Wpisy z tagiem: biochemia-urody

O hydrolatach rozpisywałam się trochę więcej w jednej z moich poprzednich notek, tu chciałabym tylko szybciutko zawrzeć swoje przemyślenia po kilku dniach używania hydrolatu różanego (kupiłam wreszcie inną buteleczkę z atomizerem, bo ta z Bu po jakimś czasie pryskała mi na twarz sążnym strumieniem ;) ) Jak na razie efekty przeszły moje najśmiejsze oczekiwania. Twarz jest rozświetlona, odżywiona, wręcz o różanym kolorycie (przeglądam się często w lustrze jak podekscytowana nastolatka, taką widzę różnicę w moim obliczu).

Ale tak żarty na bok, hydrolat różany podpasowal mi bardzo bardzo, szczególnie widzę go jako fantastyczną mgiełkę do twarzy w okresie letnim, kiedy często się pocę i jest mi gorąco, po wstawieniu go do lodówki. Jestem bardzo zadowolona z efektów i całkowicie zachwycona zapachem. Uważam, że szczególnie będą z niego zadowolone osoby lubiące różany zapach, bo można go używać, nawet jeśli już nie dawałby takich spektakularnych efektów, dla samego połechtania zmysłów. Bardzo bardzo fajny produkt (zresztą jeden z licznych z Biochemii Urody). Swoją drogą, Biochemia Urody ma fantastyczną obsługę klienta – są sympatyczni, szybko odpisują na maile, służą pomocą. Kompetencja w każdym calu. 
Zapomniałam dodać, że jednym z powodów, dla którego mi osobiście hydrolaty bardzo podpasowały, jest ich „konsystencja”, a raczej forma. Jestem bardzo niezdycplinowana jeśli chodzi o kładzenie czegokolwiek na moją szyję bądź dekolt, a to są takie miejsca, które bardzo często są odsłonięte, czyli choćby narażone na działanie czynników atmosferycznych. Czy „psikanie” na nie hydrolatem coś naprawdę da – jeszcze nie wiem – ale jestem gotowa sprawdzić, bo to jeden z tych produktów, które mnie na skórze nie denerwują. (W przeciwieństwie do balsamów czy maseł.)

Skoro już wpadłam w nastrój pisania, postanowiłam podzielić się jeszcze jednym odkryciem z Biochemii Urody, o którym pewnie nigdy bym nie usłyszała, gdybym kiedys nieopatrznie nie wpadła na jeden z polskich portali, dość mocno zachwalający produkty tego sklepu. I tak po raz pierwszy w życiu przeczytałam o hydrolatach. 

Muszę przyznać, że nazwa Hydrolat oczarowy wprowadziła mnie w małe zakłopotanie, a nawet zdumienie, ponieważ skojarzyła mi się z oparami, moczarami i z czymkolwiek, co ani nie pachnie, ani nie działa, za to jest dziwne ;) Jednakże po przeczytaniu nie wiem ilu pozytywnych opinii postanowiłam i ja się skusić na to cudo. 
Hydrolaty to nic innego jak po prostu wody roślinne. Zainteresowanych co to jest zapraszam do przeczytania wytłumaczenia na takich stronach jak BU (Biochemia Urody) czy Mazidła. Są bardzo przyjemnymi w stosowaniu produktami, w 100% naturalnymi, o ładnych zapachach i dość dobrym działaniu (niektórzy by powiedzieli: rewelacyjnym działaniu). Niektóre działają ściągająco, inne kojąco, orzeźwiająco, nawilżająco itd itp. Hydrolatów jest wiele (sama zakupiłam jeden tylko i wyłącznie z uwagi na zapach, przyznaję się bez bicia – chodzi oczywiście o hydrolat różany) i myślę, że każdy może wśród nich znaleźć coś dla siebie.
Jedyne, co mogłabym polecić, to dokupienie sobie buteleczki z atomizerem i spryskiwanie takim hydrolatem twarzy, zamiast używaniem go na wacik i w ten sposób przemywanie twarzy (starcza na baaardzo bardzo długo). Hydrolaty stanowią też dobrą bazę dla osób lubiących domowe specyfiki (np. maseczki własnej roboty), można je mieszać z innymi składnikami i kombinować, kombinować, kombinować. Hydrolaty z BU przychodzą w dość ascetycznych plastikowych opakowaniach – osoby uwielbiające fikuśne opakowania mogą więc być odrobinę rozczarowane, ja jednak lubię taki system, bo dzięki czemu jako klient płacimy głównie za produkt. 
Hydrolat różany Hydrolat cytrynowy Hydrolat oczarowy Atomizer

Środek do demakijażu był jedną z moich pierwszych obaw przy postanowieniu zaprzestania kupowania produktów testowanych na zwierzętach. Wszystko dlatego, że po latach używania takich sobie o mleczek, płynów czy innych specyfików, testowania, narzekania, na dwa tygodnie przed odkryciem polityki firm testujących na zwierzętach – znalazłam wreszcie swój ulubiony kosmetyk do demakijażu, oczywiście jednej z testujących firm. Byłam załamana, że niegdy już nie znajdę nic sensownego, ale jakże się myliłam. Faktem jest, że spędziłam trochę czasu na szukaniu czegoś fajnego i nie koszmarnie drogiego, jednak po wcale nie tak długim czasie odkryłam sklep internetowy Biochemia Urody.

I tak wpadłam na ich stronę i mój wzrok automatycznie padł na olejki myjące (Biochemia Urody). Po przejrzeniu oferty zadecydowałam, że po prostu muszę wypróbować olejki zapachowe (pomarańczowy i drzewko różane), ponieważ uwielbiam naturalne zapachy. Złożyłam na BU większe zamówienie dla siebie i rodziny  i dośc długo czekałam na przesyłkę (mieszkam za granicą i przesyłak musiała przejść bardzo długą drogę, zanim do mnie dotarła ;) )
Olejku pomarańczowego używam już od co najmniej dwóch miesięcy i jestem nim totalnie zachwycona. Nie wkleję tu jednak jego zdjęcia, gdyż buteleczka ma jedną wadę – szybko się brudzi i wygląda bardzo „niewyjściowo” przy końcówce używania. Po pierwsze, olejek ma fantastyczny zapach. Masuję nim skórę i z lubością wdycham zapach pomarańczy. Zapach jest świeży, nie perfumowany, nie jest dodawany do żadnej bazy mleczka (poza emulgatorem, ale to inna bajka), więc jest czysty, chociaż nie przytłaczający. Konsystencja olejku bardzo mi podpasowała, ponieważ od jakiegoś czasu nie cierpię po prostu mleczek do demakijażu, którym muszę po sto razy trzeć moje nieszczęsne oczy, marnując przy tym po 5 płatków bawełnianych. Nie, to po prostu nie dla mnie. Olejek ten oczyszcza całą skórę i świetnie radzi sobie z makijażem – nawet z eyelinerem i tuszem do rzęs. Ponieważ zawiera dodatek emulgatora, pomimo iż ma konsystencję oleistą, łatwo go zmyć i nie zostawia na twarzy żadnej tłustej powłoki. Jak dla mnie kosmetyk idealny – 10/10. Pomimo iż znalazłam kilka innych kosmetyków do demakijażu, które całkiem chętnie używam (choć jeszcze więcej takich, które niezbyt chętnie), do tego będę z pewnością wielokrotnie wracać. Myślę że przy dośc regularnym używaniu (czasami używałam innego środka do demakijażu, ale rzadko) starcza mi na około 2 – 2,5 miesiąca. 
Podsumowując:
+ fajna konsystencja
+ nie trzeba trzeć oczu ani twarzy, żeby pozbyć się zabrudzeń i makijażu
+ radzi sobie nawet z tuszem do rzęs i eyelinerem
+ nie klei się, chociaż nie każdemu podpasuje konsystencja olejku
+ nie zostawia dziwnego filmu na skórze
+ zapach jest na 6+
P.s. Specjalne podziękowania dla mojej koleżanki z pewnego portalu, która również wybrała styl życia cruelty – free za pomoc, słowa zachęty i utwierdzanie mnie w moim pomyśle prowadzenia bloga. Dzięki niej już niedługo pojawią się tu zdjęcia i zdecydowanie więcej notek ( a możliwe, że i więcej gości ;) )

  • RSS