Wpisy z tagiem: do-ust

Catrice Ultimate Shine Lipstick

Tak jak obiecałam, dziś przyszedł czas podzielić się z Wami zdjęciami recenzowanych przeze mnie ostatnio pomadek Catrice. Po pierwsze, z góry przepraszam Was za niewyjściowość szminek, ale ja mam taką przypadłość, że używając pomadek zawsze tworzę w nich góry i doliny, kaniony i inne przedziwnej maści formacje :> Nie mam pojęcia jak i dlaczego, ale winę zwaliłabym na moje niezbyt szerokie usta – nieźle się muszę napracować, żeby je sensownie pomalować. Po drugie, zdjęcia robione są w słonecznym dniu w ogrodzie, w różnych kątach, w pełnym słońcu bądź cieniu, stąd ich rózne odcienie – natomiast nie są one robione z użyciem lampy. Na początek zdjęcie moich trzech pieszczoszek. Dwie piewrsze wyglądają podobnie, jednak u mnie na ustach dają zupełnie inny kolor. Trzecia jest moją absolutną kandydatką do ponownego kupienia (zresztą chyba widać po stopniu użycia – kompletnie ją zmechaciłam).
Teraz kolej na swatche:
a) swatche w pełnym słońcu:
Catrice Ultimate Shine Lipstick swatch
b) te same pomadki, ale zdjęcie swatcha wykonane w cieniu (ale w słoneczny dzień i na zewnątrz)
Catrice Ultimate Shine Lipstick Corallicious Pink, Teddy Brown, Fox Now
W ostatnim poście zapomniałam napisać o ich zapachu, który jest przyjemny, ale sztuczny, jeśli ktoś nie lubi słodkawych zapachów u szminek, to radzę powąchać przed kupnem. Kolejna rzecz, o której zapomniałam wspomnieć to ich opakowaniach – niestety jedna z nich dość szybko się zepsuła (nakrętka lubi się otwierać w mojej torebce). Tak czy siak, w dalszym ciągu je lubię, zwłaszcza że kosztują 4 euro, a w polskich naturach można je dostać za ok 10 zł. 

Witam wszytskich po długiej przerwie i postanawiam poprawę!

Tak jak obiecałam, powracam z serią nowych recenzji. Jak zapewne pamiętacie, po moich wybrykach zakupowych podczas pobytu w Polsce obiecałam sobie zawiesić działalność zakupową na jakiś czas… jak się jednak okazało, w podróży zawsze okazuje się, że czegoś się zapomniało…. : i tym oto sposobem wpadło mi w ręce parę zupełnie prozaicznych i całkiem niedrogich kosmetyków. Także poużywałam wreszcie niektóre kosmetyki zakupione w Polsce i mogę wreszcie coś więcej na ich temat powiedzieć. 

Dzisiaj parę słów o pomadce Catrice Ultimate Shine. Na razie nie zrobiłam zdjęć, ale chodzi o te pomadki: 
http://www.catrice.eu/products/lips/lipstick/detail/product/ultimate-shine-080.html
 Można je dostać w większych Drogeriach Natura za zazwyczaj dość przystępną cenę. Byłam bardzo ciekawa tych pomadek po obejrzeniu sama-nie-wiem-ilu niemieckich filmików na You Tubie. Co mogę powiedzieć:

+ wybór kolorów jest przystępny, choć niezwalający z nóg
+ pomadki mają dość sensowną cenę
+ bardzo podoba mi się efekt, jaki dają na ustach, nawet ciemne kolory nie dają efektu pani spod latarni. Usta są ponętnie błyszczące i uwodzicielskie, ale w moim odczuciu nie tanie (jako jasna blondynka muszę bardzo uważać z kolorem ust i choć mocniej podkreślone usta czasami wyglądają u mnie bardzo seksownie, znacznie częściej dają okropny, przejaskrawiony efekt). Udało mi się też upolować kolor dla mnie idealny, w związku z tym mają one u mnie podwójnego plusa

http://zaazu.com

- niestety nie są aż tak łatwo dostępne jak by się wydawało, we Wrocławiu widziałam je tylko w Magnolii
- nie są najbardziej wydajne na świecie, po miesiącu używania pozbyłam się już ok. połowy
- efekt, jaki dają na ustach jest piękny, ale krótkotrwały, mniej więcej jak przeciętnej jakości błyszczyka, dlatego też używam ich najczęściej jak chcę zrobić dobre pierwsze wrażenie ;) 
- podczas posiłków zostawiają warstwę koloru na sztućcach bądź szklankach (niby nic zastanawiającego przy efekcie błyszczyka, no ale bywa to deprymujące)

Ogólnie bubel to to nie jest, ale nie polecam spodziewać się po nich za dużo. Osobiście pewno kupię kolejne opakowania jak mój ulubiony kolor się skończy, ponieważ zakochłam się od pierwszego wejrzenia w efekcie, jaki te pomadki oferują na ustach. Natomiast osobom z mniejszym poziomem cierpliwości polecam matowe pomadki Revlona – efekt może nie ten sam, ale za to spokój na kilka godzin. 

EOS

Brak komentarzy

Uuuffff, co za gorączkowy czas. Ostatnio bywam na necie tylko w tzw. międzyczasie. Natomiast przez kilka ostatnich tygodni miałam trochę czasu, żeby poużywać i wyrobić sobie mniej więcej zdanie o niektórych moich nowych kosmetykach i jak tylko odzyskam w miarę czas na zajmowanie się blogiem, to na pewno popłynie na nim fala nowych recenzji. 


Na początek kilka słów o wspomnianym przeze mnie, ale niezrecenzowanym balsamie EOS w kształcie oczobitnie różowego jajka- niespodzianki. Przez parę tygodni używałam tego balsamu i niestety muszę przyznać, że nie pokochaliśmy się zbytnio. Poowiem wręcz, że temperatura uczuć w naszym związku była ujemna i wiało chłodem. Co mi w nim podpasowało najmniej to smak. Balsam zostawiał na ustach słodki, owocowawy smak, który, jak się domyślam, miał być wabikiem i nowinką, mnie jednak niepomiernie denerwował. Drugą sprawą, która przesądziła o jego upadku w moich oczach były kiepskie właściwości pielęgnacyjne. Po kilku próbach powrotu rozstaliśmy się ostatecznie bez żalu, a ja wróciłam pokornie do mojego balsamu Badgera. EOS podarowałam kuzynce, która z kolei zadowolona była bardzo z takiego gadżetu i smak nie tylko nie przeszkadzał jej ani trochę, ale wręcz używa go przez to jeszcze chętniej. 
Jednym słowem zakończyłam chyba moją osobistą przygodę z balsamami tej firmz, ale rozważę ponowny zakup na prezent dla dziewcząt, które lubią takie rzeczy. Opakowanie jest super i być może formuła balsamu podpasuje innym (swoją drogą, używało się go bardzo przyjemnie, konsystencja bardzo miła dla ust, wygodna forma aplikacji), dlatego jako prezent dałabym mu jeszcze szansę. 

Eos

Brak komentarzy

Planowałam dziś porobić fotki moich nowych zdobyczy urlopowych ( a także nowego aparatu,. mój się wytarzał niestety we Florydowym piasku :>), ale niebo zachmurzone jak licho, więc tylko, w ramach testów aparatu, machnęłam fotkę mojemu być może najciekawszemu produktowi. 


Balsam do ust EOS wygląda jak małe gumowe jajko – niespodzianka. Pamiętam że widziałam te produkty na niemieckich kanałach YT i bardzo mnie zaciekawiło, cóż to za nowy wymysł w dziedzinie pielęgnacji ust. Szczerze mówiąc to jeszcze go nie używałam, więc i niewiele mogę powiedzieć, ale opakowanie jest na tyle przykuwające uwagę, że postanowiłam wkleić chociaż zdjęcie opakowania. 

Aha, EOS ma na opakowaniu napis not tested on animals, a do tego 
w jednym z ich maili – odpowiedzi napisali, że są cruelty – free w 100% (
http://veggiebeauty.com/cruelty-free-statement-eos/
)
. Natomiast przyznam się bez bicia, że nie widziałam ich nażadnej liście więc osobom chcącym mieć 200% ;) pewność nie polecałabym. Mnie się wydawalo, że widziałam ich na liście, ale musiałam ich pomyrdać z inną firmą.

Cena ok 3$ z podatkiem, czyli ok 9 zł – da się przeżyć. O działaniu na razie nie mogę niczego powiedzieć, ale napisane jest, że produkt w 95% ekologiczny. Ciekawe czy do dostania w Polsce?
EOS lip balm

Ok, ponieważ ja ostatnio tylko gadam, postanowiłam wstawić dziś szybką recenzję. Recenzja dotyczy kolejnego produktu firmy W.S. Badger, tym razem produktu do ust. 


Badger Cocoa Butter Lip Balm

Balsam kupiłam z kilku powodów. Po pierwsze, zainteresowania firmą Badger i jej składami (100% natury, już lepiej się nie da). Po drugie, z powodu zapachu (kremowe kakao? no obok czegoś TAKIEGO to ja przejść obojętnie nie jestem w stanie!) i trochę też potrzebą znalezienia jakiegoś fajnego balsamu do ust (wcześniej używałam Chap Sticka – ble, fuj, o mamusiu!, a potem balsamu Burt’s Bees, który wtedy mi zupełnie nie przypasował – teraz nie mam o nim aż takiego złego zdania, ale jednak więcej raczej nie kupię ponieważ należy do L’Oreala, a balsamów tego typu jest obecnie sporo). No i chwyciłam to cudeńko z małym borsuczkiem i pobiegłam do kasy…. (hola hola, to nie tak było, zanim do tej kasy pobiegłam, to kilka innych produktów też mi „się chwyciło” po drodze).dog products



Otworzyłam, poużywałam… i jestem, do dziś zresztą, kompletnie oczarowana tym produktem.

a. piękny, naprawdę pachnący samą naturą zapach
b. bardzo interesująca konsystencja, która przypomina w użyciu kremowy miód. Przynajmniej z tym mi się kojarzy. A do tego ten zapach…
c. skład jest po prostu genialny, nie zawiera NIC sztucznego
d. kakao pochodzi z ekologicznej uprawy i ma certyfikat Fair Trade (pochodzi ze sprawiedliwego handlu, bez wyzyskiwania pracowników w krajach Trzeciego Świata)
e. do pielęgnacji nie mam absolutnie żadnych zastrzeżeń

Ogólnie – uwielbiam. Mala wada jest taka, że konsystenca lubi się czasami trochę rozłazić, no ale kupując produkt w 100% naturalny, miałam tego pełną świadomość. Uważam, że jest to świetny produkt, szczególnie dla miłośników kosmetyków naturalnych. W planach mam wypróbowanie ich balsamóm z dodatkiem koloru. 

  • RSS