Wpisy z tagiem: mineralne

Dziękuję wszystkim za wiadomości, komentarze i inne sposoby komunikacji ze mną. Muszę powiedzieć, że w ciągu ostatnich dni dostałam tak wiele wiadomości, ciepłych słów i ofert pomocy, że na pewien czas moja wiara w ludzi została całkowicie przywrócona. Także społeczność, w której mieszkam prędko się zorganizowała sama i zaczęła pomagać komu mogła. Sami oddaliśmy wszystko, co mogliśmy, żeby pomóc: niepsującą się żywność, ubrania, koce, środki czystości, ale jak przyjechaliśmy do tymczasowych ośrodków pomocy to opadła nam szczęka. Ludzie pracowali sami, przywozili co mogli, składali się lokalnie na ciężarówki pełne jedzenia i wody, sami kierowali ruchem bądź starali się brać udział w akcji ratowniczej. Prawie każdy, kogo znam, w czymś pomógł. Tak więc głowa do góry, z ludzkością naprawdę nie jest tak źle!
Życie tutaj na pewno jeszcze długo będzie nie takie jak z przed tragedii, ale powoli powoli wraca do normy. Oczywiście, życia zmarłym to nie przywróci, ale zniszczone domy i budynki da się odbudować. No i z dobrych wiadomości, wczoraj jeszcze udalo się wydobyć spod gruzów trójkę wciąż żywych ludzi. 
Czuję się nieco głupio w obliczu całej tej tragedii pisać o kosmetykach, ale myślę, że może tak będzie najlepiej. 
W każdym razie pozbierałam kilka moich starych zdjęć i postanowiłam chociaż wrzucić parę swatchy. Zdjęcia robione były pod różnymi kątami, żeby było widać kolory w różnym świetle. Kolory są dośc dobrze zachowane. Są to swatche 6 próbek cieni firmy LA Minerals: Moonlight, Crush, 1st Boyfriend, Satin Sheets, Hip-Notic, Eggplant. Ogólnie jestem z tych cieni zadowolona, mają ładne kolory i na bazie trzymają się bez zarzutu. Ba, nawet używałam ich bez bazy i całkiem dobrze się miały. Niestety nie umiem za bardzo ocenić jak trzymają się bez bazy, ponieważ już od dawna nie uzywam niczego bez bazy. Mają bardzo przyjemną do nakładania konsystencję, ale skład jest mniej przyjazny, ponieważ zawiera silikony. 
Swatche LA Minerals
LA Minerals Swatches

Dzisiaj kolejna notka o różach mineralnych. Chodzi o róże firmy Signature Minerals. Najpierw trochę o samej firmie. Zainteresowałam się nią, ponieważ sprzedają próbki, na dodatek darmowe próbki. Jedyne co to trzeba zapłacić za przesyłkę (ale w przypadku gdy i tak chcemy od nich coś kupić, próbki są zupełnie darmowe). Kosmetyki oczywiście nietestowane na zwierzętach. Jednorazowo można zamówić komplet 6 darmowych próbek, ale przy każdym nowym zamówieniu można zamówić kolejny komplet.  Darmową próbkę konkretnego koloru można zamówić tylko raz, ale istnieje szansa zamówienia płatnej próbki tego samego koloru/odcienia (2.5 $, które przy różach i cieniach starcza na naprawdę długo) ile razy nam się żywnie podoba. Poza tym można wybrać 6 próbek spośród wszystkich oferowanych produktów – cieni, róży, pudrów, korektorów, podkładów. Dodatkowo, jeśli mamy ochotę złożyć większe zamówienie, a nie tylko na 6 kolorków, zawsze można dokupić kolejne kolory za 2,5$ w tym samym zamówieniu. (Ja na przykład zamówiłam 8 próbek, 6 było darmowych, za 2 zapłaciłam).

Co do przesyłki – była po prostu błyskawiczna. Mieszkam dość blisko siedziby firmy i przesyłka doszła do mnie następnego dnia po zamówieniu! Musiała być wysłana dosłownie godzinę po złożeniu zamówienia. Smiley
Co do samych kosmetyków nie mam zastrzeżeń, ale za to mam przestrogę dla zainteresowanych – uważajcie z wyborem kolorów, odcienie sa naprawdę dla bladziochów. Bronzer, który kupiłam, z powodzeniem może mi służyć w lecie jako podkład, a ja jestem naprawdę bladolicą blondynką ;)

A teraz swatche róży:

Signature Minerals BlushesSignature Minerals blushes
Swatches SM seashell, rose, adobe sun Signature Minerals swatches
Róże są bardzo bardzo delikatne na policzkach. Nie da się prakycznie nimi zrobić sobie krzywdy, nie są zbyt widoczne. Idealne dla osób, które dopiero próbują swoich sił z różami, natomiast nie polecam osobom lubiącym mocny rumieniec. Szczególnie Seashell jest bardzo transparentny i w zasadzie niewidoczny. Moim zdecydowanym ulubieńcem jest Adobe Sun – piękny delikatny, jakby wpadający w łososiowy odcień. 

Starałam się pobawić światłem i ustawieniami, żeby pokazać kolory w różnym świetle. Myślę, że najbardziej zbliżone do rzeczywistego koloru jaki róże dają na policzkach jest zdjęcie trzecie. 

P.s. Dopiero zdałam sobie sprawę, że nie wszyscy o tym wiedzą, ale na wizaż.pl (nie, to nie jest kryptoreklama, ja po prostu stale tam przebywam :D) co jakiś czas organizowane są wspólne zamówienia do przeróżnych firm typu firmy mineralne, Elf, NYX – również do Signature Minerals. 

Swatche Elf

Brak komentarzy

Dzisiaj bardzo szybka notka dla wzrokowców ;) 

Jakiś czas temu rzuciłam się w sklepie na nowo wypuszczoną serię E.l.fa. Ponieważ rzucilam się na nią więcej niż raz smiley
efektem tego jest zakup dwóch zestawów cieni, podkładu oraz pudru. Używam obecnie tych produktów za krótko, żeby móc napisać tu rzetelną recenzję, ale ogólnie muszę powiedzieć, że jestem z Elfa bardzo zadowolona. Biorąc pod uwagę, że za każdy z tych zestawów (puder + pędzel, podkład + pędzel, 3 cienie, 2 cienie + pędzel) zapłaciłam ok 5,50$ (16-17 zł), to uważam, że nie były to pieniądze wyrzucone w błoto. Jedno zastrzeżenie co do cieni: są naprawdę mocno błyszczące i to nie w sensie drobinek tylko tak bardziej metalicznie, powierzchniowo. Pod tym względem użyłabym ich bardziej do makijażu wieczorowego, choć noszę je i na co dzień, po prostu zestwiając je z jakimś matowym bądź perłowym cieniem. Cienie pochodzą z mineralnej linii Elfa (ale sami wiecie, że ja mineralnych linii niemineralnych kosmetyków nie do końca lubię nazywać cieniami mineralnymi, wspominałam o tym ostatnio).

Oto swatche:
Elf swatche Elf swatche elegant, celebrity, golden, socialiteelegant, celebrity, golden, socialite
Pierwsze zdjęcie robione w sztucznym świetle, 2 pozostałe w naturalnym świetle przy oknie.


Zdjęcia pełnych jeszcze nieotwartych cieni: 1 zestaw Rustic Brown, kolejny zestaw Sandy Beach.
Elf rustic brown sandy beach

Przeczytałam gdzieś dzisiaj, że bloggerki mają większy wpływ na wybory konsumentek niż, kiedyś tak popularne, celebrytki. No całe szczęście! Oczywiście nie twierdzę, że wszystkie blogi stanowią skarbnicę głębokich myśli i źródło encyklopedycznej wiedzy, ale są one przynajmniej prowadzone przez prawdziwe osoby, które zazwyczaj publikują na nich swoje własne, a nie opłacone przez media bądź firmy, zdanie i przemyślenia. Już pomijając fakt, że nie rozumiem, czemu jakiekolwiek celebrytki miały mi podsuwać pomysły co mam kupić i czego używać. No bo tak szczerze to czym, poza niezbyt udanym filmem porno, wsławiła się Kardashianka? Jakież to ukryte talenty i zdolności posiada? Za każdym razem jak ją widzę na okładce jakiegoś magazynu, to zbieram szczękę z podłogi przez parę dobrych minut (ze zdziwienia, że znów tam jest). Czy kultura popularna naprawdę tak bardzo cierpi na brak ikon mody, że musi się odnosić do kobiet popularnych z powodu bycia popularnymi? Poza tym co może mi taka ‚ikona stylu’ zaoferować? Kobiece kształty? Dziękuję, mam swoje, mogę się nawet podzielić smiley


Ale o czym to ja mówiłam… Ach tak, wyniki badań. No, nawet się trochę ucieszyłam tym obrotem sprawy, bo to znaczy, że może i ja mogłabym mieć jakiś wpływ na zakupowe nawyki Czytelników. No ale po chwili się z lekka zasępiłam. No bo cóż takiego ten blog ma, czego inne kosmetykowe nie mają? Tyle jest teraz blogów o wizażu, makijażu, stylu, modzie, urodzie, biżuterii, z poradami, historiami, promocjami, swatchami (no tak po prawdzie obecnie prawie każdy JAKIEGOŚ bloga posiada). No ale właśnie wtedy spadła na mnie ta olśniewająca myśl, że mój blog nie jest przecież blogiem stricte o kosmetykach! Jest o kosmetykach w takim zakresie, w jakim staram się przekonać innych do świadomych wyborów i do zainteresowania się co mają do zaoferowania inne firmy niż zalewające nas zewsząd koncerny. Oczywiście, siłą rzeczy moją myślą przewodnią były recenzje kosmetyków, ale… tak naprawdę to ja za dużo gadam, żeby się do tych kosmetyków umieć ograniczyć ;) Niestety, tak naprawdę ludzie nie mają ostatnio czasu na czytanie. No, gdyby to były jeszcze wycinki o arcydziełach literatury światowej… no dobra, może bardziej o stylizacjach i technikach wyszczuplania :D, to byłoby u mnie więcej chętnych i czytających. Dlatego też porządnie przemyślę sobie ideę krótszych, treściwszych recenzji.

No i na starość robię się chyba sentymentalna, bo mnie dziś taki obrazek rozśmieszył niemożliwie 

króliczek


Pozwoliłam sobie wkleić z jakiegoś bloga. Domyślam się, że użytkowniczka nie ma nic przeciwko, skoro już na pierwszy rzut oka widać, że zdjątko jest oznakowane i pochodzi z innego portalu ;)

Apropos, żeby nie być taką gołosłowną (swoją drogą, piękne słowo, czy ktoś się kiedyś zastanawiał skąd się u nas wziął pomysł na zestawienie nagości z paplaniną? ;), postanowiłam wkleić jeszcze zdjątka poprzednio wspomnianego zamówienia z LA Minerals. Ponieważ LA Minerals ma obecnie promocję (10 próbek w cenie 5), postanowiłam zaszaleć i wypróbować od razu nie tylko korektory, ale także róże oraz cienie. Oczywiście recenzja i swatche pojawią się później,a le jak na razie wkleję chociaż zdjątka tego, co mam:

LA Minerals    
LA Minerals

Teraz widzę, że kolory strasznie przekłamane wyszły, no ale powinno się udać pokazać jak naprawdę wyglądają na swatchach. 

Minerałki

5 komentarzy
Z serii zabawne momenty życia w Stanach. Idę sobie dziś do roboty i nagle moją uwagę przykuła stojąca nieopodal ciężarówka. Na niej, wielkimi czerwonymi literami napisane: SRA Foods Inc. No cóż, trudno się było nie uśmiechnąć pod nosem. 
Od razu przypomniała mi się dość już sławetna firma SUKI (na liście The Leaping Bunny) ;)
Z innych akcentów optymistycznych to odkryłam bardzo interesującą ekologiczną firmę w Stanach. Nazywają się STOLAT ORGANICS. I jak tu nie kochać takich małych firm? :D

Alee to jeszcze nie koniec zabawnych perypetii. Rozmawiałam dziś z jedną z koleżanek w pracy, która mieszkała uprzednio w Chicago. Po chwili rozmowy i opowiadania mi o polskich piekarniach, sklepach itd (w Chicago Polonia jest wciąż bardzo aktywna), koleżanka powiedziała mi:
- Wiesz co, jeśli i tak myślisz o zmianie miejsca zamieszkania, to powinnaś się tam przeprowadzić
- Hmm, myślisz? Dlaczego?
- A choćby dlatego, że w Chicago dzeń Kazimierza Pułaskiego jest świętem i dniem wolnym od pracy! 

Nooooo, nie ma to jak patriotyczny akcent na obcej ziemi ;)



Ok, a teraz powrót to tematów okołokosmetycznych. 

Ostatnio do moich firm mineralnych doszła firma LA minerals (nie powiem dzięki komu) ;) Dlatego postanowiłam napisać co nieco o minerałach w ogólności – takie kilka podstawowych wiadomości w pigułce. Naprawdę zainteresowanych tematem i pragnących rzeczowych informacji zapraszam tutaj. Z minerałów na początku zainteresowały mnie najbardziej cienie, ponieważ lubię głównie kilka kolorów na moich oczach i zazwyczaj byłam zmuszona ograniczać się do raptem paru cieni. Oczywiście, obecnie mój gust odrobinę się zmienił, ja także eksperymentuję już bardziej niż kiedyś, ale bywało tak, że miałam swoje 3 sprawdzone cienie i nic więcej – nudą wiało na potęgę, jednym słowem. Któregoś dnia weszłam przez przypadek na stronę Rhei (polska firma mineralna) i oczy mi się zaświeciły jak w scenach filmowych gdzie kobiety dostają diamenty (akurat myślałam o ‚Mężczyźni wolą blondynki’, ale co kto woli). Później odkryłam inne firmy oferujące cienie mineralne… no i tak to już się zaczęło.


Minerały mają kupę zalet i kilka znaczących wad. Największe problemy z minerałami są na początku ich używania, zazwyczaj jak się dopiero podejmuje decyzję o wypróbowaniu tego typu kosmetyków. No cóż, początki zawsze bywają trudne, zwłaszcza jak się jest zielonym w temacie jak szczypiorek na wiosnę.

Linie mineralne niemineralnych firm naprawdę rzadko są prawdziwymi liniami mineralnymi! Najczęściej zawierają dodatki tych wszystkich zapychaczy, które dodają do form płynnych, ale że dodają też do kosmetyków minerał w jakiejś formie (najczęściej startej ;) ) to się szumnie ogłaszają jako mineralne. Nie dajmy się ogłupić!

a) po pierwsze, większość firm mineralnych jest dostępna tylko online i to często trzeba zamawiać je ze Stanów bądź Wielkiej Brytanii (wyjątek: bardzo wysoko ocenione kosmetyki mineralne Pixie Cosmetics)
b) po drugie, ilość firm mineralnych jest przytłaczająca, czasami naprawdę nie wiadomo od czego zacząć
c) zanim zacznie się używać minerałów trzeba często zaopatrzyć się w odpowiednie pędzle 
d) zanim nasza buzia zacznie przypominać buzię normalnego człowieka a nie ufo, często trzeba znaleźć własny ‚sposób na minerał’. Dotyczy to głównie sposobu ich nakładania oraz bazy pod nie (minerały zachowują się inaczej na różnych bazach, dotyczy to także nałożenia na mokro)
e) nie są najłatwiejsze do użycia w podróży lub w ciągu dnia – mogą brudzić, wysypywać się no i wszędzie trzeba by taszczyć pędzelki ze sobą. I już sobie wyobrażam wielkośc mojej kosmetyczki podróżnej, gdybym musiała tachać ze sobą te wszystkie puzderka, pędzelki, woreczki strunowe, pudry, podkłady, korektory, róże, cienie… 
Smiley
Plusy używania minerałów:

a) efektu, jaki można osiągnąć minerałami, nie da się porównać z niczym. Naturalny wygląd, gładka buzia, ujednolicony koloryt
b) ponieważ podkłady i pudry istnieją w tylu formułach i w tylu odcieniach, można je dobrać idealnie do karnacji i rodzaju skóry
c) naturalnego składu nie trzeba chyba nawet wspominać
d) w przypadku cieni czy róży wybór kolorów jest obłędny 
e) z powodu oferowanych próbek bardzo łatwo jest wypróbować ogromną ilość kolorów, niektórych nawet bardzo zbliżonych do siebie, ale odrobinę innych, bez wywalania niepotrzebnie pieniędzy w błoto jeśli kolor nam nie podpasuje
f) próbki starczają na naprawdę długo, więc ogólnie powiedziałabym, że są tańsze od tradycyjnach cieni podobnej jakości
g) kosmetyki mineralne (przynajmniej te prawdziwe mineralne) się nie przeterminowują – dobre dla takich chomików jak ja 
h) większość z nich nie uczula i nie zapycha, ALE tu uwaga dla wszystkich osób, szczególnie z problemową cerą: uczulenia na naturalne składniki nie są rzadkością, czasami można być paskudnie uczulonym na któryś składnik. Tylko dlatego, że jakiś kosmetyk mineralny z konkretnym składem nas uczulił, nie trzeba od razu zakładać, że tak będzie z każdym mineralnym składnikiem. Czasami trzeba popatrzeć na skład i, drogą eliminacji, znaleźć ten nas podrażniający
i) na skórze minerały są praktycznie niewyczuwalne i niewidoczne (jeśli są prawidłowo dobrane)
j) wystarczy odrobina, by twarz wyglądała promiennie i zdrowo
k) nie ma niebezpieczeństwa, że zostawią na twarzy odznaczającą się linię (między na przykład podkładem a szyją). Wszyscy kochamy perypetie z widocznym podkładem, prawda? :>
l) skóra w podkładach mineralnych po prostu oddycha, czego nie mogę powiedzieć, żebym doświadczyła z podkładami płynnymi 
ł) wiele minerałów zawiera naturalny filtr przeciwsłoneczny, dobre dla osób, którym się nie chce używać prawdziwych kremów z filtrami :>

Przed minerałami w zasadzie porzuciłam używanie podkładu na wiele lat, ponieważ czułam się z nimi nieswojo. Wyjątkiem był płynny podkład Clinique, ale po nim z kolei kieszeń bolała mnie parę miesięcy ;) Znalezienie idealnego odcienia, firmy, formuły, składu i bazy pod minerały oraz sposobu zajmuje trochę czasu, ale efekty (przynajmnije w moim wypadku) były zdecydowanie warte zachodu. 

Dzisiaj wracam z kilkoma anegdotkami i nową recenzją. 


A więc po pierwsze, mam niezbite dowody na to, że mężczyźni naprawdę są z Marsa a kobiety z Wenus. Dzisiaj używałam mojej smrodliwej odżywki do włosów Hugo Naturals, o której to odżywce rozpisywałam się w ostatnim wpisie i wyraziłam obawę jakby mój biedny mąż musiał ją wdychać przy próbach bliższego kontaktu ze mną (tudzież siedzenia na tej samej kanapie). Otóż dzisiaj małż mój wyraźnie mi orzekł, że ‚coś tu ślicznie pachnie’, głaszcząc moje włosy. W związku z tym bastuję, może zapach odżywki jednak rzeczywiście jest śliczny? :>

Anegdotka druga jest taka, że daję sobie sama szlaban na zakupy. Wpadłam dziś na zupełnie niewinny przegląd do drogerii (w poszukiwaniu paru podarków kosmetyków niedostępnych w Polsce dla rodziny) i to był błąd niewybaczalny. Po pierwsze, trafiłam na 50% obniżkę cienii Stila, które to cienie nawet PO obniżce tanie nie były. Po drugie, znalazłam od razu 2 (słownie: dwa) cienie, które pięknie się uzupełniały jak je nałożyłam koło siebie na dłoń. No i przecież taka okazja, kto by przepuścił (niby zaoszczędziłam 18$ na tych dwóch cieniach, ale mój małżonek raczej tego oszczędzaniem by nie nazwał).

Po trzecie, przez przypadek wpadłam na firmę, która również miała dziś wyprzedaż i firma ta okazała się nie tylko być firmą na liście Leaping Bunny (mają ich króliczka na opakowaniu), ale i firmą produkującą maseczkę różaną, której zapach skusił mnie od razu. JAKBY TEGO było mało to trafiłam dziś na niedobitki nowej kolekcji Zoyi (wegańskie lakiery do paznokci), którą to kolekcję koniecznie musiałam wypróbować, ponieważ, jak już pewnie sporo z Was wie – jedna z największych firm produkujących lakiery do paznokci, OPI, „sprzedało się” Coty. (Essie też należy do L’Oreala, więc odpada). Na samiuteńki koniec, zmęczona wyrzutami sumienia, wpadłam na lakier do paznoki China Glaze, który nie tylko pieknie pasuje do moich fioletowych ciuszków, ale całkiem się komponował z moim nowowybranym cieniem Stila…. :>

Jednym słowem – szlaban sobie zakładam już nie tylko na zakupy, ale w ogóle na wchodzenie do sklepów. 


Ok, a teraz do rzeczy. Wracam dziś do recenzji firmy EDM, a konkretnie ich korektora rozświetlającego – Aussie Perk Me Up. 

Aussie Perk Me Up Aussie 2

Szukałam dość długo jakiegoś sensownego korektora mineralnego pod oczy bo, umówmy się szczerze, nie widzę sensu używania korektorów w sztyfcie (skóra pod oczami jest za delikatna na to), poza tym odpowiadałaby mi lekka formuła. No i ten naturalny skład pod oczami by na pewno nie zaszkodził. Szczerze powiedziawszy to mam trochę zgryza z tym kosmetykiem, bo zbiera całkiem dobre recenzje, a mi nie podszedł totalnie i kosmicznie. To, co widzicie na zdjęciu, to wielkośc travel (czyli podróżna). Mała szklana fiolka zakończona jest kuleczką jak w dezodorantach kulkowych, przez co jest bardzo wygodna w użyciu. Koszt to ok. 4-5$, stosunek ceny do wydajności chyba nie najgorszy… Ale ja mam do tego korektora jedno i zasadnicze ale – u mnie nie działa. W ogóle, totalnie. A w zasadzie działa, tylko ma skutek odwrotny do zamierzonego, czyli – uwypukla wszystko, co bym chciała zakryć. Pod oczy się nie nadaje ani na podkład ani pod podkład, ani w zasadzie w ogóle. Na przebarwienia czy drobne niespodzianki także. Jako korektor po prostu nie działa, ponieważ ma taki charakterystyczny perłowobiały połysk, który u mnie wygląda niezdrowo. Znalazłam za to na niego sposób i zaczęłam go używać jako rozświetlacza. W tej roli sprawdza się całkiem całkiem. Umówmy się jednak, że korektor to nie jest rozświetlacz i w tej roli kosmetyku nie mogę polecić.

Jeśli któraś z Was zna jakiś dobry korektor mineralny, to proszę polećcie coś, ponieważ ja jak na razie to miałam bardzo średnie doświadczenia. 

P.s. Moje zaćmienie umysłu na zakupach uszlo mi zupełnie płazem ponieważ, jak się później okazało, podczas gdy z miną męczennika za zdrowie i urodę buszowałam po drogerii, starając się nie kupić ZA DUŻO (wolne żarty) mój szanowny małżonek 
buszował po sklepie z grami z równie dobrym skutkiem co ja. To się nazywa fart, co? 

Zgodnie z obietnicą zamieszczam pierwsze swatche i krótką recenzję kosmetyków mineralnych Everyday Minerals, tym razem róży.


Może na początek wyjaśnię, że wszystkie pokazane róże są próbkami, które dostałam zupełnie za darmo przy zakupie zestawu cieni Utopia Blooms, ponieważ jakaś dobra dusza umieściła na blogu informację, że EDM ma tygodniową promocję i przy użyciu promo codu (coś, co trzeba wpisać w rubryczkę promo code przy robieniu zamówienia), dostaje się darmowy zestaw 5 próbek przy zakupie powyżej 25$. Dodatkowo dostałam też darmowy zestaw próbek podkładów, ale to jest standardowa promocja (warto kupować na amerykańskiej stronie EDM, ponieważ do każdego zakupu można dostać darmowy zestaw próbek podkładów, pudrów albo róży). Jedynym mankamentem takiej promocji było to, że kolorów róży nie mogłam sobie wybrać, prawdopodobnie dostałam taki zestaw z uwagi na jasne próbki podkładów, jakie zamówiłam. 
Od razu zaznaczam, że bardzo trudno sfotografować te róże tak, żeby miały taki kolor jak w rzeczywistości, ale zrobiłam co mogłam. Zdjęcia wykonane przy oknie w słoneczny dzień.
Jeśli chodzi o mnie, to jestem panikarzem przy używaniu różu. Zawsze mi się wydaje, że wyglądam nienaturalnie i że kolor jest za ciemny (reminescencje po koleżankach, które zawsze używały różu w zły sposób i w nieodpowiednim kolorze i zawsze wyglądały strasznie sztucznie). Dlatego dla osób takich jak ja, które dopiero niedawno rozpoczęły zabawy z różem, Nick Nack i Soft Touch są idealne. Nie da się z nimi przesadzić i zrobić swojej buzi krzywdy (choć kolor można stopniować i można trochę zwiększyć ich intensywność na policzkach), polecałabym osobom bladym i początkującym. W rzeczywistości te odcienie się dorobinę bardziej różnią, ale niewiele, więc którykolwiek z nich byłby w sam raz. Salon Fun jest już trochę ciemniejszym odcieniem, na blogach i YT tego typu odcienie nazywa się czasami odcieniami berry, jeśli wiecie o co mi chodzi (takie idące bardziej w malinkowe odcienie). Tea Time i Sand Cherry należą do kategorii pomarańczowawych i z tymi trzeba ostrożnie. Z Sand Cherry nie można przesadzić, tym bardziej że jego nierówne nałożenie daje dziwny efekt na twarzy, poza tym Sand Cherry jest z błyszczącymi drobinkami, czego ja osobiście nie znoszę (nie po to staram się używać najjaśniejszego różu, żeby przyciągać uwagę błyskiem na policzku jakby mi brokat z włosów albo oczu się osypał na policzki). 

Ogólnie polecam zakupy w EDM, głównie z powodu licznych promocji i możliwości zakupienia próbek (co ma kapitalne znaczenie gdy się nie trafi z kolorem, nie trzeba wtedy zostać z pełnym opakowaniem produktu, który dla nas nie działa). Zdaję sobie sprawę, że EDM wysyła obecnie do Polski tylko drogą przesyłką (domyślam się, że ginęły paczki), dlatego chyba więcej sensu ma kupowanie z polskiej strony - 
http://kosmetyki-mineralne.com/
Niestety zauważyłam, że na polskiej stronie nie ma dostępnych aż tylu promocji co na stronie amerykańskiej, no ale tu każdy musi zadecydować za siebie. 

Polecam te produkty, gdyż EDM to taka firma, którą według mnie warto wypróbować. Na pewno nie podpasuje każdemu, ale wybór kolorów jest obłedny, poza tym wybór efektów, jakie można nimi uzyskać (wykończenia matowe, perłowe, błyszczące) i możliwość zamawiania próbek (próbki kosztują, na stronie którą podałam, zdaje się 5zł) sprawiają że jest to firma bardzo atrakcyjna do wypróbowania. Nie mówiąc już o naturalnym składzie i niepodkreślaniu porów (bardzo się zraziłam do tradycyjnych róży kiedy, jeszcze gdy nie byłam świadoma testowania na zwierzętach, kupiłam bardzo drogi róż Lorac, który kompletnie się nie sprawdził, powodując, że po jego użyciu skóra wyglądała jak nienaturalna maska – a zawsze używałam minimalną ilość). 

Na blogu o kosmetykach nietestowanych na zwierzętach nie może zabraknąć wzmianki o firmie Everyday Minerals oraz o innych firmach mineralnych – przede wszystkim dlatego, że w zasadzie wszystkie firmy mineralne (ale prawdziwe mineralne, nie jakieś tam pdeudomineralne linie L’Oreal, Max Factor czy inne takie) są nietestowane na zwierzętach.


W zasadzie z firm mineralnych próbowałam tylko EDM, Rhea, Signature Minerals, Lucy Minerals i Detrivore. Piszę ‚tylko’ ponieważ firm mineralnych jest znacznie znacznie więcej, niektóre bardzo się między sobą różnią i tak naprawdę każdy może wśród nich znaleźć coś dla siebie. 

Dzisiaj chciałam wstawić tylko zdjęcia mojej kolekcji cieni EDM (to wszystko są próbki pochodzące z limitowanej serii Utopia Blooms). Częśc kolorów jest niestety z limitowanej edycji, ale spora ich część jest do dostania w regularnej sprzedaży. Recenzję, swatche, porównania oraz opis innych produktów zostawiam na później (sporo do opisywania, poza tym potrzebuję zrobić więcej zdjęć). Jestem w posiadaniu cieni, pędzli, róży, próbek podkładów i pudrów, korektora oraz balsamu do ust, tak więc rzetelny opis tych produktów może zając trochę czasu i wymagać odrobinę więcej roboty.
cienie EDM
Po kliknięciu na zdjęcie zobaczycie je w powiększonej wersji. Dzięki temu lepiej widać kolory i można rozpoznać nazwy kolorów na denku opakowania. Przyjemnego oglądania!
Dziś tylko na chwilę, opowiedzieć trochę o moich przygodach z firmami mineralnymi. Zanim się zdecydowałam, poczytałam sobie trochę o różnych firmach w internecie i rozejrzałam się za tymi, które oferują próbki lub inne promocje. Z kilku firm, których róże próbowałam, najbardziej, jak dotąd, przypadły mi do gustu właśnie matowe róże Lucy Minerals. Jestem jasną blondynką, która wygląda najlepiej w ciepłych kolorach. Jak widać na zdjęciach, Matte Apricot jest bardzo delikatnym różem w odcieniu brzoskwiniowym, dodającym tylko lekko kolorku. Bardzo go lubię jako róż na co dzień. Poloecam szczególnie bladzioszkom lub osobom lubiącym delikatny rumieniec ;) Dodatkowy plus za mineralny, zdrowy skład. Róże niestety nie są wybitnie trwałe, nie przetrzymają na pewno całego dnia na policzkach, ale taka już chyba natura tych kosmetyków. Dodatkowy plus za niepodkreślanie porów i niedoskonałości. Ogólnie – bardzo je lubię. Natężenie koloru można stopniować. Bardzo fajne w Lucy Minerals jest to, że często mają promocje na stronie (kiedyś mieli promocję darmowa przesyłka międzynarodowa) i to, że można kupować próbki, nie trzeba więc przepłacać w ciemno. Poza tym częste promocje tygodnia – a ten sposób dostałam darmowy cień do powiek od nich. 

Lucy Minerals róże Lucy Minerals tył

Lucy Minerals swatche 

  • RSS