Wpisy z tagiem: do-twarzy

Rozpisywałam się już o tym jak to dokonałam mordu na moim portfelu w Polsce i obkupiłam się we wszystko na co się z takim zainteresowaniem czaiłam przez cały rok mojej ożywionej działalności na wizażu (wizaż.pl). Jedną z rzeczy, których nie mogłam sobie podarować były maseczki Bielendy. No i teraz ciekawostka taka, że ja tak w zasadzie to nie przepadam za maseczkami, a chociażby i z takiego względu, że nie zawsze dają poczucie komfortu na buzi ( a to zimne a to ciepłe a to piecze, a to efekty niewarte świeczki). Bielenda, przyznam szczerze, złapała mnie na efektowne, dwustopniowe opakowania (dwusaszetkowe). 



Używałam głównie 2 rodzai z tej serii – do cery przetłuszczającej się i do normalnej (trochę w zależności od zapotrzebowania, trochę w zależności od ‚widzimisię’ ;) ).

maseczki Bielendy

 
Najbardziej do gustu przypadła mi saszetka kombinująca w sobie peeling i maseczkę. No bajer! Jedziemy na wakacje, pakujemy saszetę w plecak i robimy sobie małe SPA jeśli mamy zły dzień/pada/poznałyśmy kogoś/zaczynamy wyglądać jak potwór z bagien/chcemy sobie poprawić humor/cokolwiek. Bez tachania ze sobą 2 produktów. No i obsługa produktu też jest dzecinnie prosta. 
Pomysł z 2 maseczkami również uważam za udany, ale nieco naciągany. No bo po kiego grzyba mam nakładać na gębulkę 2 maseczki zaraz po sobie, święcie wierząc, że obie mają totoalnie inne właściwości i jedna bez drugiej ‚żyć nie może’? 
No ale kontynuując – sam produkt uważam za jak najbardziej udany. Faktycznie poprawiają mój koloryt skóry, moja twarz wygląda świeżo, zadbanie,  maseczki mają fajne zapachy, cena nie zwala z nóg i dzięki formie saszetki nie zdążą mi się prawdziwie znudzić ani przeterminować. Zapachy uważam za naprawdę trafione, szczególnie ten granatowy. Ogórek i limonka jest dla mnie z kolei geniuszem marketingowym, ponieważ już sama nazwa i kolor kojarzą mi się z procesem odtłuszczania! No bo tak serio to takie skojarzenia przywodzą na myśl te kolory, a także zapach. 
Saszetki zawsze mopna podzielić na pół i używać w różnych dniach, dzięki czemu zyskujemy 2 maseczki po ok… 1,70 zł (wybaczcie jeśli coś pomieszałam z ceną) :D Produktu w nich jest dość dużo, na upartego jestem je w stanie używać do 3 razy (ale na samą twarz, bez dekoltu i szyi). Ogólnie muszę powiedzieć, że Bielenda mnie zauroczyła niektórymi produktami podczas mojego pobytu w Polsce, pomijająac fakt, że jej produkty docierają i do Stanów i jako produkty ekskluzywne i egzotyczne sprzedawane są w TJ Maxxie. (Na początku mi się wydawało, że to taka podpucha, ale teraz uważam, że niezły pomysł i całkiem nawet zasłużenie). Natomiast polemizowałabym trochę z tym naturalnym składem, który reklamują no ale to już kto i co lubi – nie można mieć wszystkiego. Mnie skład nie przeszkadza, ponieważ uważam, że nie można przesadzać w żadną stronę. Używam części kosmetyków z bardzo naturalnymi składami i części z nieco mniej naturalnymi i chyba przy takiej lekko mieszanej pielęgnacji zostanę.

No i powiedzcie same: czy te opakowania nie są wiosenne i zachęcająace do kupna? Nie kojarzą się Wam z naturalną pielęgnacją i słoneczną wesołością?

Żeby nie było nie było, że ja tylko gadam (co zresztą może być i prawdą, stali bywalcy tego bloga bądź mojego wątku na wizażu może nawet zauważyli, ale o tym ciiiiicho sza), to postanowiłam zamieścić po moim wielkim wywodzie recenzję. Recenzja dotyczyć będzie jednego z moich ulubionych kosmetyków i jednej z firm, którą ostatnio się żywo interesuję. Generalnie miałam w życiu do czynienia z 5 żelami aloesowymi, poza żelem Jasona jeszcze żelem Herbalife’u (pojęcia nie mam czy Herbalife testuje, jeśli ktoś ma info, to niech da znać), Aloe Vera of America, Palomy i jakiegoś żelu, którego nazwy nie pamiętam. Mam wrażenie, że Jason jest  jednym z moich ulubionych żeli tego typu.

Jason Natural Cosmetics  Jason
Po pierwsze się nie klei. Niektóre z żeli, których używałam, miały tę smutną przypadłość, że się pieruńsko kleiły. 
Po drugie, nadaje się do twarzy, zwłaszcza takiej problemowej. Choć ja generalnie nie miewam za bardzo problemów z cerą, mam okropny problem z jej błyszczeniem w strefie T, no i od wielkiego dzwonu pojawi mi się jakaś niespodzianka. Moją skórę ten kosmetyk uspokaja i nie powoduje nadprodukcji sebum. Muszę powiedzieć, że bardzo rzadko używam kremów do twarzy ( a przynajmniej używałam, obecnie przetestowałam tyle kosmetyków, że wydaje się, że mniej więcej znalazłam niektóre rzeczy do nawet nadające się do używania), to był pierwszy specyfik, którego nie bałam się kłaść na całą twarz na całą noc.
Po trzecie, nadaje się do nakładania na skórę głowy, zwłaszcza gdy skóra jest przesuszona i swędzi. Mi bardzo pomógł zwalczyć świąd, poza tym jakby lekko unosi włosy. 
Po czwarte, nakładam go na podrażnioną skórę na rzeczy w stylu zadrapania, ukąszenia, miejsca po wyciskaniu drobnych syfków na twarzy i robieniu sobie z gębuli pola bitewnego, ba, nawet na drobne oparzenia słoneczne. Koi, przynosi ulgę, uspokaja skórę. 
Do tego nie zawiera parabenów, żadnych sztucznych barwnik ów, jest biodegradowalny, a opakowanie nadaje się do recyclingu. 

Jedynym powodem dla którego do tej pory nie zamieściłam recenzji żadnego produktu Jasona był prosty fakt, że byłam w 100% pewna, iż jest on w Polsce nieosiągalny. Ponieważ jednak zbłądziłam wczoraj na stronę www.helfy.pl, wiem, że przynajmniej tam można go dostać :)

P.s. Oczywiście nie zapomniałam o serii recenzji dotyczących minerałów, niedługo wrócę do tego tematu 

  • RSS