Wpisy z tagiem: drogeryjne

Catrice Ultimate Shine Lipstick

Tak jak obiecałam, dziś przyszedł czas podzielić się z Wami zdjęciami recenzowanych przeze mnie ostatnio pomadek Catrice. Po pierwsze, z góry przepraszam Was za niewyjściowość szminek, ale ja mam taką przypadłość, że używając pomadek zawsze tworzę w nich góry i doliny, kaniony i inne przedziwnej maści formacje :> Nie mam pojęcia jak i dlaczego, ale winę zwaliłabym na moje niezbyt szerokie usta – nieźle się muszę napracować, żeby je sensownie pomalować. Po drugie, zdjęcia robione są w słonecznym dniu w ogrodzie, w różnych kątach, w pełnym słońcu bądź cieniu, stąd ich rózne odcienie – natomiast nie są one robione z użyciem lampy. Na początek zdjęcie moich trzech pieszczoszek. Dwie piewrsze wyglądają podobnie, jednak u mnie na ustach dają zupełnie inny kolor. Trzecia jest moją absolutną kandydatką do ponownego kupienia (zresztą chyba widać po stopniu użycia – kompletnie ją zmechaciłam).
Teraz kolej na swatche:
a) swatche w pełnym słońcu:
Catrice Ultimate Shine Lipstick swatch
b) te same pomadki, ale zdjęcie swatcha wykonane w cieniu (ale w słoneczny dzień i na zewnątrz)
Catrice Ultimate Shine Lipstick Corallicious Pink, Teddy Brown, Fox Now
W ostatnim poście zapomniałam napisać o ich zapachu, który jest przyjemny, ale sztuczny, jeśli ktoś nie lubi słodkawych zapachów u szminek, to radzę powąchać przed kupnem. Kolejna rzecz, o której zapomniałam wspomnieć to ich opakowaniach – niestety jedna z nich dość szybko się zepsuła (nakrętka lubi się otwierać w mojej torebce). Tak czy siak, w dalszym ciągu je lubię, zwłaszcza że kosztują 4 euro, a w polskich naturach można je dostać za ok 10 zł. 

Rozpisywałam się już o tym jak to dokonałam mordu na moim portfelu w Polsce i obkupiłam się we wszystko na co się z takim zainteresowaniem czaiłam przez cały rok mojej ożywionej działalności na wizażu (wizaż.pl). Jedną z rzeczy, których nie mogłam sobie podarować były maseczki Bielendy. No i teraz ciekawostka taka, że ja tak w zasadzie to nie przepadam za maseczkami, a chociażby i z takiego względu, że nie zawsze dają poczucie komfortu na buzi ( a to zimne a to ciepłe a to piecze, a to efekty niewarte świeczki). Bielenda, przyznam szczerze, złapała mnie na efektowne, dwustopniowe opakowania (dwusaszetkowe). 



Używałam głównie 2 rodzai z tej serii – do cery przetłuszczającej się i do normalnej (trochę w zależności od zapotrzebowania, trochę w zależności od ‚widzimisię’ ;) ).

maseczki Bielendy

 
Najbardziej do gustu przypadła mi saszetka kombinująca w sobie peeling i maseczkę. No bajer! Jedziemy na wakacje, pakujemy saszetę w plecak i robimy sobie małe SPA jeśli mamy zły dzień/pada/poznałyśmy kogoś/zaczynamy wyglądać jak potwór z bagien/chcemy sobie poprawić humor/cokolwiek. Bez tachania ze sobą 2 produktów. No i obsługa produktu też jest dzecinnie prosta. 
Pomysł z 2 maseczkami również uważam za udany, ale nieco naciągany. No bo po kiego grzyba mam nakładać na gębulkę 2 maseczki zaraz po sobie, święcie wierząc, że obie mają totoalnie inne właściwości i jedna bez drugiej ‚żyć nie może’? 
No ale kontynuując – sam produkt uważam za jak najbardziej udany. Faktycznie poprawiają mój koloryt skóry, moja twarz wygląda świeżo, zadbanie,  maseczki mają fajne zapachy, cena nie zwala z nóg i dzięki formie saszetki nie zdążą mi się prawdziwie znudzić ani przeterminować. Zapachy uważam za naprawdę trafione, szczególnie ten granatowy. Ogórek i limonka jest dla mnie z kolei geniuszem marketingowym, ponieważ już sama nazwa i kolor kojarzą mi się z procesem odtłuszczania! No bo tak serio to takie skojarzenia przywodzą na myśl te kolory, a także zapach. 
Saszetki zawsze mopna podzielić na pół i używać w różnych dniach, dzięki czemu zyskujemy 2 maseczki po ok… 1,70 zł (wybaczcie jeśli coś pomieszałam z ceną) :D Produktu w nich jest dość dużo, na upartego jestem je w stanie używać do 3 razy (ale na samą twarz, bez dekoltu i szyi). Ogólnie muszę powiedzieć, że Bielenda mnie zauroczyła niektórymi produktami podczas mojego pobytu w Polsce, pomijająac fakt, że jej produkty docierają i do Stanów i jako produkty ekskluzywne i egzotyczne sprzedawane są w TJ Maxxie. (Na początku mi się wydawało, że to taka podpucha, ale teraz uważam, że niezły pomysł i całkiem nawet zasłużenie). Natomiast polemizowałabym trochę z tym naturalnym składem, który reklamują no ale to już kto i co lubi – nie można mieć wszystkiego. Mnie skład nie przeszkadza, ponieważ uważam, że nie można przesadzać w żadną stronę. Używam części kosmetyków z bardzo naturalnymi składami i części z nieco mniej naturalnymi i chyba przy takiej lekko mieszanej pielęgnacji zostanę.

No i powiedzcie same: czy te opakowania nie są wiosenne i zachęcająace do kupna? Nie kojarzą się Wam z naturalną pielęgnacją i słoneczną wesołością?

Witam wszytskich po długiej przerwie i postanawiam poprawę!

Tak jak obiecałam, powracam z serią nowych recenzji. Jak zapewne pamiętacie, po moich wybrykach zakupowych podczas pobytu w Polsce obiecałam sobie zawiesić działalność zakupową na jakiś czas… jak się jednak okazało, w podróży zawsze okazuje się, że czegoś się zapomniało…. : i tym oto sposobem wpadło mi w ręce parę zupełnie prozaicznych i całkiem niedrogich kosmetyków. Także poużywałam wreszcie niektóre kosmetyki zakupione w Polsce i mogę wreszcie coś więcej na ich temat powiedzieć. 

Dzisiaj parę słów o pomadce Catrice Ultimate Shine. Na razie nie zrobiłam zdjęć, ale chodzi o te pomadki: 
http://www.catrice.eu/products/lips/lipstick/detail/product/ultimate-shine-080.html
 Można je dostać w większych Drogeriach Natura za zazwyczaj dość przystępną cenę. Byłam bardzo ciekawa tych pomadek po obejrzeniu sama-nie-wiem-ilu niemieckich filmików na You Tubie. Co mogę powiedzieć:

+ wybór kolorów jest przystępny, choć niezwalający z nóg
+ pomadki mają dość sensowną cenę
+ bardzo podoba mi się efekt, jaki dają na ustach, nawet ciemne kolory nie dają efektu pani spod latarni. Usta są ponętnie błyszczące i uwodzicielskie, ale w moim odczuciu nie tanie (jako jasna blondynka muszę bardzo uważać z kolorem ust i choć mocniej podkreślone usta czasami wyglądają u mnie bardzo seksownie, znacznie częściej dają okropny, przejaskrawiony efekt). Udało mi się też upolować kolor dla mnie idealny, w związku z tym mają one u mnie podwójnego plusa

http://zaazu.com

- niestety nie są aż tak łatwo dostępne jak by się wydawało, we Wrocławiu widziałam je tylko w Magnolii
- nie są najbardziej wydajne na świecie, po miesiącu używania pozbyłam się już ok. połowy
- efekt, jaki dają na ustach jest piękny, ale krótkotrwały, mniej więcej jak przeciętnej jakości błyszczyka, dlatego też używam ich najczęściej jak chcę zrobić dobre pierwsze wrażenie ;) 
- podczas posiłków zostawiają warstwę koloru na sztućcach bądź szklankach (niby nic zastanawiającego przy efekcie błyszczyka, no ale bywa to deprymujące)

Ogólnie bubel to to nie jest, ale nie polecam spodziewać się po nich za dużo. Osobiście pewno kupię kolejne opakowania jak mój ulubiony kolor się skończy, ponieważ zakochłam się od pierwszego wejrzenia w efekcie, jaki te pomadki oferują na ustach. Natomiast osobom z mniejszym poziomem cierpliwości polecam matowe pomadki Revlona – efekt może nie ten sam, ale za to spokój na kilka godzin. 

Linus wreszcie zapuścił paznokcie. Po latach obgryzania zapuścił, no i siłą rzeczy się zaczął rozglądać po półkach z lakierami. Do tych zapuszczonych paznokci właśnie. Bo paznokietki to może i nie szpony, nawet nie pazury, ale Linus jest z siebie i tak bardzo dumny. I tak się rozglądając po miejscu grzeszków kosmetycznych, co to się drogerią zwie, oczy przetarł ze zdziwienia, bo te półeczki pełne urokliwych kolorów zamkniętych w eleganckich buleteczkach o różnych regularnych kształtach bardzo się okazały pociagające. Miały one urok nieprzenikniony, wręcz taki skropiony tajemnicą, nasączony odcieniem pasującym do aktualnego ubioru. I nawet do humoru pasujący. I do pory roku. I do sezonu. I okazji. Niektóre matowe, kolorowe, wesołe. Cytrynkowe, limonkowe, krzykliwe. Inne lekko speszone, przygaszone w swojej myszkowatości, niepewne. I te połyskujące jak gwiazdka i te zupełnie bez blasku. Lekko fluorescencyjne. Z lekkimi drobinkami. Wybór taki niemały, aż trudno się było zdecydować. I wtedy pojawił się ON. Delikatny, z tych bardziej nienachalnych. Uśmiechający się zachęcająco. No i ten napis – pachnę podczas wysychania. Nie no, tego Linus już sobie nie mógł odpuścić.


Niniejszym dzisiaj przedstawiam moje najnowsze odkrycie – lakier My Secret 140 Lilac. Tak szczerze szczerze to nie dawałam mu zbyt wiele szans, gdyż po lakierze za raptem 5 zł nie spodziewałam się wiele (zwłaszcza, że lakier Revlona, 6 razy droższy, był dla mnie totalną porażką). Pomimo tego, urzekającego dla mnie, koloru i pomimo tego pozornie zwodniczego napisu, że pachnie. 

My Secret Lilac

I co? I powiem szczerze, że lakier mnie zaskoczył. Pozytywnie! 
Dość fajnie się nakłada. Trochę gorzej kryje, ale z dwiema warstwami można już wyjść do ludzi. Co do trwałości się nie wypowiadam, bo wyjątkowo położyłam bezpośrednio na płytkę, a nie na bazę (bo Linus niecierpliwy się ostatnio zrobił i tak bardzo ten kolor prosił o wypróbowanie….). Polubiłam od pierwszego użycia. A no i ten zapach – naprawdę całkiem przyjemny! Ogólnie jestem na wielkie tak. Czy KWC to nie wiem, ale na pewno do ponownego kupienia. 

P.s. Wybaczcie stan moich paznokci, nie wyglądają obecnie najlepiej pod słońcem, ale nie chciałam przez to zalegać z notką.

Rzeczowo

5 komentarzy

Dzisiaj notka będzie krótka, zwięzła i rzeczowa. Rzekłabym – jak mój humor. A humor mój poległ dziś w starciu ze stertą zdjęć przedstawiających testy na zwierzętach, jakże dobrodusznie nadesłane mi w mailu przez Uncaged (podpisałam jakąś petycję i teraz wysyłają mi regularne maile – co mi generalnie nie przeszkadza póki nie wysyłają mi zdjęcia ‚molestowanego’ badaniami chomika, który wygląda jak mój własny). Drogie uncaged, ja naprawdę jestem po Waszej stronie, jak pewnie znacząca większość ludzi, która z jakiegokolwiek powodu podpisywała Wasze petycje. Zostawcie zdjęcia dla tych, którym się nie chce samemu szukać po necie. 



A tak na marginesie to wiecie pewnie, że ja jestem z gatunku tych nieradyklanych, czyli starających się nie przekonywać nikogo na siłę. Dlatego, między innymi, nie mam tu drastycznych zdjęć i odstraszających opisów. Jeśli jednak z jakiegoś powodu się wahacie czy przejście na nietestowane na zwierzętach produkty ma sens, wpiszcie sobie hasło ‚animal testing’ w googla. Nawet jeśli tylko 1/3 z tych zdjęć jest prawdziwa, jest to dla mnie wystarczający powód żeby nigdy więcej nie tkąć niczego od tych piekielnych koncernów (które nas, de facto, zalały w ostatnich latach i jeszcze powykupowały wszystkie nasze polskie firmy, które się dało).  


Tak więc wybaczcie, dziś mnie humor opuścił, a więc i recenzja będzie rzeczowa do bólu. 

Tusz MYSecret


Rzeczowo prawiąc: bubel ;)

Myślę, że kupiłam kiedyś większego bubla. Jestem prawie pewna… tylko jakoś trudno mi sobie coś takiego przypomnieć… ;) A tak serio to pewnie wszystko zależy od rzęs. Ogólnie lubię fimę MySecret, mają bardzo przyzwoite cienie w bardziej niż przyzwoitej (albo może wręcz totalnie nieprzyzwoitej?) cenie, fenomenalne cienie sypkie (ach ten Stardust, faktycznie jak gwiezdny pyłek), ale tusze… no cóż. Cóż ja mogę powiedzieć o tym tuszu:

- na moich długich a cieńkich rzęsach absolutnie ‚nie wygląda’. Miałam co prawda wersję brązową tuszu, ale po nim to rzęsy chyba nawet brązowe nie były (hmm)
- konsystencja była bardzo mokra, taka wodnista, nie przypadła mi do gustu – jakbym chciała mieć mokre rzęsy to bym je pomaziała wodą, proste ;)
- masakrycznie sklejał mi rzęsy i to już po 1 warstwie ( w tej kategorii prawdziwy laureat)
- rozmazywał się (no to akurat nie rzadkość, a jeszcze jak się ma konsystencję niemal wodnistą… :>)
- tani, ale co z tego, skoro te parę złotych i tak totalnie zmarnowane

Powiem szczerze, że kupiłam bardziej na próbę niż naprawdę licząc na cokolwiek, to i się za bardzo nie zawiodłam. Jednak nigdy nie liczyłam że tusz poniżej 10 zł może być dobry, ale po kilku recenzjach Multi Action z Essence czy tuszu Wibo już wiem, że jest to możliwe. Po prostu MySecret nie zdał w kwestii tuszu egzaminu. No a przynajmniej tego tuszu. Tak więc, podsumowując – odradzam.

P.s. Doprawdy, mam pewne wątpliwości gdzie ja  pogubiłam oczy… Nie wiem czy kojarzycie, ale w jednej z notek wspominałam o tym jak trafiłam na lakier do paznokci China Glaze, którego oczywiście absolutnie NIE MIAŁAM zamiaru kupić, ale tak się pięknie komponował z moim nowokupionym cieniem Stila (no po prostu ten sam odcień!), który też ABSOLUTNIE nie był w planach, że po prostu musiałam wziąć oba. No więc użyłam dziś dziś lakieru i jedyne, co mi przyszło do głowy to: blondynka no, po prostu blondynka. Otóż lakier China Glaze jest różowy…. a cień Stila definitywnie śliwkowo-brązowy. 
Wypadałoby zwalić na sztuczne oświetlenie w sklepie albo coś, nie…?

cienie My Secret My Secret

My Secret to jedne z tych kosmetyków, których używać zaczęłam tylko i wyłącznie pod wpływem opinii na internecie. Moje dotychczasowe odczucia były jednoznaczne – średnia półka tak, za tanie kosmetyki – nigdy w życiu (tak samo zresztą z bardzo drogimi kosmetykami – bo jeśli kupię coś, co okaże się bublem, za 30 zł,t o jeszcze to przeboleję, ale za 100zł to bym chyba się wściekła). Po przeczytaniu wielu pozytywnych recenzji postanowiłam jednak spróbować. 
Muszę powiedzieć, że jak na kosmetyk za parę złotych, to nie ma co narzekać. Cienie są dość dobre, matowe (uwielbiam maty), kosztują ok 6 zł (nie wiem czy dokładnie tyle, ale na pewno nie więcej niż 10zł). Nie powiedziałabym jednak, że nalezy spodziewać się po nich cudów i (niestety) niektóre kolory są lepsze niż inne – no ale przecież to są kosmetyki za naprawdę niewielkie pieniądze.
Moim faworytem jest brąz. Brąz polecam każdemu – ładnie podkreśla załamanie powieki, ładnie da się go cieniować, na bazie ma  intensywny kolor i nic się z nim nie dzieje długie godziny. Podobne opinie słyszałam o granatowym cieniu, którego niestety nie posiadam, więc nie mogę nic więcej powiedzieć. Co do różu i szarości to byłabym bardziej ostrożna. Pigmentacja nie jest cudowna, bez bazy cienie są raczej półtransparentne. Na bazie szary wygląda trochę lepiej, różowy – dalej bez zachwytów. Tak więc bez bazy nie radzę tych 2 używać. Natomiast co mogę powiedzieć w obronie różowego to to, że przepięknie wygląda pod łukiem brwiowym, bardzo delikatnie rozświetla i dodaje blasku (chociaż nie połysku, bo w końcu jest matowy – raczej bym się wkurzyła jakby mat podawał mi połysku ;). Bardzo ten efekt rozświetlenia lubię – na pewno będzie więc też pięknie podkreślał wewnętrzny kącik. Z całej tej trójcy najmniej chyba polecałabym szary – chyba że ktoś lubi delikatny makijaż, to zawsze można spróbować.
Do nabycia w Drogeriach Natura. Aha, napisałam, że to kategoria polskie. My Secret są produkowane przez Pierre Rene, która – tak mi się przynajmniej wydaje – jest polską firmą. Jeśli nie to proszę o wyprowadzenie mnie z błędu.

Jako ogromna fanka eyelinerów mam ich w domu całą kolekcję. Muszę powiedzieć, że generalnie używam wszystkich – i tych lepszych i tych gorszych, jednak oczywiście mam swoich ulubieńców. Lubię szczególnie eyelinery w pędzelku i wśród tych, jak na razie, moimi ulubieńcami są eyelinery z Essence. Natomiast eyelinery w pędzelku są dość upierdliwe w przypadku, gdy ktoś lubi kreseczki na oku, które zakończone są grubszą kreską („kocie oko”) przy zewnętrznym kąciku. Do takich kresek najlepiej nadają się oczywiście eyelinery z aplikatorem bądź aplikatory w żelu (eyelinerów – flamastrów raczej nie używam, sparzyłam się na nich wielokrotnie).

Elf i Revlon
Natomiast znalazłam się w posiadaniu 2 eyelinerów ze sztywnym szpicem (które, de facto, kupiłam będąc całkowicie przekonana, że są to eyelinery z pędzelkiem, ale mniejsza o to ;) ). Jeden z nich to Revlon Colorstay, drugi, to eyeliner taniej amerykańskiej firmy E.L.F. Co do elfa to, wierzcie lub nie, posiada logo firmy na opakowaniu, jednak jest to czarne logo na czarnym tle (pewnie miało być eleganckie i bardziej tajemnicze ;) ), które nie wyszło na zdjęciu. Ogólnie logo prezentuje się ładnie, jednak nie udało mi się go sfotografować. Co mogę powiedzieć o tych dwóch kosmetykach. Po pierwsze, są nieco trudniejsze w użyciu niż zwykłe pędzelkowe eyelinerki, dlatego też raczej nie polecam ich początkującym. Jeśli nie ma się wprawy, można z nimi się naprawdę sfrustrować. Są trwałe, jak to tego typu kosmetyki mają w zwyczaju i raczej się nie rozmazują. Nie miałam okazji testować ich w mocnym deszczu, ale przy lekkiej mżawce raczej nie ma się co spodziewać niespodzianek na powiekach. Dość twarda końcówka (czyli aplikator to raczej nie jest miękka gąbeczka). Raczej wydajne. Natomiast to, co wpadło mi w oko, to to, że w zasadzie nie widzę między nimi drastycznej różnicy, poza ogromną róznicą w cenia – eyeliner Revlona jest jakieś 6 czy 7 razy droższy. (Elfa kupiłam za 1$, czyli za 3zł).
Przy okazji dodam coś odnośnie firmy E.l.f. w ogólności. Są marką nietestującą, bardzo tanią, z linią kosmetyków zwykłą, profesjonalną i mineralną. Sporo kosmetyków ze zwykłej linii kosztuje zaledwie 1$ (czyli w granicach 3 zł!), kosmetyki z pozostałych serii są także bajecznie tanie, choć odpowiednio droższe (średnio 3-5$, czyli 9-15 zł). Powodem tak niskich cen jest to, że kosmetyki składane i pakowane są w Chinach bądź innych krajach tego typu – podobno z importowanych surowców. (Mnie to nie przeszkadza, ponieważ w USA doprawdy 75% wszystkich produktów jest produkowana w ten sposób i zazwyczaj nie ma to wpływu na ich jakość – POD WARUNKIEM, że nie są to chińskie produkty – podróbki, produkowane na miejscu z ichniejszych lichych surowców). Warto jednak o tym wspomnieć. Co do Elfa, to przed kupieniem czegokolwiek z tej firmy, radzę się rozejrzeć za recenzjami. Niektóre ich produkty są rewelacyjnej jakości, tanie, porównywalne ze znacznie droższymi produktami, inne są po prostu bardzo kiepskiej jakości. ZAWSZE przed kupieniem czegokolwiek od nich należy sprawdzić co inni o nich piszą. (Z produktów, o których słyszałam, że są fenomenalne jest ich pędzel do nakładania sypkiego pudru (chyba linia profesjonalna, taki czarny z czarną rączką), ich róże z linii profesjonalnej (ale chyba z normalnej też, bo róże za 1$ też były chwalone), cienie mineralne, eyeliner w żelu, niektóre zwykłe cienie prasowane były bardzo zachwalane, zwłaszcza że sprzedają paletki za parę dolarów oraz szminki, szczególnie mineralne (trochę droższe, tu kosztują 5$). Do kupienia m.in. na allegro. Na stronie producenta bardzo bardzo częste zniżki sięgające 75%, warto się zainteresować.

Colorstay 225Było już trochę o jednej z moich ulubionych szminek, Revlon Colorburst, teraz więc powinnam powiezieć trochę więcej o mojej ulubionej, jak do tej pory, serii szminek revlona – Colorstay. Jedynym powodem, dla którego zainteresowałam się serią Colorburst były, poza oczywiście świetnymi opiniami na You Tubie, moje wcześniejsze doświadczenia z Colorstayem. 

Muszę powiedzieć, że nigdy nie przepadalam za szminkami. Szybko schodziły mi z ust, brudziły kieliszki w najmniej oczekiwanym momecie, dawały jakieś takie gumowe uczucie na ustach (tu mam szczególnie złe doświadczenia z pomadkami L’Oreala Colour Riche, które de facto testują, więc płakać za nimi nie będę – jednak taki doświadczenia miałam też innymi firmami). Zresztą, konsystencję mogłabym jeszcze przeżyć, gdyby trwałość mnie zadowalała. No i cena. W zasadzie na długi czas dałam w sumie za wygraną z pomadkami, ale w końcu postanowiłam znaleźć jakiegoś faworyta wśród pomadek, bo uważam, że mocniejszy akcent na ustach jest czasami bardzo seksowny, żeby nie powiedzieć – kuszący. Pomijając fakt, że kiedy nie chce mi się spędzać 15 minut na malowaniu oczu, taki akcent kolorystyczny na ustach – trzask prask i po krzyku – uratuje mnie przed wyglądaniem rodem jak upiór z Opery. 
Z takim więc oto postanowieniem i z listą Pety w ręku, wybrałam się na zakupy. Poszukałam, pogmerałam, popatrzyłam, ale jak zatrzymałam się przed półką Revlona, to już wiedziałam, że kupię. Przede wszystkim z powodu ich osławionej serii Colorstay (głównie o podkładach i ich poczwórnych cieniach wiele dobrego słyszałam), po drugie z powodu ceny (10$ = 30 zł, tragedii nie było), no i koloru (akurat mieli taki fajny kolor smooth nude, na początek dobry do wszystkiego). 
Wnioski? Uwielbiam tę serię. Ich pierwsza i podstawowa zaleta – trwałość. Latam, gadam, piję, a szminka dalej sobie siedzi na

Colorstay 365

 ustach. Nie zostawia śladów na kubkach (Eureka!). Kładę przed wyjściem z domu i po dojściu do pracy szminka dalej jest, gdzie być powinna. Po drugie, nie tworzy skorupy na ustach. Owszem, no czuć ją, w końcu ma być pomadką trwałą, ale nie tworzy mi czegoś takiego, co by mi przypominało o moich gumiakach z lat dziecięcych, a to już postęp. Po trzecie – cena. Szminka może górnopółkowa nie jest, ale za tę jakość cena jak najbardziej ok. No i nie blednie zostawiając na ustach ciemniejszej okówki, co niektórym trwałym szminkom się zdarza.
No a teraz minusy. Bardzo bardzo miękka konsystencja, co powoduje, że szminkę najlepiej nakładać pędzelkiem. Do przeżycia, ale mniej wygodne. No i nie jest nadzwyczajnie wydajna, choć nie jestem jej w stanie racjonalnie porównać do innych produktów. Po drugie szybko zasycha na ustach. Jak coś „wyjedzie” poza kontur, trudno robić poprawki. To jednak można obejśc refleksem ;) Wyjechało się za kontur – trzeba szybko reagować. No i ostatni minus, który dla mnie nie jest aż takim problemem, dla innych jednak może nim być – trochę jednak wysusza usta. Tragedii nie ma, ale jednak. 
Tak czy siak, z minusami czy bez, kocham ją pasjami. Do tego stopnia, że przez rok nabyłam ich 5 sztuk :> Na zdjęciu tylko 2 z nich, ponieważ wszystkie inne są zmechacone do granic możliwości noszeniem w torebce, pędzelkiem, ułamaniem itp. W razie pilnych zgłoszeń zawsze mogę wkleić zdjęcia swatchy. Na zdjęciu (od góry): Colorstay 225 Pecan Pleasure, Colorstay 365 Luscious Rose.Moim faworytem jest jednak, jak do tej pory, kolor 210 Mocha Silk, wpadający w lekki brąz.

Sensique

Polską firmą Sensique zainteresowałam się wyłącznie po przeczytaniu masy dobrych opinii na internecie i usłyszeniu mojej koleżanki zachwycającej się nimi przez godzinę. Generalnie nie kupuję kosmetyków tak tanich jako że sparzyłam się wielokrotnie takim właśnie zakupem. Jednak z cieniami Sensigue postanowiłam zaryzykować przy okazji przyjazdu do Polski. Po pierwsze, zainteresowały mnie ich kolory. Paletki były ładnie skomponowane, co najmniej 2 z nich miały ładne połaczenia brązów i złotawych odcieni, trochę różu. Akurat moje ulubione kolorki. Druga paletka zainteresowała mnie, ponieważ już dawno chciałam poćwiczyć makijaż w tonacjach fioletu, a przy takiej cenie wybór tego kosmetyku wydawał się wyborem wręcz idealnym. 
Paletki zaskoczyły mnie swoją jakością. W życiu nie pomyślałabym, że to kosmetyk  raptem za parę złotych. Trzymają się długo, naprawdę długo, bez bazy do ładnych kilku godzin. Po drugie, nie wyglądają tandetnie na oku. Wykończenie takie jakby satynowe, ani zupełnie matowe, ani błyszczące. Po trzecie, wyglądają jakby się miały osypywać ( w pudełku), jednak przy ich aplikacji nic takiego nie ma miejsca. Nie wałkują się i nie warzą na oku. (Używam pisowni „warzą się”, a nie „ważą się” na oku, ponieważ czasowniki ważyć a warzyć mają zupełne inne znaczenie i tu należało by użyć czasownika warzyć, to tak na wypadek jakby kogs raziły błędy ortograficzne ;)). Ponadto idealnie nadają się do makijażu dziennego, ale bez problemu można nimi wykonać makijaż wieczorowy. No i konsystencja tez jest w miarę przyjemna – łatwo je rozprowadzić na oku, chociaż nie są zbyt miękkie. Podsumowując – naprawdę te cienie lubię. Są tanie, łatwo dostępne, warte swojej ceny. Dodatkowo sam fakt sprzedawania cieni w poczwórnej paletce ma swoje plusy, gdyż wystarczy użyć już skomponowanego zestawu i makijaż oka gotowy. Porównując je do innych drogeryjnych cieni, zwłaszcza takich jak Maybelline (o mamo, z tymi to miałam przejścia…), Max Factor czy Rimmel (kiedyś, jeszcze przed przejściem na kosmetyki nietestolwane popełniłam błąd zakupu ich potrójnych kamieni prasowanych, co to dla niepoznaki nazwane były cieniami. Najgorszy chłam, jakiego używałam), Sensique wypada naprawdę dobrze. Będę gorąco kibicować tej firmie, nie tylko z powodu ich nietestowania i bardzo przystępnej ceny, ale też i faktu, że to jedna z naszych bardzo dobrych polskich firm. 
Essence Waterproof Liquid Eyeliner
Dzisiaj powrót na chwilę do produktów drogeryjnych, łatwo dostępnych i generalnie na każdą kieszeń, czyli do niemieckiej marki Essence (dostępna w Drogeriach Natura). 
Jednym z moich ulubionych produktów Essence są z pewnością ich eyelinery. Moje ostatnie odkrycie – eyeliner wodoodporny. Jest po prostu boski, a na oku trzyma się tak, że chyba kapiele morskie by przeżył (w sumie nie próbowałam, ale tak przewiduję) ;) Jedyny minusik – czasami trzeba się trochę napracować, żeby go zmyć. Poza tym eyeliner – cudo. Jest w pędzelku, a nie gąbeczce i rysuje piękne cieniutkie kreski. Kiedyś, za dawnych czasów używałam eyelinera z Sephory – moim zdaniem jakośc bardzo podobna, a jaka różnica w cenie! Opakowanie też ładne i zgrabne. 

  • RSS