Jak wiecie, miałam ostatnio kupę stresu. Na szczęście wszystko dla nas skończyło się dobrze, teraz nawet układa nam się wyśmienicie, urlop, nowe mieszkanko, które jest nieporównywalnie lepsze od poprzedniego, wyprowadzka, wspaniałe plany na lato – jednym słowem kupę szczęścia w kupie nieszczęścia. Jednak stres był i pozostał. Do dziś jak ktoś wspomina słowem tornado to dostaję ataku nerwowego (jakoś tak siła wyższa, przeżyłam prawdziwe chwile grozy). Jednym słowem STRES. A żeby pozbyć się stresu, jak dla mnie, prawie wszystkie chwyty dozwolone ;) 


A tak serio to aromaterapia ma ogromny wpływ na moje samopoczucie i ostatnio w ruch poszły moje najulubieńsze gadżety pomagające technikom relaksacyjnym – olejki do masażu Kanu


Kanu czekolada pomarańcza Kanu zielona herbata

Na olejki Kanu trafiłam kiedyś przez zupełny przypadek (chyba w jednej z mydlarni) i zakochałam się w nich bez pamięci. Pierwszym z ich olejków, który padł moją ofiarą był olejek o zapachu czekolady i pomarańczy. Kocham, po prostu kocham ten zapach. Oczywiście trzeba uważać, gdyż zapach jest bardzo słodki i dla niektórych może być wręcz mdły i nieprzyjemny, dlatego też polecam jego powąchanie przed zakupem ;) 
Kolejnym z tej serii była zielona herbata. Świeży, ale delikatny, bardzo bardzo przyjemny. Te olejki to moje Kosmetyki Wszech Czasów w tej kategorii. Używam ich od prawie 3 lat. 

a) szalenie wydajne
b) wspaniały wybór zapachów
c) lekka konsystencja
d) nie brudzą ubrań
e) nie stają się lepkie podczas masażu, jak wiele innych środków do masażu ma w zwyczaju – a czego nie cierpię, nie znoszę
f) nie brudzą ubrań
g) nie są lepkie ani bardzo oleiste
h) nadają skórze jedwabistą gładkość
i) uspokajają
j) wyrób wegański, polski i oczywiście nietestowany na zwierzętach (ale to się rozumie samo przez się, prawda? ;) )

Każdemu, kto lubi takie gadżety bardzo serdecznie polecam. Idealne też na prezent. 

Jestem. Staram się jak mogę nie myśleć o tym, co było (choć dziś lub jutro idę do domu koleżanki, a w zasadzie do tego, co z tego domu zostało, żeby jej pomóc się pozbierać po tornadzie. Jej dom był bezpośrednio uderzony przez tornado i chyba jedyny, który ostał się na jej ulicy) i w miarę wrócić do normalnego życia. Przez ostatni tydzień nie używałam kosmetyków, nie chodziłam na zakupy i nawet nie byłam na necie (zerwało w większości miasta linie energetyczne i inne). Ostatnio jednak musiałam sobie przypomnieć, że po pierwsze, musimy się przeprowadzić (długa historia), a po drugie, że za 2 tygodnie lecimy do Polski. Dlatego dzisiejsza notka będzie trochę z tym wyjazdem związana. Zdałam sobie dziś sprawę, że to już za 2 tygodnie. 


Przez ostatni tydzień nie malowałam się prawie wcale, ponieważ czułabym się nie na miejscu i głupio pośród ludzi, którzy nierzadko stracili wszystko, a po ulicy spacerują w koszulce z donacji. Jakoś tak czułabym się brudna, nietaktowna taka odstawiona, jakby moim jedynym celem życiowym były kosmetyki i ubrania. No ale za 2 tygodnie jadę do Polski, a Polska to jest inna sprawa. W Polsce jeśli spotkam sąsiadów bez makijażu i nie odstawiona, to pierwsze co usłyszę to albo złośliwe docinki albo szczerą troskę, że poupadam w tych Stanach. 

W związku z tym najpierw przejrzałam mój kuferek z kosmetykami, w później zaczęłam myśleć o tym wszystkim, co przez te ostatnie miesiące tu chciałam sobie kupić w Polsce, a o co trudno w Stanach (albo cena poraża tu, a nie poraża w Polsce). No i padłam. Na liście kosmetykowej mam tyle pozycji, że można zemdleć. W związku z czym postanowiłam wybrać 10 najbardziej ciekawych produktów i może potem z nich 5, które na pewno kupię (w nawiasach podałam linki do recenzji na KWC, mam nadzieję, że to nie jest niezgodne z jakimś regulaminem):

1. Oriflame, Happy Relaxing, Orange Scented Hand Creme (Relaksujący krem do rąk)
2. Inglot, Zmywacz do paznokci bez acetonu
3. Bell, Multi Mineral, Anti – Age Concealer (Korektor w płynie z minerałami)

4. Argiletz, Maseczka z glinki (miałka i w tubce)
5. Organique, Puder do kąpieli na wagę (różne rodzaje)
6. Vipera, Color of Rouge, Róż Collage

7. Hean, Maxxi Lash Flexi Mascara 
8. Wibo, Extreme Lashes Volume Mascara
9. Pixie Cosmetics, Korektor kamuflażowy
10. Pollena-Ewa, Eva Natura, Maseczka oczyszczająco – wygładzająca peel off

Ok, jest to lista kosmetyków albo występujących tylko w Polsce albo takich których, z jakichkolwiek powodów, nie mogę dostać tutaj. Jedynym powodem, dla którego nie ma na niej kosmetyków Biochemii Urody, Zrób Sobie Krem, Kanu bądź MySecret (StarDust!)  jest to, że chwilowo mam masę kosmetyków z tych firm ponieważ moja rodzina zrobiła mi niespodziankę i wysłała mi kolejna paczkę z Polski.  Poza wyżej wymienionymi poważnie się będę zastanawiała nad kosmetykami Balm Balm, niedostępnymi w USA, kosmetykami LilyLolo, które musiałabym zamawiać z UK oraz pyłkami do oczu Barry M. Także zrobię na pewno nalot na mydlarnię na Ruskiej we Wrocławiu, ponieważ mają na stronie wyraźne oświadczenie, że żadne ze sprzedawanych przez nich kosmetyków nie jest testowane na zwierzętach (
http://www.mydlarnia.wroc.pl/kontakt.html
).  

Gdybym z tych 10 miała fundusze na wybranie 5 (co jest calkiem możliwe, to wybrałabym); tusz Hean, róż Vipery, puder do kąpieli Organique, korektor Bell (nie mogę nigdzie znaleźć mojego KWC nad KWC Almay Line Smoothing Concealer) i korektor Pixie. Dajcie znać jeśli macie jakieś typy, o których koniecznie powinnam wiedzieć ;)

Aha, na koniec chciałabym dodać, że wiem, że ostatnio w modzie są wszystkie makijaże typu smoky eye, ale często trudno jest znaleźć odpowiednie kosmetyki wśród tych cruelty – free, dlatego też podaję linka do makijażu zaproponowanego przez Pseudoerbse. Zazwyczaj używa ona kosmetyków nietestowanych, chociaż przyznała się ostatnio, że niekiedy do listy kosmetyków wkradnie się jakiś kosmetyk, który był bądź prezentem bądź o którym nie wiedziała, że testowany (ale i tak rzadko, ten makijaż ma chyba tylko kosmetyki nietestowane na liście). P2 jest drogeryjną marką niemiecką typu Essence, ale nie sądzę, żeby dało się ją dostać w Polsce, z resztą kosmetyków nie powinno być problemów. 

Dziękuję wszystkim za wiadomości, komentarze i inne sposoby komunikacji ze mną. Muszę powiedzieć, że w ciągu ostatnich dni dostałam tak wiele wiadomości, ciepłych słów i ofert pomocy, że na pewien czas moja wiara w ludzi została całkowicie przywrócona. Także społeczność, w której mieszkam prędko się zorganizowała sama i zaczęła pomagać komu mogła. Sami oddaliśmy wszystko, co mogliśmy, żeby pomóc: niepsującą się żywność, ubrania, koce, środki czystości, ale jak przyjechaliśmy do tymczasowych ośrodków pomocy to opadła nam szczęka. Ludzie pracowali sami, przywozili co mogli, składali się lokalnie na ciężarówki pełne jedzenia i wody, sami kierowali ruchem bądź starali się brać udział w akcji ratowniczej. Prawie każdy, kogo znam, w czymś pomógł. Tak więc głowa do góry, z ludzkością naprawdę nie jest tak źle!
Życie tutaj na pewno jeszcze długo będzie nie takie jak z przed tragedii, ale powoli powoli wraca do normy. Oczywiście, życia zmarłym to nie przywróci, ale zniszczone domy i budynki da się odbudować. No i z dobrych wiadomości, wczoraj jeszcze udalo się wydobyć spod gruzów trójkę wciąż żywych ludzi. 
Czuję się nieco głupio w obliczu całej tej tragedii pisać o kosmetykach, ale myślę, że może tak będzie najlepiej. 
W każdym razie pozbierałam kilka moich starych zdjęć i postanowiłam chociaż wrzucić parę swatchy. Zdjęcia robione były pod różnymi kątami, żeby było widać kolory w różnym świetle. Kolory są dośc dobrze zachowane. Są to swatche 6 próbek cieni firmy LA Minerals: Moonlight, Crush, 1st Boyfriend, Satin Sheets, Hip-Notic, Eggplant. Ogólnie jestem z tych cieni zadowolona, mają ładne kolory i na bazie trzymają się bez zarzutu. Ba, nawet używałam ich bez bazy i całkiem dobrze się miały. Niestety nie umiem za bardzo ocenić jak trzymają się bez bazy, ponieważ już od dawna nie uzywam niczego bez bazy. Mają bardzo przyjemną do nakładania konsystencję, ale skład jest mniej przyjazny, ponieważ zawiera silikony. 
Swatche LA Minerals
LA Minerals Swatches

Przepraszam wszystkich podczytujacych mojego bloga, przez jakis czas nie bede tu obecna (to samo dotyczy wizaz.pl). Pewnie nie wszyscy slyszeli, ale przez kilka stanow (m.in przez moj) przeszlo wczoraj kilka smiertelnych tornad o srednicy prawie 2 km. Sama prawie stracilam meza, moje miasto jest w polowie zdewastowane. Mnostwo osob nie zyje badz jest w stanie krytycznym. Wybaczcie, ale sa takie dni kiedy slow po prostu brakuje. Kosmetyki nie sa teraz tym, o czym stale mysle. W domu stracilam tez internet. Wroce kiedy bedzie to mozliwe. 


P.s. Usciskajcie swoich najblizszych, nie kloccie sie z nimi o pierdoly i poswieccie sobie troche czasu. Kiedy smierc zaglada nam w oczy wszystko, poza rodzina, staje sie malo wazne. 

Wpadłam dziś na jedną ze stron i znalazłam notkę o tym jak trudno jest zostać wpisanym na listę The Leaping Bunny. Na pytanie odpowiedziała właścicielka jednej z certyfikowanych firm (Cactus&Ivy, z tego co wiem niedostępna w Polsce). Z maila wygląda na to, że bycie na liście wcale nie jest trudne. Mówiąc dosadnie – jest nawet bajecznie proste. Pytanie tylko dlaczego, jeśli faktycznie jest to bardzo nieskomplikowany proces, tak niewiele firm się o takie certyfikaty stara? 


Dobre pytanie, prawda? Coś tu, że tak powiem, śmierdzi.

No nic, podaję linka do notki z fragementem maila: 
http://www.livingcrueltyfree.com/2011/04/10/leaping-bunny-questions/
Wynika z tego, że żeby się dostać na taką listę, to trzeba mieć tylko oświadczenie, że samemu się nie testuje oraz pisemne oświadczenia od dostawców, że oni także niczego takiego nie przeprowadzają. Skomplikowane, że każdy licealista byłby w stanie sam to zrobić. 

Dzisiaj kolejna notka o różach mineralnych. Chodzi o róże firmy Signature Minerals. Najpierw trochę o samej firmie. Zainteresowałam się nią, ponieważ sprzedają próbki, na dodatek darmowe próbki. Jedyne co to trzeba zapłacić za przesyłkę (ale w przypadku gdy i tak chcemy od nich coś kupić, próbki są zupełnie darmowe). Kosmetyki oczywiście nietestowane na zwierzętach. Jednorazowo można zamówić komplet 6 darmowych próbek, ale przy każdym nowym zamówieniu można zamówić kolejny komplet.  Darmową próbkę konkretnego koloru można zamówić tylko raz, ale istnieje szansa zamówienia płatnej próbki tego samego koloru/odcienia (2.5 $, które przy różach i cieniach starcza na naprawdę długo) ile razy nam się żywnie podoba. Poza tym można wybrać 6 próbek spośród wszystkich oferowanych produktów – cieni, róży, pudrów, korektorów, podkładów. Dodatkowo, jeśli mamy ochotę złożyć większe zamówienie, a nie tylko na 6 kolorków, zawsze można dokupić kolejne kolory za 2,5$ w tym samym zamówieniu. (Ja na przykład zamówiłam 8 próbek, 6 było darmowych, za 2 zapłaciłam).

Co do przesyłki – była po prostu błyskawiczna. Mieszkam dość blisko siedziby firmy i przesyłka doszła do mnie następnego dnia po zamówieniu! Musiała być wysłana dosłownie godzinę po złożeniu zamówienia. Smiley
Co do samych kosmetyków nie mam zastrzeżeń, ale za to mam przestrogę dla zainteresowanych – uważajcie z wyborem kolorów, odcienie sa naprawdę dla bladziochów. Bronzer, który kupiłam, z powodzeniem może mi służyć w lecie jako podkład, a ja jestem naprawdę bladolicą blondynką ;)

A teraz swatche róży:

Signature Minerals BlushesSignature Minerals blushes
Swatches SM seashell, rose, adobe sun Signature Minerals swatches
Róże są bardzo bardzo delikatne na policzkach. Nie da się prakycznie nimi zrobić sobie krzywdy, nie są zbyt widoczne. Idealne dla osób, które dopiero próbują swoich sił z różami, natomiast nie polecam osobom lubiącym mocny rumieniec. Szczególnie Seashell jest bardzo transparentny i w zasadzie niewidoczny. Moim zdecydowanym ulubieńcem jest Adobe Sun – piękny delikatny, jakby wpadający w łososiowy odcień. 

Starałam się pobawić światłem i ustawieniami, żeby pokazać kolory w różnym świetle. Myślę, że najbardziej zbliżone do rzeczywistego koloru jaki róże dają na policzkach jest zdjęcie trzecie. 

P.s. Dopiero zdałam sobie sprawę, że nie wszyscy o tym wiedzą, ale na wizaż.pl (nie, to nie jest kryptoreklama, ja po prostu stale tam przebywam :D) co jakiś czas organizowane są wspólne zamówienia do przeróżnych firm typu firmy mineralne, Elf, NYX – również do Signature Minerals. 

Dziś swatche lakieru China Glaze, o którym niedawno pisałam . 


China Glaze sex on the beach China glaze lakier
Jeśli chodzi o markę China Glaze to niestety jej nietestowania nie mogę potwierdzić dowodem z żadnej listy. Informacja o tym, że nietestują pochodzi z forum wizaż.pl, dlatego osobom, które chcą być w 100% pewne, że kosmetyki, które kupują są nietestowane na zwierzętach polecam jako zamiennik inne marki (np. wegańską Zoyę). 

Starałam się zrobić dobre zdjęcia, ale wciąż nie jestem zadowolona. Z około 12 wybrałam te 2, chociaż kolor różni się w zależności od oświetlenia. Podoba mi się ten odcień lakieru nie tylko dlatego, że mi się podoba ;), ale też dlatego że jest troszkę zmienny. Generalnie jest różowy, ale przy niektórych odcieniach fioletu (bardziej śliwkowego odcienia), wychodzą z niego fioletowawe tony, tak więc pasuje do obu kolorów ubrań. Starałam się to uwiecznić na zdjęciach, ale chyba wyszło średnio. Lakier w pełnym słońcu ma interesujące złote refleksy. 

Jeśli chodzi o trwałość, to trzyma się jak OPI (przypominam maniaczkom nietestowanych kosmetyków, że OPI wylądowało na czerwonej liście, obecnie należy do Coty). Z bazą pod lakier i na lakier Revlona (którą też niedługo będę recenzować) trzyma się u mnie w stanie praktycznie niezmienionym już ponad tydzień. Lakier położony bezpośrednio na płytkę wyglądał tak sobie po około 3 dniach, widać było powoli krawędzie. Ogólnie jednak jestem bardzo z niego zadowolona i polecam. 


***

Na koniec chciałam jeszcze dodać, że jakiś czas temu wpadłam na kilka wegańskich kanałów na YT (niestety po niemiecku) i, pomimo, że sama nie jestem weganką, bardzo wciągnęłam się w ich oglądanie. Muszę przyznać, że trochę z powodu inteligencji i dojrzałości, z jaką wypowiadają się dziewczyny opowiadające o weganiźmie, opowiadając co skłoniło je do przejścia na taką dietę, jak sobie z tym radzą. Uważam, że w fantastyczny i przystępny sposów rozwiewają wątpliwości i starają się podejść do popularnych w społeczeństwie stereotypów dotyczących wegan. Pseudoerbse wypowiada się także w innym filmiku m.in. o odpowiedzialności, która w pewien sposób spada na osoby robiące filmiki na YT, które mają ogromny wpływ na młode dziewczęta takie filmiki oglądające. Ma ona swoją stronę cruelty – free, na której dużo pisze o polityce firm dotyczącej testowania. Dziewczyny podają także wiele interesujących przepisów kulinarnych oraz recenzują kosmetyki. Bardzo mi się podoba dojrzałość, z jaką się wypowiadają. Dlatego postanowiłam wkleić dziś na moim blogu kilka linków. Nie dlatego, żeby kogokolwiek przekonywać do przejścia na dietę wegetariańską czy wegańską (zresztą sama nagrywająca filmik mówi, że jakiekolwiek przekonywanie osób, które same nie czują takiej wewnętrznej potrzeby nie ma sensu, gdyż tacy wegetarianie/weganie zazwyczaj po jakimś czasie rezygnują tak czy siak i na dłuższą metę to niczego nie zmienia), ale dlatego, że muszę przyznać, że choć sama uważam się za osobę otwartą i niemającą uprzedzeń – po obejrzeniu filmiku zdałam sobie sprawę jak niewiele tak naprawdę o tym stylu życia wiem. Pierwszy filmik, który wkleję jest przepisem na wegański odpowiednik chilli con carne (tofu con carne), drugi przepisem na wegańskie ciasto. Oba filmiki są w języku niemieckim, ale z angielskimi napisami, poza tym opierają się w znacznej mierze na obrazie. 


Ostatni filmik niestety jest w języku niemieckim, ale a nuż ktoś zna ten język wystarczająco (albo chce się douczyć?) i byłby zainteresowany. Odpowiedzi na dziesiątki pytań zadane w mailach i innych wiadomościach, dotyczące tego stylu życia. Uważam, że Pseudoerbse jest ponadto żywą reklamą stosowania kosmetyków cruelty – free – wygląda świeżo, kwitnąco, z ładnym makijażem i ciekawym stylem. Tak, ruch cruelty – free zdecydowanie potrzebuje więcej takich osób w swoich szeregach. 

Jak pewnie wszyscy zauważyli (ukryć się nie da), mój blog zmienił trochę wygląd. Postanowiłam podzielić się ze światem swoją wiedzą dotyczącą przydatnych list, linków oraz, obecnie tworzę nową kategorię – filmików cruelty – free na YT. 


Chciałam powiedzieć wszystkim uczącym się języków obcych – oglądanie filmików na YT nie po polsku, jakkolwiek głupio by nie brzmiało, jest świetną metodą nauki języka. Mój niemiecki poprawił się niesamowicie w ciągu ostatniego roku (do tego stopnia, że spokojnie rozmawiam ze znajomymi z Niemiec), głównie z powodu oglądania niemieckich filmików na YT (do czego się jednak nigdy za bardzo nie przyznaję, bo ludzie uważają to za lekko spaczone). ALE: dla osób ceniących swój czas, pragnących połączyć przyjemne z pożytecznym, postanowiłam dodać kategorię kanały na YT, które chętnie oglądam. Zachęcam Was do zerknięcia nawet jeśli dziewczyny często opowiadają o kosmetykach, które nie są dostępne w Polsce lub sklepach, których nie znacie (Target na przykład jest siecią typowo amrykańską), ponieważ takie osłuchanie z językiem i nazwami niesamowicie pomaga w nauce. 

Niedługo zajmę się też szukaniem kanałów niemieckich osób wybierających naturalne bądź niestestowane produkty, ale na razie nic mi nie wpadło w oko. 

W nastepnej kolejności pójdą filmiki po hiszpańsku. Też chcę się douczyć, a co! ;)

Odezwa

2 komentarzy

Wybaczcie kolejną notkę, ale nie mogłam wytrzymać. Po wizycie na paru zagranicznych forach i dyskusjach tam związanych szczęka mi obwisła od opadania od czytania ‚argumentów’ na nich przytaczanych. 


Kochani, szanujcie własną inteligencję!!!

Argumenty przytaczane przez ludzi: 

a) Ee tam, mam wybierać nietestowane? Musiałabym przestać kupować cokolwiek.

Naprawdę? To jest NAPRAWDĘ Twój argument? Przecież żeby argumentować, trzeba te argumenty na czymś oprzeć… Nie wiem, na wiedzy może? Na sprawdzonych informacjach?
Ja rozumiem, są ludzie, którzy odpowiadają: przykro mi, chyba nie mam takich samych priorytetów jak Ty. Ok, nie zgadzam się z tym, ale rozumiem. Są tacy, którzy mówią, że zwierzęta nie są dla nich wystarczająco ważne. Osobiście uważam, że jest to odrobinę przerażające, ale przynajmniej rozumowanie ma w sobie jakąś logikę. To przynajmniej jest jakieś przemyślane wyrażenie zdania. W gruncie rzeczy myślę, że taka osoba się myli, ale nic nie poradzisz, takim ludziom tez trzeba pozwolić żyć. O ile zwierząt nie krzywdzą bezpośrednio (pośrednio i tak to robią wspierając koncerny), to trzeba im pozwolić na posiadanie właśnego zdania. Ale jak słyszę odpowiedź: bez przesady, wszystko testuje, to mnie zalewa, bo to jest wyraz najwyższej formy ignorancji. 

b) Nie rozumiem o co w ogóle ten szum! Przecież to by miało sens tylko gdyby wszyscy przestali jeść mięso i kupować testowane produkty. 

smiley
Tu to naprawdę nie jestem pewna czy żyjemy na tej samej planecie. Czy ktoś kiedykolwiek widział jakiekiekolwiek społeczeństwo, w którym KAŻDY byłby taki sam albo robił to samo? Nie rozumiem, jakiej natury jest takie argumentowanie, serio ktoś tak myśli? To w takim razie nie ma co protestować przeciwko maltretowaniu więźniów bądź kamienowaniu kobiet w Somalii, bo to by miało sens tylko jakby się cała ludzkośc zmieniła? 
A prawa rynku? Co się nie opłaca, przestaje być praktykowane? Maleje popyt, maleje podaż…? Co się dzieje jeśli choćby znaczna część rynku zrezygnuje z produktów testowanych na zwierzętach? Panika na szczycie, opracowywanie nowych strategii marketingowych, zwolnienia, bo sprzedaż spada na przykład…?

c) No tak, znowu szum wokół testowania na zwierzętach, a aktywiści pewnie siedzą wieczorem i wcinają kotleta.

Jeden z moich ulubionych argumentów. Nie mogę zrezygnować z mięsa ze względów zdrowotnych, czy to znaczy że w ogóle powinnam zacząć z powrotem kupować wszystkie produkty koncernowe i mówić innym, że powinni robić to samo? 
Nie mam prawa do własnego zdania tam, gdzie mogę coś zmienić? Gdzieś coś w zasadzie zależy ode mnie? Nie powinnam wspominać, że lubię zwierzęta, bo przecież nie mam do tego w takiej sytuacji prawa?

d) O ja tak kocham zwierzęta, ale co mają do tego kosmetyki i testowanie.

Hmmm? Naprawdę? Naprawdę ta miłość do zwierząt do ‚tego testowania’ na nich nic nie ma? 

e) Oj tam, przecież Ty zielonego pojęcia nie masz, nie wolno już testować na zwierzętachw UE/ wszystko testuje.

Nie do końca rozumiem jak w dobie internetu, dostępu do książek, debat, wątków we wszystkich językach świata takie trudne może być wpisanie w wyszukiwarkę hasła: testowanie na zwierzętach…? Zwłaszcza, jeśli ktoś w tym necie i tak siedzi całe dnie i szuka recenzji albo swatchy…? 

Ja proszę Ludziaki. Szanujcie własną inteligencję, nie wystawiajcie jej na takie próby ;)

Zakupy

Brak komentarzy

Eeech, a ja się bałam, że wkrótce zabraknie mi tematów do notek… dog products



Byłam dziś w moim lokalnym eko sklepiku i kupiłam parę rzeczy. Moim głównym celem było wybranie nowego dezodorantu, jako że właśnie kończę opakowanie antyperspirantu Dr Nony. Oczywiście jak już wpadłam do sklepu, to w oko wpadło mi też kilka innych artykułów, które są normalnie bardzo trudno dostępne w sklepach (przynajmniej ich cruelty – free, naturalne zamienniki). 

Ok, ogólnie nie przepadam za filmikami na YT czy notkami na blogach zatytułowanymi haul czy inne takie, ale postanowiłam powklejać zdjęcia tych produktów, które dzisiaj kupiłam, ponieważ myślę, że mogą Was one zainteresować. 

Jakon naturalna odżywka do paznokci

Poza pokazanymi produktami kupiłam także wybielającą pastę Nature’s Gate, ale z jakiegos powodu zdjęcie nie wyszło najlepiej. 
Jeśli chodzi o preparat Jasona to już daweno szukałam jakiejś nietestowanej na zwierzętach odżywki do pazokci. Niekoniecznie drogeryjnej, naturalna odżywka wydawała mi się idealnym rozwiązaniem. W sklepie zauważyłam dwa takie produkty, drugi był do paznokci rozdwajających się i zniszczonych, ja jednak potrzebowałam tylko czegoś na wzmocnienie (są dość delikatne). Jak tylko poużywam jakiś czas to spróbuję zrecenzować, choć mam małe doświadczenie w tego typu produktach. 






Dwa kolejne to dezodoranty. Na Alverę skusiłam się z powodu bardzo ładnego migdałowego zapachu. Muszę powiedzieć, że wybór dezodorantów był imponujący, od dezodorantów firmy Alvera, Nature’s Gate, Kiss My Face, Jason Natural Cosmetics, Aubrey Organics, Burt’s Bees (którego nie kupuję obecnie z przyczyn wiadomych – należą do L’Oreala), poprzez kilka firm, o których w życiu nie słyszałam. Postanowiłam skusić się na te dwa. Oczywiście napiszę o nich coś więcej jak będę już o nich coś więcej wiedzieć ;)

Dezodorant Crystal jest dostępny w Polsce, o ile dobrze pamiętam to w Rossmannie, Jason powinien być dostępny w niektórych sklepach internetowych, nie wiem jak z Alverą, ale stawiałabym na sklepy online. 

dog products

  • RSS