Olejek ze słodkich migdałów Olej kokosowy olej kokosowy konsystencja

Chyba jednym z najłatwiejszych produktów do znalezienia wśród produktów cruelty – free, są produkty do codziennej pielęgnacji. Balsamy, masełka, olejki – te wszystkie produkty zrobiły się ostatnio bardzo popularne. Im krótszy skład, tym lepiej, bo i nadmiar chemii nigdy nikomu dobrze nie zrobił. Coraz częściej można też przeczytać artykuły o negatywnym wpływie na zdrowie poszczególnych substancji (wśród tych ostatnich prym wiodą chyba parabeny, talk i SLSy) i choć ile w tym prawdy, a ile siania paniki to nikt nie wie – jednak zrezygnowanie z takich substancji tak na wszelki wypadek raczej nie zaszkodzi. W związku z tym chciałam zwrócić uwagę na popularne ostatnio olejki (olej kokosowy, jojoby, ze słodkich migdałów, tamanu, arganowy, monoi, z pestek malin, z róży rdzawej, z orzechów laskowych, z rokitnika.  Słowem co sobie człowiek tylko zamarzy). Są to bardzo naturalne wielofunkcyjne produkty, dostępne  w wielu sklepach za zazwyczaj całkiem przystępną cenę. Fora i portale rozpisują się często nad zastosowaniem olejków jako masek do włosów, balsamów, smarowideł do rąk. W zasadzie używać można ich do każdego z tych celów, jednak olej ze słodkich migdałów wydaje mi się wprost stworzony do wmasowywania go w ciało. Jest nieco mniej tłusty i oleisty od innych olejów, przez co ładnie się wchłania i nie zostawia na skórze nieprzyjemnego filmu. Doczepić można się jedynie do zapachu, ponieważ niektóre z olei (m.in. właśnie migdałowy) mają taki charakterystyczny, olejowy zapach… przez co po posmarowaniu się nim czuję jakbym cały czas była w kuchni ;) (Dla osób łasych na zapachy proponuję olej kokosowy nierafinowany – pachnie czystym kokosem). Olej kokosowy jest innym typem olejku, który, poza charakterystycznym zapachem, posiada również bardzo charakterystyczną konsystencję. Trzymany w zimnym pomieszczeniu (bądź lodówce) ma konsystencję bardziej stałą (ostatni obrazek) i dopiero w dłoniach rozpuszcza się i zaczyna być prawdziwym olejem. Bardzo ciekawy i przyjemny w użyciu produkt. 
Firma Aura Cacia nie jest chyba dostępna w żadnym polskim sklepie, natomiast olejek migdałowy z całą pewnością można by znaleźć w sklepach zielarskich bądź ze zdrową żywnością. Sporą ofertę przeróżnych olejów mają też wspomniane wyżej Mazidła i Biochemia Urody , a także Naturalis czy Zrób Sobie Krem

Tak pomyślałam, że warto na tym blogu wspomnieć też o pewnej niezbyt chyba jeszcze znanej, choć zupełnie przyzwoitej polskiej firmie APC. Firma ta produkuje cienie, bazy, pudry i inne tego typu kosmetyczne produkty. Przyznam szczerze, że po obejrzeniu strony najbardziej skusiły mnie ich sypkie cienie, dlatego dokonalam u nich zakupu 2 odcieni. 

Pierwszą rzeczą, która się od razu rzuca w oczy, jest opakowanie bez siteczka. Nie jest to niestety najlepszy pomysł, ponieważ mój cień miał po niespełna tygodniu „wypadek przy pracy”, przy którym straciłam 3/4 cienia. Opakowanie nie jest więc zbyt funkcjonalne. Warte zaznaczenia jest jednak to, że wciąż mam tego cienia wystarczająco dużo ;) Jednym słowem, pomimo że pudełeczka wydglądają dość niepozornie, produktu w nich jest naprawdę sporo. Takie pudełeczko kosztuje, w zależności od tego czy wybierzemy opakowanie akrylowe czy plastikowe, 11.50 zł bądź 15.50 zł. Nie jest to więc majątek. Kolor 38 (łososiowozłoty) kupiłam z powodu tego makijażu prezentowanego na stronie. Niestety, u mnie okazał się bardziej różowy niż złotoróżowy i dlatego w efekcie końcowym kolor, którego szukałam odnalazłam w innej firmie, MySecret (ale o tym w innej notce). Natomiast jestem pod dużym wrażeniem drugiego cienia o numerze 01 (satynowe złoto). Jest to piękny, delikatny złoty kolor, dośc trwały na oku. Pomimo, iż jest to pyłek, jest tak drobnozmielony, że nie stanowi dużego problemu przy aplikacji. Wydaje mi się, że będzie pięknie podkreślał każdy kolor oczu ( z różowymi kolorami trzeba uważać, gdyż niektórzy mogą w nich wyglądać jakby byli zmęczeni). Ogólnie – polecam. Nie są to może moje absolutnie najulubieńsze cienie, ale na pewno nie mogę powiedzieć, że żałuję, iż znalazły się w mojej kolekcji. 

Jak już jesteśmy przy skórkach to, w ramach ciekawostki (i trochę pokazania, że wszędzie jest wybór, nawet wśród, wydawało by się, bardzo podobnych preparatów) chciałabym przedstawić bardzo podobny do Cuticle Care z formy W.S. Badger (ale jakże inny!) produkt firmy Dionis

Mimo iż firma ta nie widnieje na żadnej liście firm crulty – free (przydatne linki do tego typu list zamieszczę wkrótce na stronie albo w jednym z postów), znalazłam w paru miejscach informację, że są producentem naturalnych, nietestowanych na zwierzętach kosmetyków i dlatego postanowiłam im dać szansę ;) Głównym argumentem przy wyborze tego a nie innego opakowania był dla mnie w zasadzie zapach Wildflower, który mnie zaintrygował. (Firma ta generalnie produkuje kosmetyki bezzapachowe, choć można trafić na zapachowe). Jest to coś pomiędzy konwalią a bzem. Niestety, z przykrością muszę stwierdzić, że zapach jest taki jakby sztuczny, perfumowany… mimo że ładny, nie jest to do końca to, na co liczyłam. 
Jak nietrudno zauważyć, preparat ma nieco inną od Badgera konsystencję oraz kolor. Jest zdecydowanie twardszy, bardziej zbity. Przypadł mi do gustu mniej niż poprzednio przedstawiony preparat, chociaż używam obu. Ogólnie – fajny gadżet o ciekawym zapachu i ślicznym opakowaniu. Natomiast dzięki niemu zainteresowałam się bardziej firmą Dionis i chyba zaprzyjaźnię się z nią na dłużej ( w ofercie mają zresztą znacznie więcej tego typu preparatów do skórek).
Zaznaczam, że ponieważ od jakiegoś czasu nie mogę znaleźć tego kosmetyku w ofercie na stronie internetowej, zaczęłam podejrzewać, że była to edycja limitowana. 

Skoro miało być bardzo zagranicznie i bardzo egzotycznie z moim blogiem i zdjęciami, postanowiłam dodać wreszcie coś bardziej zagranicznego. Jednym z kosmetyków – odkryć ( i w zasadzadzie w ogóle firm kosmetycznych cruelty – free) 2010 roku był dla mnie preparat do skórek formy W.S. Badger Cuticle Care. 

Badger Cuticle Care 2Cuticle Care 4
W.s. Badger jest firmą stosującą wyłącznie ( albo prawie wyłącznie) naturalne składniki, większość z nich z certyfikatami Organic. Posiadają w swojej ofercie dość sporo dziwnych (bądź, dla niektórych, ciekawych) kosmetyków, w tym właśnie – preparat do skórek. 
Opakowanie jest bardzo przyjemne, małe, poręczne, metalowe, ze ślicznym obrazkiem borsuczka. Muszę powiedzieć, że opakowania i składy to duży plus tej firmy.
Na początku do ich preparatu do skórek nie byłam zbyt przekonana. Dziwna konsystencja (przypomina mi nieco stare preparaty propolisowe, takie trochę toporne, nie bardzo kremowe), dość dziwnych zapach (zasługa trawy cytrynowej w składzie) i działanie, co do którego nie byłam przekonana. Muszę jednak przyznać, że zdanie zmieniłam całkowicie po użyciu tego preparatu w zimie, gdy moja skóra wokół paznokci była popękana, oskubana i wyglądała, delikatnie mówiąc, bardzo średnio. Preparat nałożyłam wieczorem, kompletnie zrezygnowana z powodu tego, że żadne kremy do rąk nie dawały sobie ze stanem moich palców rady. I tu, muszę przyznać, Badger poradził sobie wspaniale i obudziłam się z zagojonymi (choć oczywiście nie wyleczonymi w 100% po jednym użyciu) dłońmi. Ukoił, poprawił stan skóry. Od tej pory polubiłam go bardzo i już zużyłam ponad połowę, a do zapachu tak się przyzwyczaiłam, że zaczęły przeszkadzać mi perfumowane produkty. 
Ogólnie:
+ fajny skład
+ bardzo poręczne opakowanie
+ interesujący, naturalny zapach (ale trzeba do niego przywyknąć)
+ dobre działanie (czy jest moim ulubieńcem to nie wiem, ale lubię go)
+ cena nie jest niska, ale nie tragiczna – ok 5 – 6$ (ok. 15-20 zł)

Skoro już wpadłam w nastrój pisania, postanowiłam podzielić się jeszcze jednym odkryciem z Biochemii Urody, o którym pewnie nigdy bym nie usłyszała, gdybym kiedys nieopatrznie nie wpadła na jeden z polskich portali, dość mocno zachwalający produkty tego sklepu. I tak po raz pierwszy w życiu przeczytałam o hydrolatach. 

Muszę przyznać, że nazwa Hydrolat oczarowy wprowadziła mnie w małe zakłopotanie, a nawet zdumienie, ponieważ skojarzyła mi się z oparami, moczarami i z czymkolwiek, co ani nie pachnie, ani nie działa, za to jest dziwne ;) Jednakże po przeczytaniu nie wiem ilu pozytywnych opinii postanowiłam i ja się skusić na to cudo. 
Hydrolaty to nic innego jak po prostu wody roślinne. Zainteresowanych co to jest zapraszam do przeczytania wytłumaczenia na takich stronach jak BU (Biochemia Urody) czy Mazidła. Są bardzo przyjemnymi w stosowaniu produktami, w 100% naturalnymi, o ładnych zapachach i dość dobrym działaniu (niektórzy by powiedzieli: rewelacyjnym działaniu). Niektóre działają ściągająco, inne kojąco, orzeźwiająco, nawilżająco itd itp. Hydrolatów jest wiele (sama zakupiłam jeden tylko i wyłącznie z uwagi na zapach, przyznaję się bez bicia – chodzi oczywiście o hydrolat różany) i myślę, że każdy może wśród nich znaleźć coś dla siebie.
Jedyne, co mogłabym polecić, to dokupienie sobie buteleczki z atomizerem i spryskiwanie takim hydrolatem twarzy, zamiast używaniem go na wacik i w ten sposób przemywanie twarzy (starcza na baaardzo bardzo długo). Hydrolaty stanowią też dobrą bazę dla osób lubiących domowe specyfiki (np. maseczki własnej roboty), można je mieszać z innymi składnikami i kombinować, kombinować, kombinować. Hydrolaty z BU przychodzą w dość ascetycznych plastikowych opakowaniach – osoby uwielbiające fikuśne opakowania mogą więc być odrobinę rozczarowane, ja jednak lubię taki system, bo dzięki czemu jako klient płacimy głównie za produkt. 
Hydrolat różany Hydrolat cytrynowy Hydrolat oczarowy Atomizer

Środek do demakijażu był jedną z moich pierwszych obaw przy postanowieniu zaprzestania kupowania produktów testowanych na zwierzętach. Wszystko dlatego, że po latach używania takich sobie o mleczek, płynów czy innych specyfików, testowania, narzekania, na dwa tygodnie przed odkryciem polityki firm testujących na zwierzętach – znalazłam wreszcie swój ulubiony kosmetyk do demakijażu, oczywiście jednej z testujących firm. Byłam załamana, że niegdy już nie znajdę nic sensownego, ale jakże się myliłam. Faktem jest, że spędziłam trochę czasu na szukaniu czegoś fajnego i nie koszmarnie drogiego, jednak po wcale nie tak długim czasie odkryłam sklep internetowy Biochemia Urody.

I tak wpadłam na ich stronę i mój wzrok automatycznie padł na olejki myjące (Biochemia Urody). Po przejrzeniu oferty zadecydowałam, że po prostu muszę wypróbować olejki zapachowe (pomarańczowy i drzewko różane), ponieważ uwielbiam naturalne zapachy. Złożyłam na BU większe zamówienie dla siebie i rodziny  i dośc długo czekałam na przesyłkę (mieszkam za granicą i przesyłak musiała przejść bardzo długą drogę, zanim do mnie dotarła ;) )
Olejku pomarańczowego używam już od co najmniej dwóch miesięcy i jestem nim totalnie zachwycona. Nie wkleję tu jednak jego zdjęcia, gdyż buteleczka ma jedną wadę – szybko się brudzi i wygląda bardzo „niewyjściowo” przy końcówce używania. Po pierwsze, olejek ma fantastyczny zapach. Masuję nim skórę i z lubością wdycham zapach pomarańczy. Zapach jest świeży, nie perfumowany, nie jest dodawany do żadnej bazy mleczka (poza emulgatorem, ale to inna bajka), więc jest czysty, chociaż nie przytłaczający. Konsystencja olejku bardzo mi podpasowała, ponieważ od jakiegoś czasu nie cierpię po prostu mleczek do demakijażu, którym muszę po sto razy trzeć moje nieszczęsne oczy, marnując przy tym po 5 płatków bawełnianych. Nie, to po prostu nie dla mnie. Olejek ten oczyszcza całą skórę i świetnie radzi sobie z makijażem – nawet z eyelinerem i tuszem do rzęs. Ponieważ zawiera dodatek emulgatora, pomimo iż ma konsystencję oleistą, łatwo go zmyć i nie zostawia na twarzy żadnej tłustej powłoki. Jak dla mnie kosmetyk idealny – 10/10. Pomimo iż znalazłam kilka innych kosmetyków do demakijażu, które całkiem chętnie używam (choć jeszcze więcej takich, które niezbyt chętnie), do tego będę z pewnością wielokrotnie wracać. Myślę że przy dośc regularnym używaniu (czasami używałam innego środka do demakijażu, ale rzadko) starcza mi na około 2 – 2,5 miesiąca. 
Podsumowując:
+ fajna konsystencja
+ nie trzeba trzeć oczu ani twarzy, żeby pozbyć się zabrudzeń i makijażu
+ radzi sobie nawet z tuszem do rzęs i eyelinerem
+ nie klei się, chociaż nie każdemu podpasuje konsystencja olejku
+ nie zostawia dziwnego filmu na skórze
+ zapach jest na 6+
P.s. Specjalne podziękowania dla mojej koleżanki z pewnego portalu, która również wybrała styl życia cruelty – free za pomoc, słowa zachęty i utwierdzanie mnie w moim pomyśle prowadzenia bloga. Dzięki niej już niedługo pojawią się tu zdjęcia i zdecydowanie więcej notek ( a możliwe, że i więcej gości ;) )

Pomyślałam, że mój pierwszy post- recenzja powinien zajmować się kredkami do powiek, ponieważ osobiście nie wyobrażam sobie zrobienia makijażu bez trzech rzeczy: korektora pod oczy, kredki do powiek (bądź eyelinera) oraz tuszu do rzęs. I te trzy kosmetyki uważam za najważniejsze do zastąpienia. Osobiście z firm nietestujących swoich produktów na zwierzętach przetestowałam kredki Almay (no z Almay to są wciąż wątpliwości czy nie testują, ale raczej nie), Avonu, Essence, Gosh i obecnie jestem w trakcie testowania Urban Decay 24/7 Glide-on pencil. 

Ale do rzeczy. Kiedy pierwszy raz usłyszałam o tej rewelacyjnej kredce Essence w cenie ok 7 zł to myślałam, że to żart. Używałam kredek do oczu długi czas i wiedziałam, że nie są najlepsze, mają ograniczoną trwałość. Nawet porządne, drogie kredki nigdy nie przetrzymały u mnie całonocnej (czy nawet krótszej) imprezy. Dlatego przerzuciłam się na eyelinery. Postanowiłam jednak zaryzykować i wypróbować to cudeńko. 
Pobiegłam do Drogerii Natura i na wszelki wypadek wzięłam kolor czarny i brązowy. 

Long Lansting Eye Pencil

Muszę przyznać, że kredki niesamowicie mnie zaskoczyły, a przecież tyle już o nich czytałam. Początkowo nie byłam pewna co o nich myśleć – no kredki jak kredki, fajne, trwałe, no ale takie.. zwyczajne. Do czasu kiedy postanowiłam naprawdę je sprawdzić w wielu sytuacjach, niektórych dość ekstremalnych (jak na przykład urlop w temperaturach grubo ponad 30 stopni) czy w podróży. Cóż mogę powiedzieć? Po pierwsze, moim zdaniem trzymają się oka nieprzeciętnie, nieprzyzwoicie wręcz długo jak na kredki do powiek. Generalnie u mnie potrafią przetrzymać ponad 12h. Przyznam szczerze, że nie miałam okazji testować ich na tanecznej imprezie do białego rana, sądzę jednak, że i z tym miały by szansę sobie poradzić. 
Po drugie, kredki są miękkie. Nie za bardzo i nie za mało, jednym słowem są w sam raz, żeby się nie rozmazywały, a jednocześnie żeby dało się nimi przyjemnie malować po powiece.
Po trzecie, kredki są wysuwane, czyli nie trzeba ich temperować. I tu się trochę zaczynają schody, ponieważ nie każdy taki typ kredek lubi. Ja na przykład nigdy nie lubiłam. Jednak myślę, że to im można spokojnie wybaczyć.
Tu jednak dochodzimy do wad:
1) konsystencja jest miękka, ale niezbyt kremowa, co powoduje, że trudniej się taką kredką operuje na pomalowanej cieniem powiece (tu jednak nie ma tragedii, zrobić kreskę i tak się da)
2) to, że jest wysuwana może być wadą – nie da się jej naostrzyć i, tym samym, zrobić bardzo cieniutkiej kreseczki przy linii rzęs.
Tak czy siak, kredka jest rewelacyjna – i ta przystępna cena!

No to jedziemy z tym koksem. Na początku chciałabym opisać kilka najbardziej denerwujących mnie i powszechnych mitów dotyczących tego, kontrowersyjnego już, tematu.

1) No przecież na czymś trzeba testować.
Nie w przypadku KOSMETYKÓW. Po pierwsze, istnieje sporo firm kosmetycznych, które nie testują nowych składników w ogóle. Umówmy się, większość ze składników została już dawno przetestowana, w związku z czym nie ma potrzeby testować ich na nowo i na nowo. Można skutecznie produkować dobrej jakości kosmetyki bez prowadzenia ciągłych badań (przykład: Urban Decay, firmy, która produkuje jedne z najlepszych jakościowo kosmetyków na rynku) Po drugie, testy na zwierzętach można skutecznie zastąpić metodami alternatywnymi, co wiele firm z powodzeniem czyni (przykład: firma LUSH cosmetics). Trzeba by tylko na początku trochę w to zainwestować (a żeby firmy zaczęły w metody alternatywne inwestować, muszą czuć presję, że zaczynają tracić klientów wybierających firmy nietestujące).
2) No a jak testować np tusz do rzęs na zwierzętach? Pomalować oko króliczkowi?
Błąd. każdy kosmetyk zawiera składniki, które mogły być testowane na zwierzętach i na takie testy niestety nie są zabawne. Można poczytać o tym w internecie, ja nie chcę się tutaj tym zajmować. Dość o tym, że to zwierzęta naprawdę męczy, a bardzo często zabija.
3) Żeby zacząć kupować kosmetyki nietestowane to trzeba by być konsekwentnym, nie jeść mięsa, nie kupować butów ze skóry i totalnie zmienić tryb życia.
Nieprawda. Testowanie kosmetyków na zwierzętach może oburzać, gdyż jest prowadzone na organizmach żywych, które odczuwają ból (są po prostu zamęczane), natomiast zanim się zwierzę „obedrze ze skóry”, jest ono już martwe (miejmy nadzieję), czyli przynajmniej tego nie odczuwa. (Oczywiście istnieje wiele osób, których obie sytuacje oburzają tak samo i ten punkt widzenia także rozumiem). Teoretycznie takie testy powinny wyglądać humanitarnie, w praktyce na internecie można poczytać wielokrotnie o takich „humanitarnych” labolatoriach. Nie wszyscy, którzy wybierają kosmetyki nietestowane, muszą być też wegetarianami. Oczywiście, wszystko zalezy od tego, co nas popycha do odrzucenia kosmetyków nietestowanych – ja jednak chcę Was przekonać, że niejedzenie mięsa i wybieranie kosmetyków nietestowanych to niekoniecznie jedna i ta sama kwestia. Oczywiście nie chcę przez to powiedzieć, że zmiana trybu życia jest złym pomysłem (zwłaszcza, jesli wiąże się z tym też bardziej ekologiczny i zdrowszy tryb życia), ale że nie ma się co zrażać do samego pomysłu powoli przestawiania się na kosmetyki nietestowane tylko dlatego, że to wydaje się być trudne, kosztowne, zajmujące za dużo czasu i w ogóle zmuszające nas do zmiany od razu wszystkich przyzwyczajeń.
Z kolei osobom posiadającym już swoje ukochane marki kosmetyki pragnę przypomnieć, że nasza skóra przyzwyczaja się często do kosmetyków, które stosujemy zbyt długo i zbyt często i poszukanie kilku nowych rewelacyjnych produktów może okazać się dla niej zbawienne ;)
To samo dotyczy kosmetyków kolorowych – oczywiście większość z nas ma swoje ukochane tusze, błyszczyki czy cienie do oczu, ale czy nie jest też tak, że czasami każda z nas marzy po cichu o zmianie image’u?
4) Przestawienie się na kupowanie kosmetyków cruelty-free jest trudne.
Nic bardziej mylnego! Wystaczy zrobić sobie listę firm ( a najlepiej polecanych kosmetyków od razu) i, zamiast kupować kolejną butelkę szampony Fructis czy Pantene Pro-V, zobaczyć co jeszcze jest dostępne. To samo dotyczy kosmetyków kolorowych do makijażu – istnieje wiele firm na rynku, niektóre w bardzo sensownym przedziale cenowym, niektóre bardzo dobrej jakości i łatwo dostępne, które można wybrać zamiast wszechobecnych marek takich jak L’Oreal, Max Factor, Maybelline czy Rimmel ( a choćby taki Revlon nie testuje). Oczywiście niektóre produkty nie są tak powszechnie dostępne i trzeba by je czasami zamówić w internecie, ale przecież nie każdy musi to robić. Chociaż przyznam, że dla mnie to dopiero była niespodzianka odkrć, o ilu dobrych, tanich firmach nie wiedziałam – o których mało kto wie, bo półki w sklepach zawalone są produktami wielkich koncernów, które bombardują nas codziennie reklamami w mediach. Czasami można się naprawdę zdziwić ile interesujących kosmetyków, poza tymi, na które natykamy się każdego dnia w każdym markecie, jest jeszcze na rynku.
5) To jeśli mam zacząc kupować kosmetyki nietestowane to od razu muszę wszystko zmieniać! Także środki czystości, mydła, środki piorące też! Trudno by mi było znaleźć granicę!
Prawda jest taka, że zrezygnowanie nawet tylko z części kosmetyków, jakie się kupuje, ma swoją wartość (np wymiana kosmetyków do makijażu takich jak tusz do rzęs, cienie do powiek, a do tego szamponu i odżywki do włosów). Ja przestałam kupować także środki czystości, które były testowane na zwierzętach, ale sam fakt, że inni zaczną uważać na to, co kupują i zrezygnują choćby z części bądź z większości produktów – ma znaczenie. Nie każdy jest gotowy calkowicie zmienić swojego trybu życia i to też należy uszanować. Chodzi o to, żeby być świadomym konsumentem i wiedzieć, że codziennymi zakupami dokonujemy pewnych wyborów i popieramy pewne opcje (np opcja „koncernowa” – tańsza i z dużą ilością reklam, pełna chemii i testowana czy opcja mniej reklamowana, ale dbająca o klientów, bo mają ich mniej, a do tego polska czy bardziej naturalna). To się fachowo nazywa głosowanie własnymi pieniędzmi – podobno jedno z najbardziej skutecznych głosowań współczesnej demokracji ;)
6) Po co ta cała akcja? Przecież kilku konsumentów, którzy przestawią się na takie kosmetyki, nic nie zmieni.
Nic bardziej mylnego! Firmy kosmetyczne wydają ogromne sumy pieniędzy, przeznaczając je na badania rynku (np dlaczego im sprzedaż kosmetyków systematycznie spada, nawet jeśli dzieje się to powoli, jakie są nowe trendy, co najbardziej przyciąga nowych klientów). Wiele firm doszło do wniosku, że sensowniej będzie od razu przejść na metody alternatywne, bo ilość konsumentów bojkotujących produkty testowane na zwierzętach co roku się powiększa (przykład: Revlon już w czerwcu 1989r, L’Oreal zaczyna prowadzić badania nad metodami alternatywnymi i „zamierzają” w 2013 roku przejśc na takie metody). To wszystko z powodu rosnącego zainteresowania tymi produktami (zwłaszcza za oceanem).
7) W Unii Europejskiej zakazane są już przecież testy kosmetyków na zwierzętach!
Błąd. Zakazane jest testowanie GOTOWYCH, FINALNYCH produktów na zwierzętach (czyli już nie można np wlewać królikom perfum czy gotowego szamponu do oczu), natomiast wciąż można (i trzeba) testować nowe, niesprawdzone składniki. A po co to wszystko? Żeby firmy mogły sobie napisać na opakowaniu:nowa, innowacyjna formuła tuszu do rzęs. Więcej objętości rzęs! Czy to naprawdę jest tego warte?
Tyle mi na razie przychodzi do głowy. Jeśli jeszcze sobie o czymś prszypomnę, to na pewno dopiszę.

Tytułem wstępu

Brak komentarzy

Długo się zastanawiałam czy zacząć pisać tego bloga. Długo się wahałam i nie mogłam zdecydować. Bo to ma być blog dotyczący kosmetyków, a ja właściwie o kosmetykach wiem tyle, co inni – nie jestem żadną kosmetyczką, wizażystką ani kosmetykową maniaczką. Nie kupuję 30 tuszy do rzęs i 25 cieni do powiek co tydzień. Już prędzej powinnam pisać bloga o książkach. 

Natomiast od pewnego czasu jestem zagorzałą zwolenniczką używania głównie (jeśli już nie wyłącznie) kosmetyków nietestowanych na zwierzętach. Uważam, że w Polsce mało się o tym wie i zdecydowanie za mało rozmawia. Ja sama zauważyłam problem dopiero od kiedy zaczęłam mieszkać za granicą. Osoby, które już się zainteresowały tym tematem, nie wiedzą ani gdzie zacząć szukać informacji ani co kupować, ani czego unikać. Często powtarzane wiadomości na polskich forach są plotką bądź powtarzaną informacją typu ” a ja słyszałam, że moja koleżanka słyszała”. Niestety, większość rzetelnych wiadomości trzeba by poszukać na amerykańskich bądź brytyjskich stronach praw ochrony zwierząt i nie każdy tak naprawdę zna języki obce w stopniu wystarczającym, żeby dokładnie zrozumieć o co chodzi. Czasami trzeba wysłać maila bezpośrednio do firmy, żeby uzyskać odpowiedzi na nurtujące pytania.  Poza tym denerwują mnie panujące w społeczeństwie polskim mity co do stosowania kosmetyków nietestowanych na zwierzętach (postaram się z niektórymi z nich tutaj rozprawić). Dodatkowo chciałabym aby byłby to blog o kosmetykach naturalnych – nie to, żebym wierzyła tak bezgranicznie, że jakikolwiek kosmetyk może być w 100% naturalny, ale zgadzam się z tym, że nie do każdego trzeba dokładać dziesiątki rodzai talku, wypełniaczy czy innych konserwantów o kwestionowanym wpływie na zdrowie (np. osławione już parabeny). Idealnie by było, gdyby udało mi się coś wtrącić o świetnych kosmetykach polskich (tyle mamy przecież porządnych kosmetyków pielęgnacyjnych na polskim rynku, które jednak nie reklamują się tak otwarcie jak zagraniczne koncerny, więc boimy się zaryzykować i kupić). Ponieważ jednak, jak już wspomniałam wyżej, w Polsce nie mieszkam, niekiedy będę tu zamieszczać informację o kosmetykach amerykańskich, najlepiej z info o cenie, gdzie i jak można je zamówić i czy są warte zamówienia (niektórych może to też zainteresować).
Jeszcze jedno. Jeśli z jakiś powodów zabłądziłaś /eś tu przez przypadek i chcesz wziąć udział w dyskusji – to zapraszam. Chętnie poznam Twoje zdanie nawet jeśli jest ono odmienne od mojego. Pod warunkiem, że będzie ono kulturalnie wyrażone. Jeśli nie interesuje Cię temat w ogóle, po prostu opuść tę stronę, bez obrażania i wyładowywania swoich stresów w internecie. 

  • RSS