich do każdego z tych celów, jednak olej ze słodkich migdałów wydaje mi się wprost stworzony do wmasowywania go w ciało. Jest nieco mniej tłusty i oleisty od innych olejów, przez co ładnie się wchłania i nie zostawia na skórze nieprzyjemnego filmu. Doczepić można się jedynie do zapachu, ponieważ niektóre z olei (m.in. właśnie migdałowy) mają taki charakterystyczny, olejowy zapach… przez co po posmarowaniu się nim czuję jakbym cały czas była w kuchni ;) (Dla osób łasych na zapachy proponuję olej kokosowy nierafinowany – pachnie czystym kokosem). Olej kokosowy jest innym typem olejku, który, poza charakterystycznym zapachem, posiada również bardzo charakterystyczną konsystencję. Trzymany w zimnym pomieszczeniu (bądź lodówce) ma konsystencję bardziej stałą (ostatni obrazek) i dopiero w dłoniach rozpuszcza się i zaczyna być prawdziwym olejem. Bardzo ciekawy i przyjemny w użyciu produkt. 
Firma Aura Cacia nie jest chyba dostępna w żadnym polskim sklepie, natomiast olejek migdałowy z całą pewnością można by znaleźć w sklepach zielarskich bądź ze zdrową żywnością. Sporą ofertę przeróżnych olejów mają też wspomniane wyżej Mazidła i Biochemia Urody , a także Naturalis czy Zrób Sobie Krem

Skoro już wpadłam w nastrój pisania, postanowiłam podzielić się jeszcze jednym odkryciem z Biochemii Urody, o którym pewnie nigdy bym nie usłyszała, gdybym kiedys nieopatrznie nie wpadła na jeden z polskich portali, dość mocno zachwalający produkty tego sklepu. I tak po raz pierwszy w życiu przeczytałam o hydrolatach. 

Muszę przyznać, że nazwa Hydrolat oczarowy wprowadziła mnie w małe zakłopotanie, a nawet zdumienie, ponieważ skojarzyła mi się z oparami, moczarami i z czymkolwiek, co ani nie pachnie, ani nie działa, za to jest dziwne ;) Jednakże po przeczytaniu nie wiem ilu pozytywnych opinii postanowiłam i ja się skusić na to cudo. 
Hydrolaty to nic innego jak po prostu wody roślinne. Zainteresowanych co to jest zapraszam do przeczytania wytłumaczenia na takich stronach jak BU (Biochemia Urody) czy Mazidła. Są bardzo przyjemnymi w stosowaniu produktami, w 100% naturalnymi, o ładnych zapachach i dość dobrym działaniu (niektórzy by powiedzieli: rewelacyjnym działaniu). Niektóre działają ściągająco, inne kojąco, orzeźwiająco, nawilżająco itd itp. Hydrolatów jest wiele (sama zakupiłam jeden tylko i wyłącznie z uwagi na zapach, przyznaję się bez bicia – chodzi oczywiście o hydrolat różany) i myślę, że każdy może wśród nich znaleźć coś dla siebie.
Jedyne, co mogłabym polecić, to dokupienie sobie buteleczki z atomizerem i spryskiwanie takim hydrolatem twarzy, zamiast używaniem go na wacik i w ten sposób przemywanie twarzy (starcza na baaardzo bardzo długo). Hydrolaty stanowią też dobrą bazę dla osób lubiących domowe specyfiki (np. maseczki własnej roboty), można je mieszać z innymi składnikami i kombinować, kombinować, kombinować. Hydrolaty z BU przychodzą w dość ascetycznych plastikowych opakowaniach – osoby uwielbiające fikuśne opakowania mogą więc być odrobinę rozczarowane, ja jednak lubię taki system, bo dzięki czemu jako klient płacimy głównie za produkt. 
Hydrolat różany Hydrolat cytrynowy Hydrolat oczarowy Atomizer

Środek do demakijażu był jedną z moich pierwszych obaw przy postanowieniu zaprzestania kupowania produktów testowanych na zwierzętach. Wszystko dlatego, że po latach używania takich sobie o mleczek, płynów czy innych specyfików, testowania, narzekania, na dwa tygodnie przed odkryciem polityki firm testujących na zwierzętach – znalazłam wreszcie swój ulubiony kosmetyk do demakijażu, oczywiście jednej z testujących firm. Byłam załamana, że niegdy już nie znajdę nic sensownego, ale jakże się myliłam. Faktem jest, że spędziłam trochę czasu na szukaniu czegoś fajnego i nie koszmarnie drogiego, jednak po wcale nie tak długim czasie odkryłam sklep internetowy Biochemia Urody.

I tak wpadłam na ich stronę i mój wzrok automatycznie padł na olejki myjące (Biochemia Urody). Po przejrzeniu oferty zadecydowałam, że po prostu muszę wypróbować olejki zapachowe (pomarańczowy i drzewko różane), ponieważ uwielbiam naturalne zapachy. Złożyłam na BU większe zamówienie dla siebie i rodziny  i dośc długo czekałam na przesyłkę (mieszkam za granicą i przesyłak musiała przejść bardzo długą drogę, zanim do mnie dotarła ;) )
Olejku pomarańczowego używam już od co najmniej dwóch miesięcy i jestem nim totalnie zachwycona. Nie wkleję tu jednak jego zdjęcia, gdyż buteleczka ma jedną wadę – szybko się brudzi i wygląda bardzo „niewyjściowo” przy końcówce używania. Po pierwsze, olejek ma fantastyczny zapach. Masuję nim skórę i z lubością wdycham zapach pomarańczy. Zapach jest świeży, nie perfumowany, nie jest dodawany do żadnej bazy mleczka (poza emulgatorem, ale to inna bajka), więc jest czysty, chociaż nie przytłaczający. Konsystencja olejku bardzo mi podpasowała, ponieważ od jakiegoś czasu nie cierpię po prostu mleczek do demakijażu, którym muszę po sto razy trzeć moje nieszczęsne oczy, marnując przy tym po 5 płatków bawełnianych. Nie, to po prostu nie dla mnie. Olejek ten oczyszcza całą skórę i świetnie radzi sobie z makijażem – nawet z eyelinerem i tuszem do rzęs. Ponieważ zawiera dodatek emulgatora, pomimo iż ma konsystencję oleistą, łatwo go zmyć i nie zostawia na twarzy żadnej tłustej powłoki. Jak dla mnie kosmetyk idealny – 10/10. Pomimo iż znalazłam kilka innych kosmetyków do demakijażu, które całkiem chętnie używam (choć jeszcze więcej takich, które niezbyt chętnie), do tego będę z pewnością wielokrotnie wracać. Myślę że przy dośc regularnym używaniu (czasami używałam innego środka do demakijażu, ale rzadko) starcza mi na około 2 – 2,5 miesiąca. 
Podsumowując:
+ fajna konsystencja
+ nie trzeba trzeć oczu ani twarzy, żeby pozbyć się zabrudzeń i makijażu
+ radzi sobie nawet z tuszem do rzęs i eyelinerem
+ nie klei się, chociaż nie każdemu podpasuje konsystencja olejku
+ nie zostawia dziwnego filmu na skórze
+ zapach jest na 6+
P.s. Specjalne podziękowania dla mojej koleżanki z pewnego portalu, która również wybrała styl życia cruelty – free za pomoc, słowa zachęty i utwierdzanie mnie w moim pomyśle prowadzenia bloga. Dzięki niej już niedługo pojawią się tu zdjęcia i zdecydowanie więcej notek ( a możliwe, że i więcej gości ;) )

  • RSS