Wpisy z tagiem: cienie

Dziękuję wszystkim za wiadomości, komentarze i inne sposoby komunikacji ze mną. Muszę powiedzieć, że w ciągu ostatnich dni dostałam tak wiele wiadomości, ciepłych słów i ofert pomocy, że na pewien czas moja wiara w ludzi została całkowicie przywrócona. Także społeczność, w której mieszkam prędko się zorganizowała sama i zaczęła pomagać komu mogła. Sami oddaliśmy wszystko, co mogliśmy, żeby pomóc: niepsującą się żywność, ubrania, koce, środki czystości, ale jak przyjechaliśmy do tymczasowych ośrodków pomocy to opadła nam szczęka. Ludzie pracowali sami, przywozili co mogli, składali się lokalnie na ciężarówki pełne jedzenia i wody, sami kierowali ruchem bądź starali się brać udział w akcji ratowniczej. Prawie każdy, kogo znam, w czymś pomógł. Tak więc głowa do góry, z ludzkością naprawdę nie jest tak źle!
Życie tutaj na pewno jeszcze długo będzie nie takie jak z przed tragedii, ale powoli powoli wraca do normy. Oczywiście, życia zmarłym to nie przywróci, ale zniszczone domy i budynki da się odbudować. No i z dobrych wiadomości, wczoraj jeszcze udalo się wydobyć spod gruzów trójkę wciąż żywych ludzi. 
Czuję się nieco głupio w obliczu całej tej tragedii pisać o kosmetykach, ale myślę, że może tak będzie najlepiej. 
W każdym razie pozbierałam kilka moich starych zdjęć i postanowiłam chociaż wrzucić parę swatchy. Zdjęcia robione były pod różnymi kątami, żeby było widać kolory w różnym świetle. Kolory są dośc dobrze zachowane. Są to swatche 6 próbek cieni firmy LA Minerals: Moonlight, Crush, 1st Boyfriend, Satin Sheets, Hip-Notic, Eggplant. Ogólnie jestem z tych cieni zadowolona, mają ładne kolory i na bazie trzymają się bez zarzutu. Ba, nawet używałam ich bez bazy i całkiem dobrze się miały. Niestety nie umiem za bardzo ocenić jak trzymają się bez bazy, ponieważ już od dawna nie uzywam niczego bez bazy. Mają bardzo przyjemną do nakładania konsystencję, ale skład jest mniej przyjazny, ponieważ zawiera silikony. 
Swatche LA Minerals
LA Minerals Swatches

Swatche Elf

Brak komentarzy

Dzisiaj bardzo szybka notka dla wzrokowców ;) 

Jakiś czas temu rzuciłam się w sklepie na nowo wypuszczoną serię E.l.fa. Ponieważ rzucilam się na nią więcej niż raz smiley
efektem tego jest zakup dwóch zestawów cieni, podkładu oraz pudru. Używam obecnie tych produktów za krótko, żeby móc napisać tu rzetelną recenzję, ale ogólnie muszę powiedzieć, że jestem z Elfa bardzo zadowolona. Biorąc pod uwagę, że za każdy z tych zestawów (puder + pędzel, podkład + pędzel, 3 cienie, 2 cienie + pędzel) zapłaciłam ok 5,50$ (16-17 zł), to uważam, że nie były to pieniądze wyrzucone w błoto. Jedno zastrzeżenie co do cieni: są naprawdę mocno błyszczące i to nie w sensie drobinek tylko tak bardziej metalicznie, powierzchniowo. Pod tym względem użyłabym ich bardziej do makijażu wieczorowego, choć noszę je i na co dzień, po prostu zestwiając je z jakimś matowym bądź perłowym cieniem. Cienie pochodzą z mineralnej linii Elfa (ale sami wiecie, że ja mineralnych linii niemineralnych kosmetyków nie do końca lubię nazywać cieniami mineralnymi, wspominałam o tym ostatnio).

Oto swatche:
Elf swatche Elf swatche elegant, celebrity, golden, socialiteelegant, celebrity, golden, socialite
Pierwsze zdjęcie robione w sztucznym świetle, 2 pozostałe w naturalnym świetle przy oknie.


Zdjęcia pełnych jeszcze nieotwartych cieni: 1 zestaw Rustic Brown, kolejny zestaw Sandy Beach.
Elf rustic brown sandy beach

Na blogu o kosmetykach nietestowanych na zwierzętach nie może zabraknąć wzmianki o firmie Everyday Minerals oraz o innych firmach mineralnych – przede wszystkim dlatego, że w zasadzie wszystkie firmy mineralne (ale prawdziwe mineralne, nie jakieś tam pdeudomineralne linie L’Oreal, Max Factor czy inne takie) są nietestowane na zwierzętach.


W zasadzie z firm mineralnych próbowałam tylko EDM, Rhea, Signature Minerals, Lucy Minerals i Detrivore. Piszę ‚tylko’ ponieważ firm mineralnych jest znacznie znacznie więcej, niektóre bardzo się między sobą różnią i tak naprawdę każdy może wśród nich znaleźć coś dla siebie. 

Dzisiaj chciałam wstawić tylko zdjęcia mojej kolekcji cieni EDM (to wszystko są próbki pochodzące z limitowanej serii Utopia Blooms). Częśc kolorów jest niestety z limitowanej edycji, ale spora ich część jest do dostania w regularnej sprzedaży. Recenzję, swatche, porównania oraz opis innych produktów zostawiam na później (sporo do opisywania, poza tym potrzebuję zrobić więcej zdjęć). Jestem w posiadaniu cieni, pędzli, róży, próbek podkładów i pudrów, korektora oraz balsamu do ust, tak więc rzetelny opis tych produktów może zając trochę czasu i wymagać odrobinę więcej roboty.
cienie EDM
Po kliknięciu na zdjęcie zobaczycie je w powiększonej wersji. Dzięki temu lepiej widać kolory i można rozpoznać nazwy kolorów na denku opakowania. Przyjemnego oglądania!

Trio for greens 034  Trio for greens 034 swatch

Trio for greens 124 Trio for greens 024 swatch
Trio for greens 004  Trio for greens 004 swatch
Trio for blues 102 swatch Trio for blues swatch
Trio for hazels  Trio for hazels
Trio for browns  Trio for browns
dwa fiolety kolekcja
Dziś parę nowych swatchy. Doszłam do wniosku, że to trochę bez sensu polecać coś, jeśli nie wiadomo o co dokładnie mi chodzi. Zdjęcia robione bez bazy i po południu. Najgorszym cieniem co do pigmentacji jest, moim zdaniem, jasny fiolet, choć w parze z drugim fioletem wygląda ślicznie. Najlepsze są brązy (dobra pigmentacja). Trio do oczu niebieskich bardzo mi się podoba, ciemniejszy niebieski ma lekko fioletowawy ton – niestety ja w tych kolorach wyglądam jak potwór z mokradeł i inne takie ;) Błysk, który widać na niektórych zdjęciach pochodzi bardziej od słońca, w rzeczywistości cienie nie są błyszczące, tylko takie delikatnie satynowe.

cienie My Secret My Secret

My Secret to jedne z tych kosmetyków, których używać zaczęłam tylko i wyłącznie pod wpływem opinii na internecie. Moje dotychczasowe odczucia były jednoznaczne – średnia półka tak, za tanie kosmetyki – nigdy w życiu (tak samo zresztą z bardzo drogimi kosmetykami – bo jeśli kupię coś, co okaże się bublem, za 30 zł,t o jeszcze to przeboleję, ale za 100zł to bym chyba się wściekła). Po przeczytaniu wielu pozytywnych recenzji postanowiłam jednak spróbować. 
Muszę powiedzieć, że jak na kosmetyk za parę złotych, to nie ma co narzekać. Cienie są dość dobre, matowe (uwielbiam maty), kosztują ok 6 zł (nie wiem czy dokładnie tyle, ale na pewno nie więcej niż 10zł). Nie powiedziałabym jednak, że nalezy spodziewać się po nich cudów i (niestety) niektóre kolory są lepsze niż inne – no ale przecież to są kosmetyki za naprawdę niewielkie pieniądze.
Moim faworytem jest brąz. Brąz polecam każdemu – ładnie podkreśla załamanie powieki, ładnie da się go cieniować, na bazie ma  intensywny kolor i nic się z nim nie dzieje długie godziny. Podobne opinie słyszałam o granatowym cieniu, którego niestety nie posiadam, więc nie mogę nic więcej powiedzieć. Co do różu i szarości to byłabym bardziej ostrożna. Pigmentacja nie jest cudowna, bez bazy cienie są raczej półtransparentne. Na bazie szary wygląda trochę lepiej, różowy – dalej bez zachwytów. Tak więc bez bazy nie radzę tych 2 używać. Natomiast co mogę powiedzieć w obronie różowego to to, że przepięknie wygląda pod łukiem brwiowym, bardzo delikatnie rozświetla i dodaje blasku (chociaż nie połysku, bo w końcu jest matowy – raczej bym się wkurzyła jakby mat podawał mi połysku ;). Bardzo ten efekt rozświetlenia lubię – na pewno będzie więc też pięknie podkreślał wewnętrzny kącik. Z całej tej trójcy najmniej chyba polecałabym szary – chyba że ktoś lubi delikatny makijaż, to zawsze można spróbować.
Do nabycia w Drogeriach Natura. Aha, napisałam, że to kategoria polskie. My Secret są produkowane przez Pierre Rene, która – tak mi się przynajmniej wydaje – jest polską firmą. Jeśli nie to proszę o wyprowadzenie mnie z błędu.

Ja się zastanawiam czy tylko ja mam takiego pecha, czy to wszyscy mają takie wrażenie, że jak już znajdą swój kosmetyk ulubiony, to musi on zostać wycofany ze sprzedaży? Najpierw zdarzyło mi się to z moją ulubioną pomadką (pomadek mam wiele, ale mało która była naprawdę hitem), potem z moim najukochańczym tuszem do rzęs, w końcu z moim przeulubionym zielonym cieniem z Bourjois, a teraz z moją ulubioną paletką do oczu Almay. Tak, znalazłam moją paletkę idealną, w raz sam do makijażu dziennego, bez stresu rano, pasowała do większości moich ubrań etc. – i nie ma. Nie mogę jej nigdzie znaleźć, bo, nawet na ebayu trudno ją znaleźć, nie ma jej w sklepach, na stronie producenta ani na amazon. com. No normalnie mnie trafi. 

No to może teraz trochę o potrójnych paletkach Almay w ogólności. Generalnie to wiem, że zdania co do nich były bardzo podzielone, niektórzy twierdzili, że w ogóle nie działają (kampania reklamowała je jako cienie podkreślające i wydobywające kolor oczu), niektórym nie podobała się pigmentacja, innym jeszcze coś innego. Ja te cienie uwielbiam. Nie są to na pewno cienie najlepszej jakości (tu zdecydowanie na pierwszym miejscu Urban Decay), ani największego wyboru kolorów (tu zdaje się MAC), ani w ogóle nie są one jakieś specjalnie luksusowe, wyjątkowe itp…. ja jednak tak nie uważam, dla mnie są naprawdę super. 
Po pierwsze, świetnie skomponowane zestawy. Jak dla mnie dają bajeczny efekt na oku.
Po drugie, lubię też ich konsystencję. Są miękkie, ładnie się z nimi pracuje, bez problemu się je rozciera, 
Po trzecie, to co inni nazywają słabą pigmentacją, ja nazywam delikatnymi kolorami do dziennego makijażu. Uwielbiam ten delikatny efekt na oku w ciągu dnia – widać, że oko wygląda inaczej, że jest jakieś bardziej błyszczące, że wyglądam ładniej, ale trudno w zasadzie zauważyć, że mam makijaż. Dla mocniejszego efektu maluję kreskę eyelinerem i wtedy efekt jest naprawdę super.
Po czwarte, nie wiem czego niektórzy spodziewali się po efekcie, jakie Almay może dać im na oku, dla mnie naprawdę uwypukla kolor moich tęczówek. Mam oczy w kolorze taki szaro-zielono-niebieskim, w zależności od koloru ubrań i kąta padania promieni słoneczych, mogą być mniej lub bardziej intensywne. Te cienie powodują, że są takie seledonowo – turkusowe (przy odpowiednich ciuchach), szczególnie wspaniale widać to na zdjęciach. Oczywiście, że to nie jest tak, że nagle oczy zmieniają kolor na intensywniejszy, ale przecież nie spodziewam się cudów, tylko efektu iluzji. 
Po piąte, naprawdę niewygórowana cena. Widziałam je w Polsce nawet za 22 – 25 zł, chociaż wiem, że nie są łatwe do dostania. (Ja znalazłam gdzieś na jakimś bazarku).  Tu jednak należą też do bardzo tanich, drogeryjnych kosmetyków.
Po szóste, uwielbiam to, że są sprzedawane w paletce i każda z nich jest przeznaczona do innego koloru oczu. Kolory można też mieszać między paletami. 
Ogólnie – polecam, zwłaszcza osobom szukającym palety do codziennego makijażu, którym nie chce się wstawać rano i komponować ze sobą 3 kolorów i myśleć, które do siebie pasują. Idealne dla leniuszków, którzy chcą wyglądać perfekcyjnie mimo braku czasu. 
 Almay intense i-color dla innych kolorów oczu
To są wszystkie zestawy, które posiadam. Wiem, dużo. Wszystkie były jednak kupione na promocji. Mój ulubiony zestaw to ten w górnym lewym rogu. Wkleiłam wszystkie, żeby pokazać, że często zmieniało się opakowanie, logo, a nawet faktura cienia, a mimo to wszystkie cienie są oryginalne. Dolny rząd jest do innych kolorów oczu niż zielone, używam cienie nie w zestawach, tylko jako cieni pojedynczych (np. używam ze sobą 2 fioletów albo czasami używam wybiórczo brązów). 
Jeszcze raz podkreślam, że nadają się dla alergików (tak przynajmniej twierdzi Almay ;) )

Urban Decay

UDNa cienie firmy Urban Decay trafiłam zupełnie przypadkiem. Moja pierwsza wypłata tu w Stanach, weszłam z wypiekami na twarzy do sklepu i mój wzrok padł na półkę z tą firmą. Prawdę powiedziawszy, nigdy wcześniej o nich nie syszałam. Śliczne małe pudełeczka, wzięłam jedno z nich do ręki i zaczęłam oglądać. Po chwili moją uwagę przykuł znaczek króliczka. Tak się przyjrzałam, przyjrzałam – no bo to w sumie drogeria była, a nie sklep z zabawkami, a ten króliczek taki jakiś był zabawny, z długimi uszami. (Jeśli kojarzycie króliczka Pety, to on jest taki trochę zabawny, trochę taki jakby z kreskówki pochodził). W ten oto sposób odkryłam, że niektóre firmy nie testują na zwierzętach. Ze sklepu wyszłam oczywiście z cieniem w dłoni. (O ja niemądra, trzeba było nie kupować, a teraz już po ptokach – kto raz w UD wpadnie, ten już nie da rady o tym zapomnieć ;) )
Ale, cienie cieniami, pudełeczka pudełeczkami, natomiast szoku, jaki przeżyłam po otworzeniu pudełeczka i przejechaniu po cieniu palcem nie da się porównać z niczym. Tak miękkiej, jedwabistej, cudownej konsystencji nie miały żadne cienie jakich do tej pory używałam, a używałam już wielu. Te cienie mnie po prostu wbiły w fotel. To samo było przy ich aplikacji – po prostu czysta przyjemność. Cienie „płyną” po powiece, a nie się nakładają, nie ma mowy o osypywaniu się, ścieraniu, plackach ciemniejszego i jaśniejszego koloru czy problemach z rozcieraniem. Pięknie mieszają się z innymi cieniami i łatwo zatrzeć ich granice. Na bazie trzymają się nie do opisania długo, bez bazy zresztą też. I ta niewyobrażalna pigmentacja! Te cienie to jest po prostu TO. Są moim absolutnym numerem JEDEN (zwłaszcza matowe cienie pojedyncze, np. ich paletka Naked, tak wychwalana, przypadła mi do gustu odrobinę mniej). 
Nakładam go zawsze palcem, ponieważ nabieranie cienia UD z pudełeczka to taki mój fetysz teraz ;)
Na koniec niestety smutna wiadomość – w trakcie pobytu w Polsce skusiłam się na allegro na cienie pojedyncze UD, bo takie tanie były i te same kolory…. Niestety po otworzeniu cieni nie było zachwytów. To, co do mnie przyszło było na pewno ogólnie dobrej jakości, ale porównując do mojego cienia kupionego w Stanach to jednak nie było to… Jakaś taka bardziej gumowa konsystencja i komfort używania też nie ten sam. Chociaż pudełeczka wyglądały na identyczne, może odrobinę kolor inny, na nalepce odrobinę mniejszy druk. Osoba, która mi to sprzedała zapierała się rękami i nogami, że to oryginalne cienie (chociaż skąd by takie cienie oryginalne za pół ceny wytrzasnęła, to ja nie wiem), ale ja jakoś do dziś mam obawy. Cieni nie używam, a i niesmak pozostał. Dlatego też odradzam kupowanie tych cieni na allegro i osobiście polecałabym kupienie ich bezpośrednio w Wielkiej Brytanii (w sklepie albo może na stronie internetowej), bo ze strony producenta w Stanach UD niestety nie wysyła do Polski.

Sensique

Polską firmą Sensique zainteresowałam się wyłącznie po przeczytaniu masy dobrych opinii na internecie i usłyszeniu mojej koleżanki zachwycającej się nimi przez godzinę. Generalnie nie kupuję kosmetyków tak tanich jako że sparzyłam się wielokrotnie takim właśnie zakupem. Jednak z cieniami Sensigue postanowiłam zaryzykować przy okazji przyjazdu do Polski. Po pierwsze, zainteresowały mnie ich kolory. Paletki były ładnie skomponowane, co najmniej 2 z nich miały ładne połaczenia brązów i złotawych odcieni, trochę różu. Akurat moje ulubione kolorki. Druga paletka zainteresowała mnie, ponieważ już dawno chciałam poćwiczyć makijaż w tonacjach fioletu, a przy takiej cenie wybór tego kosmetyku wydawał się wyborem wręcz idealnym. 
Paletki zaskoczyły mnie swoją jakością. W życiu nie pomyślałabym, że to kosmetyk  raptem za parę złotych. Trzymają się długo, naprawdę długo, bez bazy do ładnych kilku godzin. Po drugie, nie wyglądają tandetnie na oku. Wykończenie takie jakby satynowe, ani zupełnie matowe, ani błyszczące. Po trzecie, wyglądają jakby się miały osypywać ( w pudełku), jednak przy ich aplikacji nic takiego nie ma miejsca. Nie wałkują się i nie warzą na oku. (Używam pisowni „warzą się”, a nie „ważą się” na oku, ponieważ czasowniki ważyć a warzyć mają zupełne inne znaczenie i tu należało by użyć czasownika warzyć, to tak na wypadek jakby kogs raziły błędy ortograficzne ;)). Ponadto idealnie nadają się do makijażu dziennego, ale bez problemu można nimi wykonać makijaż wieczorowy. No i konsystencja tez jest w miarę przyjemna – łatwo je rozprowadzić na oku, chociaż nie są zbyt miękkie. Podsumowując – naprawdę te cienie lubię. Są tanie, łatwo dostępne, warte swojej ceny. Dodatkowo sam fakt sprzedawania cieni w poczwórnej paletce ma swoje plusy, gdyż wystarczy użyć już skomponowanego zestawu i makijaż oka gotowy. Porównując je do innych drogeryjnych cieni, zwłaszcza takich jak Maybelline (o mamo, z tymi to miałam przejścia…), Max Factor czy Rimmel (kiedyś, jeszcze przed przejściem na kosmetyki nietestolwane popełniłam błąd zakupu ich potrójnych kamieni prasowanych, co to dla niepoznaki nazwane były cieniami. Najgorszy chłam, jakiego używałam), Sensique wypada naprawdę dobrze. Będę gorąco kibicować tej firmie, nie tylko z powodu ich nietestowania i bardzo przystępnej ceny, ale też i faktu, że to jedna z naszych bardzo dobrych polskich firm. 

Tak pomyślałam, że warto na tym blogu wspomnieć też o pewnej niezbyt chyba jeszcze znanej, choć zupełnie przyzwoitej polskiej firmie APC. Firma ta produkuje cienie, bazy, pudry i inne tego typu kosmetyczne produkty. Przyznam szczerze, że po obejrzeniu strony najbardziej skusiły mnie ich sypkie cienie, dlatego dokonalam u nich zakupu 2 odcieni. 

Pierwszą rzeczą, która się od razu rzuca w oczy, jest opakowanie bez siteczka. Nie jest to niestety najlepszy pomysł, ponieważ mój cień miał po niespełna tygodniu „wypadek przy pracy”, przy którym straciłam 3/4 cienia. Opakowanie nie jest więc zbyt funkcjonalne. Warte zaznaczenia jest jednak to, że wciąż mam tego cienia wystarczająco dużo ;) Jednym słowem, pomimo że pudełeczka wydglądają dość niepozornie, produktu w nich jest naprawdę sporo. Takie pudełeczko kosztuje, w zależności od tego czy wybierzemy opakowanie akrylowe czy plastikowe, 11.50 zł bądź 15.50 zł. Nie jest to więc majątek. Kolor 38 (łososiowozłoty) kupiłam z powodu tego makijażu prezentowanego na stronie. Niestety, u mnie okazał się bardziej różowy niż złotoróżowy i dlatego w efekcie końcowym kolor, którego szukałam odnalazłam w innej firmie, MySecret (ale o tym w innej notce). Natomiast jestem pod dużym wrażeniem drugiego cienia o numerze 01 (satynowe złoto). Jest to piękny, delikatny złoty kolor, dośc trwały na oku. Pomimo, iż jest to pyłek, jest tak drobnozmielony, że nie stanowi dużego problemu przy aplikacji. Wydaje mi się, że będzie pięknie podkreślał każdy kolor oczu ( z różowymi kolorami trzeba uważać, gdyż niektórzy mogą w nich wyglądać jakby byli zmęczeni). Ogólnie – polecam. Nie są to może moje absolutnie najulubieńsze cienie, ale na pewno nie mogę powiedzieć, że żałuję, iż znalazły się w mojej kolekcji. 

  • RSS