Wpisy z tagiem: bez-parabenow

EOS

Brak komentarzy

Uuuffff, co za gorączkowy czas. Ostatnio bywam na necie tylko w tzw. międzyczasie. Natomiast przez kilka ostatnich tygodni miałam trochę czasu, żeby poużywać i wyrobić sobie mniej więcej zdanie o niektórych moich nowych kosmetykach i jak tylko odzyskam w miarę czas na zajmowanie się blogiem, to na pewno popłynie na nim fala nowych recenzji. 


Na początek kilka słów o wspomnianym przeze mnie, ale niezrecenzowanym balsamie EOS w kształcie oczobitnie różowego jajka- niespodzianki. Przez parę tygodni używałam tego balsamu i niestety muszę przyznać, że nie pokochaliśmy się zbytnio. Poowiem wręcz, że temperatura uczuć w naszym związku była ujemna i wiało chłodem. Co mi w nim podpasowało najmniej to smak. Balsam zostawiał na ustach słodki, owocowawy smak, który, jak się domyślam, miał być wabikiem i nowinką, mnie jednak niepomiernie denerwował. Drugą sprawą, która przesądziła o jego upadku w moich oczach były kiepskie właściwości pielęgnacyjne. Po kilku próbach powrotu rozstaliśmy się ostatecznie bez żalu, a ja wróciłam pokornie do mojego balsamu Badgera. EOS podarowałam kuzynce, która z kolei zadowolona była bardzo z takiego gadżetu i smak nie tylko nie przeszkadzał jej ani trochę, ale wręcz używa go przez to jeszcze chętniej. 
Jednym słowem zakończyłam chyba moją osobistą przygodę z balsamami tej firmz, ale rozważę ponowny zakup na prezent dla dziewcząt, które lubią takie rzeczy. Opakowanie jest super i być może formuła balsamu podpasuje innym (swoją drogą, używało się go bardzo przyjemnie, konsystencja bardzo miła dla ust, wygodna forma aplikacji), dlatego jako prezent dałabym mu jeszcze szansę. 

Eos

Brak komentarzy

Planowałam dziś porobić fotki moich nowych zdobyczy urlopowych ( a także nowego aparatu,. mój się wytarzał niestety we Florydowym piasku :>), ale niebo zachmurzone jak licho, więc tylko, w ramach testów aparatu, machnęłam fotkę mojemu być może najciekawszemu produktowi. 


Balsam do ust EOS wygląda jak małe gumowe jajko – niespodzianka. Pamiętam że widziałam te produkty na niemieckich kanałach YT i bardzo mnie zaciekawiło, cóż to za nowy wymysł w dziedzinie pielęgnacji ust. Szczerze mówiąc to jeszcze go nie używałam, więc i niewiele mogę powiedzieć, ale opakowanie jest na tyle przykuwające uwagę, że postanowiłam wkleić chociaż zdjęcie opakowania. 

Aha, EOS ma na opakowaniu napis not tested on animals, a do tego 
w jednym z ich maili – odpowiedzi napisali, że są cruelty – free w 100% (
http://veggiebeauty.com/cruelty-free-statement-eos/
)
. Natomiast przyznam się bez bicia, że nie widziałam ich nażadnej liście więc osobom chcącym mieć 200% ;) pewność nie polecałabym. Mnie się wydawalo, że widziałam ich na liście, ale musiałam ich pomyrdać z inną firmą.

Cena ok 3$ z podatkiem, czyli ok 9 zł – da się przeżyć. O działaniu na razie nie mogę niczego powiedzieć, ale napisane jest, że produkt w 95% ekologiczny. Ciekawe czy do dostania w Polsce?
EOS lip balm

Jak wiecie, miałam ostatnio kupę stresu. Na szczęście wszystko dla nas skończyło się dobrze, teraz nawet układa nam się wyśmienicie, urlop, nowe mieszkanko, które jest nieporównywalnie lepsze od poprzedniego, wyprowadzka, wspaniałe plany na lato – jednym słowem kupę szczęścia w kupie nieszczęścia. Jednak stres był i pozostał. Do dziś jak ktoś wspomina słowem tornado to dostaję ataku nerwowego (jakoś tak siła wyższa, przeżyłam prawdziwe chwile grozy). Jednym słowem STRES. A żeby pozbyć się stresu, jak dla mnie, prawie wszystkie chwyty dozwolone ;) 


A tak serio to aromaterapia ma ogromny wpływ na moje samopoczucie i ostatnio w ruch poszły moje najulubieńsze gadżety pomagające technikom relaksacyjnym – olejki do masażu Kanu


Kanu czekolada pomarańcza Kanu zielona herbata

Na olejki Kanu trafiłam kiedyś przez zupełny przypadek (chyba w jednej z mydlarni) i zakochałam się w nich bez pamięci. Pierwszym z ich olejków, który padł moją ofiarą był olejek o zapachu czekolady i pomarańczy. Kocham, po prostu kocham ten zapach. Oczywiście trzeba uważać, gdyż zapach jest bardzo słodki i dla niektórych może być wręcz mdły i nieprzyjemny, dlatego też polecam jego powąchanie przed zakupem ;) 
Kolejnym z tej serii była zielona herbata. Świeży, ale delikatny, bardzo bardzo przyjemny. Te olejki to moje Kosmetyki Wszech Czasów w tej kategorii. Używam ich od prawie 3 lat. 

a) szalenie wydajne
b) wspaniały wybór zapachów
c) lekka konsystencja
d) nie brudzą ubrań
e) nie stają się lepkie podczas masażu, jak wiele innych środków do masażu ma w zwyczaju – a czego nie cierpię, nie znoszę
f) nie brudzą ubrań
g) nie są lepkie ani bardzo oleiste
h) nadają skórze jedwabistą gładkość
i) uspokajają
j) wyrób wegański, polski i oczywiście nietestowany na zwierzętach (ale to się rozumie samo przez się, prawda? ;) )

Każdemu, kto lubi takie gadżety bardzo serdecznie polecam. Idealne też na prezent. 

Zakupy

Brak komentarzy

Eeech, a ja się bałam, że wkrótce zabraknie mi tematów do notek… dog products



Byłam dziś w moim lokalnym eko sklepiku i kupiłam parę rzeczy. Moim głównym celem było wybranie nowego dezodorantu, jako że właśnie kończę opakowanie antyperspirantu Dr Nony. Oczywiście jak już wpadłam do sklepu, to w oko wpadło mi też kilka innych artykułów, które są normalnie bardzo trudno dostępne w sklepach (przynajmniej ich cruelty – free, naturalne zamienniki). 

Ok, ogólnie nie przepadam za filmikami na YT czy notkami na blogach zatytułowanymi haul czy inne takie, ale postanowiłam powklejać zdjęcia tych produktów, które dzisiaj kupiłam, ponieważ myślę, że mogą Was one zainteresować. 

Jakon naturalna odżywka do paznokci

Poza pokazanymi produktami kupiłam także wybielającą pastę Nature’s Gate, ale z jakiegos powodu zdjęcie nie wyszło najlepiej. 
Jeśli chodzi o preparat Jasona to już daweno szukałam jakiejś nietestowanej na zwierzętach odżywki do pazokci. Niekoniecznie drogeryjnej, naturalna odżywka wydawała mi się idealnym rozwiązaniem. W sklepie zauważyłam dwa takie produkty, drugi był do paznokci rozdwajających się i zniszczonych, ja jednak potrzebowałam tylko czegoś na wzmocnienie (są dość delikatne). Jak tylko poużywam jakiś czas to spróbuję zrecenzować, choć mam małe doświadczenie w tego typu produktach. 






Dwa kolejne to dezodoranty. Na Alverę skusiłam się z powodu bardzo ładnego migdałowego zapachu. Muszę powiedzieć, że wybór dezodorantów był imponujący, od dezodorantów firmy Alvera, Nature’s Gate, Kiss My Face, Jason Natural Cosmetics, Aubrey Organics, Burt’s Bees (którego nie kupuję obecnie z przyczyn wiadomych – należą do L’Oreala), poprzez kilka firm, o których w życiu nie słyszałam. Postanowiłam skusić się na te dwa. Oczywiście napiszę o nich coś więcej jak będę już o nich coś więcej wiedzieć ;)

Dezodorant Crystal jest dostępny w Polsce, o ile dobrze pamiętam to w Rossmannie, Jason powinien być dostępny w niektórych sklepach internetowych, nie wiem jak z Alverą, ale stawiałabym na sklepy online. 

dog products

Niby ciągle jestem na tym blogu, a tak jakoś się czuję, jakby mnie już tygodniami nie było. Może więc czas na nową recenzję. 


Dzisiaj będzie o jednej z firm, co do której nie jestem pewna czy można ją dostać w Polsce. Sama przykuła moją uwagę, bo miała nalepkę Premium w Wholefoods, co znaczy, że to jedna z lepszych oferowanych marek (wersja De Luxe ;), a poza tym miała bardzo ciekawy, pozbawiony wielu dziwnych nazw, skład. Nie mówiąc już o tym, że chwilę wcześniej wąchałam ich masło do ciała, w którym to zapachu zakochałam się totalnie. Ponieważ cena zdecydowanie przekraczała moje mozliwości,a moje oczęta szybko przyuważyły stojącą nieopodal odżywkę do kudłów i biorąc pod uwagę, że pilnie potrzebowałam czegoś do włosów – zdecydowalam się, że wezmę odżywkę, licząc na ten sam zapach. (O ja naiwna. teraz mam nauczkę, że 2 RÓŻNE produkty tej samej firmy nawet o takiej samej nazwie i tym samym zapachu wcale nie muszą pachnieć tak samo ;) Mowa o Hugo Naturals .

Hugo Naturals Hugo Naturals 2


Mam pewne trudności z oceną tej odżywki z kilku powodów. Po pierwsze, zapach odżywki drastycznie się różni od zapachu masełka o ciała, przez które to masełko pomyślałam o odżywce (miał być ten sam: vanilla & sweet orange). Zapach masła był bajeczny, delikatny,ale przyjemny, zapach tego czegoś jest doprawdy dziwny. Jakbym wyczuwala nuty naturalnych drożdży w niej? (kto kiedykolwiek używał na włosy własnoręcznie zrobione maseczki z dodatkiem drożdży piwnych ten wie jakie to jest dramatyczne, śmierdzące przeżycie – no ale czego się nie robi dla urody). No dobrze, to jeszcze można przeżyć, zapach nie tragedia, nie po to w sumie kupowałam, odżywka to nie perfumy chociaż nie do końca tego się spodziewałam. Czasami mnie tylko takie wątpliwości nachodzą, że strach pomyśleć co czuje mój mąż jak mnie przytula :> No ale się oficjalnie nie skarżył, więc dla spokoju sumienia przyjmę, że zapach na włosach nie zostaje ;) (Nie jest mocny, ale jakiś taki…dziwny). Po drugie, odżywka się dość ciężko spłukuje. Nawet jeśli mam wrażenie, że tym razem to już nie mam nic na głowie, często budzę się z dziwnymi włosami (widać, że coś wciąż na nich jest). Tu jednak muszę powiedzieć, że po takiej nocy spędzonej z niespłukaną odżywką na głowie odkryłam jej bezapelacyjne zalety jako maski do włosów ;) Po zostawieniu tej nieznacznej ilości na włosach na noc i umyciu głowy ponownie rano byłam naprawdę zaskoczona. Włosy były mięciutkie i bardzo miłe w dotyku, wyglądały zdrowiej, ładnie się układały. 

Jednym słowem nie doszłam z tym produktem do ładu jako odżywką, ale serdecznie polecam używanie go jako maski bądź jak olei do włosów – nałożyć PRZED umyciem głowy ;) W takim przypadku można jej używać rzadko (ja np używam ok. 1 w tygodniu), przezco robi się szalenie wydajna (ja jestem w jej posiadaniu od listopada, a zużyłam może 1/4).

Fajny skład i wcale nie aż tak wygórowana cena (zdaje się w granicach 10$). Brak jakichkolwiek substancji ropopochodnych, parabenów, sztucznych kolorów, zapachów, składników odzwierzęcych. SLSów. Wielbiciele kosmetyki naturalnej byliby z niej pewnie zadowoleni. Zapach jest minusem (jakby ktokolwiek tego nie wyłapał z moich dywagacji wcześniej), ale do przeżycia. 

Żeby nie było nie było, że ja tylko gadam (co zresztą może być i prawdą, stali bywalcy tego bloga bądź mojego wątku na wizażu może nawet zauważyli, ale o tym ciiiiicho sza), to postanowiłam zamieścić po moim wielkim wywodzie recenzję. Recenzja dotyczyć będzie jednego z moich ulubionych kosmetyków i jednej z firm, którą ostatnio się żywo interesuję. Generalnie miałam w życiu do czynienia z 5 żelami aloesowymi, poza żelem Jasona jeszcze żelem Herbalife’u (pojęcia nie mam czy Herbalife testuje, jeśli ktoś ma info, to niech da znać), Aloe Vera of America, Palomy i jakiegoś żelu, którego nazwy nie pamiętam. Mam wrażenie, że Jason jest  jednym z moich ulubionych żeli tego typu.

Jason Natural Cosmetics  Jason
Po pierwsze się nie klei. Niektóre z żeli, których używałam, miały tę smutną przypadłość, że się pieruńsko kleiły. 
Po drugie, nadaje się do twarzy, zwłaszcza takiej problemowej. Choć ja generalnie nie miewam za bardzo problemów z cerą, mam okropny problem z jej błyszczeniem w strefie T, no i od wielkiego dzwonu pojawi mi się jakaś niespodzianka. Moją skórę ten kosmetyk uspokaja i nie powoduje nadprodukcji sebum. Muszę powiedzieć, że bardzo rzadko używam kremów do twarzy ( a przynajmniej używałam, obecnie przetestowałam tyle kosmetyków, że wydaje się, że mniej więcej znalazłam niektóre rzeczy do nawet nadające się do używania), to był pierwszy specyfik, którego nie bałam się kłaść na całą twarz na całą noc.
Po trzecie, nadaje się do nakładania na skórę głowy, zwłaszcza gdy skóra jest przesuszona i swędzi. Mi bardzo pomógł zwalczyć świąd, poza tym jakby lekko unosi włosy. 
Po czwarte, nakładam go na podrażnioną skórę na rzeczy w stylu zadrapania, ukąszenia, miejsca po wyciskaniu drobnych syfków na twarzy i robieniu sobie z gębuli pola bitewnego, ba, nawet na drobne oparzenia słoneczne. Koi, przynosi ulgę, uspokaja skórę. 
Do tego nie zawiera parabenów, żadnych sztucznych barwnik ów, jest biodegradowalny, a opakowanie nadaje się do recyclingu. 

Jedynym powodem dla którego do tej pory nie zamieściłam recenzji żadnego produktu Jasona był prosty fakt, że byłam w 100% pewna, iż jest on w Polsce nieosiągalny. Ponieważ jednak zbłądziłam wczoraj na stronę www.helfy.pl, wiem, że przynajmniej tam można go dostać :)

P.s. Oczywiście nie zapomniałam o serii recenzji dotyczących minerałów, niedługo wrócę do tego tematu 

Dziś coś dla ludzi lubiących kosmetyczne gadżety (czyli m.in. – dla mnie ;) ) Jedno z moich najnowszych odkryć tego roku – firma Pacifica . Na stronie możecie zobaczyć, że produkują wiele pachnideł, pod czym rozumiem mydła, świeczki, masła, mleczka, a także perfumy. Ceny nie są niskie, ale nie są wybitnie wysokie. Pomimo tego radzę kupować w miejscach takich jak TJ Maxx (TK Maxx), o którym to sklepie będę pisać w specjalnej notce, jako że myślę, że warto na niego zwrócić szczególną uwagę lub na promocjach (swoje produkty kupiłam za połowę ceny w Wholefoods). 


Pacifica French Lilac Pacifica Orange Blossom Pacifica Spanish Amber 
Pacifica opakowania Pacifica

To co widzicie na zdjęciach to nic innego jak tzw. stałe perfumy (solid perfume). Są to perfumy w kremie, a w zasadzie maści, biorąc pod uwagę konsystencję. Dostępne na stronie w 24 (!) wersjach zapachowych. Muszę powiedzieć, że z tymi perfumkami lepiej ostrożnie, gdyż niektóre zapachy mogą być nieco dziwne, dlatego gdyby ktoś się zdecydował, osobiście radziłabym albo jak ma się okazję je powąchać w sklepie (TK Maxx?), albo zamawiać zapachy, które brzmią znajomo (np. French Lilac czy Rose, Jasmine, Coco, Sandalwood. Nazwy dziwnie brzmiące mogą też być dziwnymi zapachami). Kupiłam w sumie 4 opakowania, 1 dla siebie i resztę dla przyjaciół w Polsce (odiwedzam Polskę w wakacje!). Są to małe, przyjemne gadżety, w malutkich opakowaniach, w sam raz żeby nosić je w torebce. Użyłabym na randkę np. do kina, kiedy zawsze można odświeżyć się w toalecie ;) Ogólnie nie jest to zapach trwały jak prawdziwe perfumy, trzyma się dość krótko, jest natomiast przyjemny w użyciu i zupełnie naturalny. Skład: organic coconut i soy wax (czyli kokos i wosk sojowy!). Polecam osobom lubiącym takie rzeczy oraz na prezenty. 

Moja wersja zapachowa to Spanish Amber. Nie do końca wiem jak opisać ten zapach, ale jest taki jakby orientalny, drzewny. Trochę przypomina mi mieszankę drzewa sandałowego i kadzideł… ciekawy. Na opakowaniu napisane, że poza tymi 2 składnikami, ta konkretna mieszanka zapachowa zawiera sandalwood, labdanum, geranium i elemi (z tego niestety znam tylko drzewo sandałowe i geranium :D)

A no i jeszcze odnośnie rekomendacji kupić/ nie kupić. Powiem tak. Jeśli ktoś ma trochę pieniążków na zbyciu albo lubi kosmetyczne nowości, to jasne, bardzo fajna rzecz (zwłaszcza przeceniona). Tak samo jesli ktoś szuka niebanalnego prezentu dla rodziny czy przyjaciółki. Natomiast jesli komuś zależy na prawdziwych i trwałych perfumach, to tym produktem się raczej rozczaruje i nie polecałabym.

ShiKai

2 komentarzy

Jako że sporo z was zapewne nie chce używać czegokolwiek z dodatkiem składników odzwierzęcych, postanowiłam dodać kolejny tag „wegetariańskie”. Myślę, że dodam też kolejny znaczek „wegańskie”, ponieważ niektórzy nie chcą w ogóle używać czekolwiek pochodzącego od zwierząt. 

Dziś chciałam krótko i węzłowato na temat mojego ukochanego kremu do rąk, który odkryłam będąc w pewnym eko sklepie i który udało mi się upolować później w Wholefoods*. Chodzi o krem ShiKai , który tak naprawdę nadaje się ponoć i do rąk i do całego ciała, ale jako zagorzały przeciwnik smarowania się balsamami, używam go tylko do rąk, przez co jest szalenie wydajny. 238 ml kosztuje, w zależności od miejsca, 8-10$ (ok 30 zł) i, choć wydaje się to drogo, mi starczy chyba na lata. Ich maleńką próbkę (30 ml za 2$) zużywałam przez miesiąc. ShiKai jest także dostępne w Wielkiej Brytanii, widziałam ich na liście BUAV. Absolutnie kocham, ubóstwiam ten krem do rąk. Po pierwsze, skład. Nic mi się nie rzuciło w oczy takiego, co by mnie przeraziło od pierwszego wejrzenia, m.in. nie widziałam parabenów. No i brak składników odzwierzęcych. Po drugie, są na liście The Leaping Bunny i mają ich króliczka na opakowaniu. Po trzecie, zapach jest po prostu niebiański, uwielbiam ten zapach. (Bardzo podobny do peelingu z Queen Helene, o którym pisałam wcześniej, ale chyba bardziej go lubię). Po trzecie, dodatek masła shea sprawia, że krem bardzo dobrze pielęgnuje moje ręce. Po czwarte, nie klei się i nie zostawia żadnego dziwnego filmu na skórze. Po piąte, mam wrażenie, że różnicę widać nawet po umyciu rąk, a nie tylko do ich umycia. Podsumowując – jak dla mnie jest to krem 10/10. Gdybym musiała wrócić do Polski nie mając możliwości nigdy więcej dostać kosmetyków, których teraz używam, ale mając możliwość zabrania ze sobą dokładnie jednego produktu, porządnie bym się zastanowiła czy to by nie był ShiKai. Gdybym miała możliwośc wzięcia 5, ten krem na pewno znalazł by się wśród nich. No i tradycyjnie – dostępny jest w 8 zapachach, z nich wszystkich tylko, zdaje się, drzewo sandałowe mnie zainteresowało, ale w tym zakochałam się bez pamięci. Jakby ktoś był zainteresowany to proponowałabym zacząć od małych opakowań – żeby się nie rozczarować np. zapachem.
ShiKai Hand&Body LotionShiKai nietestowane
* Wholefoods jest siecią sklepów, w której wszystkie produkty są pochodzenia ekologicznego, jeśli nie wszystkie, to prawie wszystkie kosmetyki są nietestowane na zwierzętach, kawy i herbaty w znacznej większości są fairtrade, można kupić ekologiczne, niestestowane środki czystości, papiery toaletowe, perfumy, jedzenie, a nawet ekologiczne ubrania – jednym słowem wszystko. Minusem sklepu są oczywiście ceny, no ale od czego są promocje ;) Dodatkową, jak dla mnie, atrakcją, jest fakt że mają tam food corner – czyli kącik z jedzeniem, gdzie można zjeśc naprawdę zdrowo, smacznie, ze sporym wyborem dań wegetariańskiech i wegańskich, przedziwnych składników, egzotycznych sałatek itp. 

Queen Helene jest jedną z tych sympatycznych firm, która mimo promowania się jako firma naturalna, nietestująca na zwierzętach i gustująca w dobrych jakościowo składnikach, nie podnosi sztucznie cen, a produkuje kosmetyki dobrej jakości. Można wśród nich znaleźć też sporo prawdziwych perełek. Nie ma jej w regularnej sprzedaży, ale na pewno można dostać, przynajmniej niektóre produkty, na allegro. Peeeling Queen Helene

Za perełkę uznałabym z pewnością ich nowy peeling granat i malina. Po pierwsze, zapach tego peelingu jest obłędny, po prostu obłędny. Kupiłam go w zasadzie ze względu na zapach, cenę i sympatię do firmy, ale po kilku użyciach zakochałam się w nim bez pamięci. Po pierwsze skład. Ten kosmetyk nie zawiera żadnych dodatków odzwierzęcych. Ani parabenów. Po drugie zapach. Po trzecie fantastyczna konsystencja z milionem malusich delikatnych drobinek, które są na tyle małe, że spokojnie nadają się do mycia twarzy, a jednocześnie na tyle ich dużo, że można go także używać na całe ciało. Nie używam go długo, może z jakieś 3 miesiące, ale coś czuję, że na stałe zagości w mojej łazience. 
Dodatkowy plusik za wydajność, mam wrażenie, że przez taką dość treściwą konsystencję zużywa się go mniej niż takich lejących się peelingów. 
Ceną nie będę nikogo stresować, bo zapłaciłam za niego śmieszne pieniądze (nie dość, że sam z siebie był bajecznie tani, to jeszcze promocyjna cena jako że to nowy kosmetyk).
Skoro już o tuszach mowa, to chciałabym pokazać jednego z moich nietestowaych ulubieńców. 
Organic Wear Mascara
 Organic Wear Mascara przykuła moją uwagę w sklepie swoim fikuśnym opakowaniem. Nie żebym opakowanie uważała za wybitnie estetyczne, jest jednak na pewno oryginalne i tudno koło niego przejść obojętnie. Następną rzeczą, która mnie zadziwiła to to, że tusz ten posiada certyfikat Ecocert (?!). Jest to ponoć pierwsza linia kosmetyków z takim właśnie certyfikaten. Na opakowaniu napisane jest, że tusz nie zawiera: silnych chemikaliów, syntetycznych konserwantów, substancji ropopochodnych, parabenów, syntetycznych barwników, GMO’s (ale czemu cokolwiek modyfikowanego genetycznie miałoby wchodzić w jej skład to już nie wiem :D). 100% składników organicznych i ok 50% pochodzących z hodowli organicznej. Zamiast sztucznych włókien zawiera tylko naturalne proteiny ryżowe i skrobię (dobra, przyznaję, że ta część brzmi jak wybitne naciągactwo, bo te sztuczne włókna mnie osobiście nie przerażają, no ale co kto lubi). Szczoteczka nadaje się do recyclingu.
Tak czy siak maskara zapowiadała się naprawdę ciekawie i od dawna chciałam ją wypróbować. Bałam się tylko, że – mówiąc kolokwialnie – będzie to totalne badziewie. Jakże pozytywnie się zaskoczyłam, gdy zaczęłam jej używać! :)
plastikowa szczoteczkaMaskara jest bardzo przyjemna w użyciu. Ma plastikową, nie za dużą i nie za małą szczoteczkę, która nabiera idealną ilość tuszu. Dzięki temu się nie maże i nie odbija na górnej powiece. Nie musi się uleżeć przed użyciem. Przy pierwszej wartswie daje efekt dość naturalne, ale przy drugiej już się rozkręca. Efekt? Ślicznie rozczesane długie rzęski, które zalotnie okalają oko jak prawdziwa firanka. Jedyne do czego mogę się przyczepić to to, że
a) nie pogrubia (ALE: przy moich długich cienkich rzęsach nie skleja ich, tworząc kilka długaśnych rzęs, jak to wiele innych tuszy miało w zwyczaju, tylko ładnie rozdziela i podkreśla, więc ten efekt i tak mi się podoba)
b) nie jest wodoodporna – i kiedy mam na myśli, że nie jest, to naprawdę nie jest. Warte podkreślenia jest jednak to, że kiedyś miałam ją na rzęsach  złapała mnie kompletna ulewa i stresowałam się, że mam pandę dookoła oczu i że wyglądam tragicznie, nic takiego się jednak nie stało. Tusz po prostu zniknął z rzęs. Może się jednak rozmazać
c) maskara może szczypać przy dostaniu się do oka. Zawiera coś takiego, że może powodować uczucie dyskomfortu, zwłaszcza przy kontakcie z wodą lub podczas zmywania makijażu (nie jest to na pewno wina mleczka, czytałam w recenzjach na make-up alley, że inne użytkowniczki miały to samo). MNIE to nie przeszkadza, bo nie mam bardzo wrażliwych oczu, ale warto na to zwrócić uwagę przy decydowaniu się na kupno. Ogólnie jednak – polecam. U mnie oceniam ją 7/10 (jedna z ulubionych, ale jednak przez to szczypanie plus nieteatralny efekt nie zasługujena więcej. Ma za to u mnie duży plus za naturalne składniki, fajną szczoteczkę i rozczesane, mocno podkreślone rzęsy)
A, Physicians Formula nie jest niestety firmą dostępną w Polsce, ale natknęłam się na nią ostatnim razem jak buszowałam na allegro, więc jakby ktoś był zainteresowany, to na pewno można ją tam dostać. Cena tuszu ok 30-40 zł.

  • RSS