Ja znów zniknęłam na chwilę. Tym razem spowodowało to zamieszanie, ciągłe życie na walizkach a nawet kemping. Ogólnie rzecz biorąc w ciągu ostatniego miesiąca ciągle coś się działo, ponadto cierpię na chroniczny brak dostępu do internetu. Jeśli chodzi o kosmetyki to nie używałam ich za często (wyjątkowo, ogólnie to jednak kosmetyki są dość często obecne w moim życiu). Jedyną obserwacją, jaką poczyniłam jest to, że uwielbiam pomadki Catrice, nie są one jednak zbyt praktyczne zwłaszcza jeśli chodzi nam o trwałość i wygodę. Kolejną rzeczą, którą dla siebie odkryłam, są maseczki Bielendy. Normalnie cudeńko! No i poczyniłam też odkrycie roku w kategorii praktyczne – peelingujące chusteczki Cleanic. O tym wszystkim będę pisać szerzej w kolejnych notkach. Na razie pozdrawiam Was serdecznie i zapewniam, że o Was nie zapomniałam, tylko mam bardzo gorączkowy okres w życiu. 

EOS

Brak komentarzy

Uuuffff, co za gorączkowy czas. Ostatnio bywam na necie tylko w tzw. międzyczasie. Natomiast przez kilka ostatnich tygodni miałam trochę czasu, żeby poużywać i wyrobić sobie mniej więcej zdanie o niektórych moich nowych kosmetykach i jak tylko odzyskam w miarę czas na zajmowanie się blogiem, to na pewno popłynie na nim fala nowych recenzji. 


Na początek kilka słów o wspomnianym przeze mnie, ale niezrecenzowanym balsamie EOS w kształcie oczobitnie różowego jajka- niespodzianki. Przez parę tygodni używałam tego balsamu i niestety muszę przyznać, że nie pokochaliśmy się zbytnio. Poowiem wręcz, że temperatura uczuć w naszym związku była ujemna i wiało chłodem. Co mi w nim podpasowało najmniej to smak. Balsam zostawiał na ustach słodki, owocowawy smak, który, jak się domyślam, miał być wabikiem i nowinką, mnie jednak niepomiernie denerwował. Drugą sprawą, która przesądziła o jego upadku w moich oczach były kiepskie właściwości pielęgnacyjne. Po kilku próbach powrotu rozstaliśmy się ostatecznie bez żalu, a ja wróciłam pokornie do mojego balsamu Badgera. EOS podarowałam kuzynce, która z kolei zadowolona była bardzo z takiego gadżetu i smak nie tylko nie przeszkadzał jej ani trochę, ale wręcz używa go przez to jeszcze chętniej. 
Jednym słowem zakończyłam chyba moją osobistą przygodę z balsamami tej firmz, ale rozważę ponowny zakup na prezent dla dziewcząt, które lubią takie rzeczy. Opakowanie jest super i być może formuła balsamu podpasuje innym (swoją drogą, używało się go bardzo przyjemnie, konsystencja bardzo miła dla ust, wygodna forma aplikacji), dlatego jako prezent dałabym mu jeszcze szansę. 

Witam wszystkich po dość długiej przerwie. Dzisiejsza notka, przynajmniej w części, będzie odpowiedzią na pytanie zadane przez użytkownika braworka w moich komentarzach. Podaje ona (braworka) linka do artykułu artykułu, z którego jednoznacznie wynika, że testy w UE są zakazane i pyta co ja o tym sądzę. Poświęcam temu zagadnieniu całą notkę, ponieważ temat ten regularnie powraca, niekiedy w formie ataku ze strony innych ludzi (absolutnie nie mam tu na myśli komentarza braworki). 


Odpowiadam od razu: nie wiem, co mam o tym sądzić. A nie wiem, co mam sądzić, ponieważ w necie krąży tyle sprzecznych informacji, że ręce opadają, zwłaszcza w przypadku informacji niepochodzących z wiarygodnych źródeł ( w skrócie: ok. 90% źródeł). Bo serio, w necie każdy może sobie pisać co i gdzie mu się żywnie podoba. A na podanej przez braworkę stronie nie ma nawet forum, gdzie można by rozpocząć jakąś sensowną dyskusję i zadać kilka nurtujących pytań. Na przykład: skoro testy są zakazane całkowicie i bezapelacyjnie, czemu niektóre firmy w UE otwarcie się przyznają do * testowania składników na zwierzętach, ba, nawet twierdzą, że prawo EU takich testów wymaga? Dla zaciekawionych na tej stronie - 
http://www.facebook.com/rossmann.gmbh/posts/490027963434
 poczytać można sobie wymianę zdań pomiędzy Autorką polecanego przeze mnie jako lekturę obowiązkową bloga Pseudoerbse a przedstawicielem Rossmanna, który twierdzi, że nowe, niezbadane substancje muszą być w UE przebadane na zwierzętach (nie ograniczając tego do wymienionych na stronie
kosmopedii toksykokinetyki, toksycznyści dawki powtarzalnej i toksyczności reprodukcyjnej), tym samym przyznając się, że Rossmann zakupuje składniki, które takim testom wciąż są poddawane (ostateczny wynik rozmowy, przeciąganej przez Rossmanna, miał miejsce w styczniu). Tak na marginesie, to kto tę stronę w ogóle redaguje? (Kosmopedii?) Bo mam wrażenie, że prawnicy ani osoby z tym zagadnieniem na co dzień pracujące to chyba jednak nie, więc na jakiej do końca podstawie wysnuwają wnioski ze stuprocentowym przekonaniem, bez wzięcia pod uwagę uregulowań prawnych, które moigą wynikająć z innych aktów prawnych, bądź nawet z innego miejsca w tym samym akcie prawnym, już pomijając fakt, że dyrektywy nie obowiązują we Wspólnotach Europejskich bezpośrednio zainteresowanych podmiotów, tylko obowiązują państwa co do efektu, ale ten temat litościwie pominę (zainteresowanych odsyłam do mojego posta na wizażu, w którym absolutnie nie twierdzę, że WIEM jak to jest, ale staram się odpowiedzi możliwe odpowiedzi na nurtujące nas wszystkich pytaniaw jak najprzystępniejszy sposób, czyli robię tam wielki skrót myślowy).

Wiele bardziej oficjalnych źródeł nazywa dyrektywę unijną wewnętrznie sprzeczną. Z takim stwierdzeniem spotkałam się na przykład na jednej ze stron ue (która przynajmniej powinna mieć jakąś merytoryczną wartość), z której wynika, że w dyrektywie zawarte są 2 nakazy: całkowitej eliminacji testów i jednocześnie możliwości ich przeprowadzania na zwierzętach. O tym można  z kolei przeczytać : tutaj, podaję cytat:

„Concerning suppliers of raw materials, there’s a twofold language: on the one hand there is the 
obligation to comply with REACH with the possibility to do animal testing, on the other hand the 
European Directive asks for the ban of animal testing. It will be difficult to comply with these 
contradictory requirements.”


Z paranoją dezinformacji i informacji sprzecznych, bądź oczywiście wprowadzających w błąd konsumentów próbowałam także sama rozprawić się w tym poście: 
http://wizaz.pl/forum/showpost.php?p=26891858&postcount=1236
, patrząc na problem z punktu widzenia funkcjonowania prawa wspólnotowego. 

Co myślę? Nie wiem. Byłoby pięknie, gdyby informacje z tej strony były prawdziwe. Jednakże już zdanie: „W internecie wciąż można znaleźć listy producentów, którzy testują lub którzy nie testują swoich produktów na zwierzętach. Listy te nie są wiarygodnym źródłem informacji, są bowiem nieaktualne: obecnie żadna firma nie testuje kosmetyków na zwierzętach, bo jest to niedozwolone.” jest zdaniem nieprawdziwym i wprowadzającym czytelników w błąd. Pomijam fakt, że ogólnie na świecie nie ma zakazu testów na zwierzętach i że na rynkach azjatyckich jest wręcz taki wymóg, więc już samo sformułowanie jest totalnie nieprecyzyjne, to takiego ewidentnego zakazu nie ma prawdopodobnie nawet w samej UE (jest w jenym miejscu, a w innym prawo mówi zupełnie co innego i tworzy się swoista kolizja). Prawdą jest też, że nie wierzę, że organizacje ochrony praw zwierząt zbiorowo dostały zaćmienia umysłu i wszystkie się mylą albo starają się oczernić wspaniałe firmy. Faktem jest też, że wiele firm, które są firmami zagranicznymi wciąż sprzedaje swoje produkty w UE, pomimo tego że testują swoje składniki na zwierzętach (bądź kupują je od dostawców), a jedynym koncernem, o ktorym słyszałam, że wpada w głeboką panikę i zamierza do 2013 roku całkowicie wyeliminować testy na zwierzętach, żeby móc sprzedawać swoje produkty na rynku europejskim po 2013 roku jest koncern L’Oreal. 

Jak to się dokładnie dzieje – nie jestem w stanie Wam wytłumaczyć. Na pewno istnieje luka w prawie i jakaś w nim sprzeczność. Na pewno UE podjęła kroki w celu wyeliminowania całkowicie testów na zwierzętach, ale system jest dziurawy i kompletnie pogmatwany. 

Zapraszam Was do dyskusji, może Wy macie jakieś pomysły?

*  skrót myślowy: do kupowania testowanych na zwierzętach (po 2009 roku) składników

Czyli jak czerpać z nieużywania kosmetyków testowanych na zwierzętach prawdziwą przyjemność? 


1. przejrzeć kosmetyki, jakie mamy w domu i zobaczyć, które z rzeczy, które naprawdę lubimy, są cruelty – free, 

2. wybrać kosmetyki testowane, których by nam nie było szkoda nigdy więcej w domu nie zobaczyć albo wręcz, które były niewypałem i z chęcią wywalilibyśmy je rzutem skośnym przez okno albo podarowali naprawdę znielubionej koleżance ;) i z lubością zadecydować, żeby więcej nie marnować na nie pieniędzy, 

3. zerknąć na listę firm nietestujących na zwierzętach, najlepiej ją wydrukować, ucieszyć się, że jest taka długa i podkreślić wesołymi kolorami, które firmy są firmami, które lubimy (na przykład: aaaa, Bielenda nie testuje, to super! Bielendę machniemy na fioletowo. O, moje ukochane zmywacze Sensique też są cruelty – free! Sensique może być zieloniutki. Essence też jest na liście! – Essence bym może zrobiła też na fioletowo) itp., 

4. wejść na jakieś przydatne forum, gdzie ludzie wymieniają się pozytywnymi doświadczeniami związanymi z produktami nietestowanymi na zwierzętach – w tym celu radzę zajrzeć na przykład na fora wegetarian, właścicieli futrzastych zwierzątek, wątek o kosmetycznych perełkach cruelty – free na wizaż.pl (mam nadzieję, że nie zostanie to uznane za kryptoreklamę – ale myślę, że takie wątki naprawdę pomagają)

5. dać się zaskoczyć nieznanym firmom, o których wcześniej nigdy żeśmy nie słyszeli. Poszukać, popytać, wpisać w google ‚kosmetyki naturalne’ albo ‚mydlarnia’ albo ‚nietestowane na zwierzętach’. Wąchać, oglądać, delektować się jakością. Poeksperymentować z nowymi pomysłami i firmami, z nowymi zapachami,

nietestowane na zwierzętach SPA

6. Pooglądać strony internetowe, sklepy wysyłkowe. Może poczytać recenzje, może opisy. Przede wszystkim zdziwić się jak wiele firm nie testuje na zwierzakach, tylko że z powodu braku bombardowania nas reklamami w kolorowych magazynach i na billboardach nic o nich nie słyszeliśmy. Jak wiele takich firm ma całkiem konkurencyjne ceny, ponieważ nie wyrzucają milionów dolarów na ekskluzywne reklamy kobiet, którymi przecież koniecznie ‚musimy być’. Bo jak nie kupimy firmy a czy b, to już nie możemy być kobietą z klasą/tajemniczą/uwodzicielską,

7. nie stresować się pomysłem przejścia na kosmetyki nietestowane na zwierzętach! Nie spieszyć się, robić to w swoim własnym tempie, nie dać się prowokować hasłom o byciu konsekwentnym czy myśli, że jak się człowiek na coś decyduje, to automatycznie musi wszystko wywracać do góry nogami, wywalać do śmieci, nigdy już nie użyć niczego co się lubi,

8. powoli znajdować swoje zamienniki, nierzadko lepsze od testowanych koncernowych bubelków, ale z entuzjazmem! to nie ma być katorga i dług wobec zwierząt/społeczeństwa, do tego można podchodzić jako robienie sobie samemu prezentu, lepszą dbałość o siebie, bardziej wyważone wydawanie pieniędzy, rozpieszczanie własnego ciała,

9. jeśli coś jest waszym numerem jeden i absolutnie nie chcecie z tego rezygnować – nie rezygnujcie. Serio, ma to więcej sensu niż z góry zakładanie, że z powodu że lubicie akurat ten tusz albo ten puder – nie ma się co interesować produktami nietestowanymi. Po prostu dla 1 czy 2 produktów trzeba będzie zrobić wyjątek, a za to może poszukać nietestowanej chemii dla domu? Na przykład zamiast testowanych Ajaxów czy Palmolive, warto kupować polski nietestowany Gold Drop? A może zamiast Visirów czy Arielów – nasz polski Biały Jeleń jako proszek/płyn do prania? (Tak już zupełnie na marginesie, Gold Drop jest świetny, świetny, świetny! I zapach ich Eco płynu do mycia naczyć jest po prostu obłędny jak dla mnie),

10. i najważniejsze – miejcie poczucie, że codziennie robicie coś dobrego, że być może jednak liczy się to, co myślicie i macie szansę to zakomunikować, że nie wydając pieniędzy też można w jakiś sposób robić coś przydatnego. Taka świadomośc pozwoliła mi na nowo znaleźć sens w drobnych czynnościach życia codziennego :)


Moje przejście na kosmetyki nietestowane wyglądało właśnie tak. Obróciłam to w przygodę, interesującą drogę, poszukiwanie ciekawych zapachów, produktów, nowych sposobów dbania o siebie. Efekt? Bardziej cenię kosmetyki, bo znam je znacznie lepiej. Wiem, czego unikać. Nie dam sobie wcisnąć papki reklamowej, nie nabieram się na głupie sztuczki. Rzadko kupuję coś niedobranego do mnie/bubla, bo przed zakupami sprawdzam, czytam, interesuję się. Przy tym -czasami idę na żywioł, bo jestem bardziej czuła na pewne nuty zapachowe (aromaterapia). Tym sposobem czuje jakbym bardziej łapała chwilę. No i niektóre zapachy kojarzą mi się z ludźmi bądź miejscami – np. sole do kapieli firmy Estetica albo mydełko bzowe z Mydlarni ;) Do tego poszerzyły mi się horyzonty (wcześniej w życiu o czymś takim jak sprawiedliwy handel nie słyszałam, teraz kupuję chętniej produkty biodegradowalne, popieram pewne hasła reklamowe, a inne nie, w czym pomogła mi teoria o głosowaniu pieniędzmi itp.). No i – najważniejsze – poznałam przy tym kupę fajnych ludzi! 

A Wy co o tym myślicie? Trudno było/będzie? Jesteście gotowi porzucić wszystkie testowane kosmetyki od zaraz? Ile czasu Wam to zajęło? Zapraszam do dyskusji (także kompletnych nowicjuszy, którzy zaglądają, ale jeszcze nie są całkowicie cruelty – free!) 

Dzisiaj szybka notka o Mydlarniach. Mydlarnie to takie sklepy ‚dla kobiet’, jak to wyraziła moja koleżanka z forum. Pełne zapachów, soli i bomb do kąpieli, mydełek, glinek, świeczek, olejków do masażu i kosmetyków. 


Ot, takie sklepy gdzie można kupić prezent sobie samemu tudzież przyjaciółce/dziewczynie/koleżance/mamie na Dzień Matki. Taki sklep z mnóstwem cudeniek. Mydlarnie są zazwyczaj w większych miastach, ponieważ nie są to tanie sklepy i na pewno nie wszędzie się przyjmą. 

Dziś chciałam trochę napisać o mydlarniach wrocławskich, bo tylko o tych mydlarniach coś wiem. Dwie główne mydlarnie, jak się okazuje, są ze sobą połączone i należą albo do tej samej osoby albo do grupy przyjaciół (tak dokładnie nie zrozumiałam). Ponoć obie Mydlarnie sprzedają kosmetyki wyłącznie nietestowane na zwierzętach, chociaż ja znalazłam takie zapewnienie tylko na stronie mydlarni na Ruskiej. Jednak zapytałam Panią sprzedającą w Mydlarni przy ul. Ruskiej i od niej się dowiedziałam, że strona internetowa niestety jest odrobinę nieaktualna i m.in. dlatego nie ma wzmianki o Mydlarni na Wita Stwosza, też sprzedającej kosmetyki nietestowane na zwierzętach. Pani z Mydlarni na Ruskiej jest przemiła, chętna do pomocy i wie, co ma w sklepie. Wypytałam ją o wszystko, poprosiłam o radę, wypróbowałam krem, dowiedziałam się co jest zrobione wyłącznie z dodatków roślinnych – jednym słowem o wszystko Panią wypytałam, na co dostałam odpowiedzi bez cienia zniecierpliwienia. Można tam kupić kosmetyki m.in. takich znanych firm jak Organix, Dabur, Biały Jeleń (np. proszek do prania), Kanu, Organique i wiele firm zagranicznych, które pierwszy raz na oczy widziałam. Ogólnie rzecz biorąc, każdemu, kto kocha kosmetyki pachnące, naturalne, ekskluzywne itd itp polecałabym wizytę w jakiejś Mydlarni. Swoją drogą, tutaj mały apel do Dziewcząt z innych miast – jeśli odkryjecie jakieś Mydlarnie w Waszych miastach i będą to Mydlarnie mające w ofercie kosmetyki nietestowane na zwierzętach – dajcie proszę znać! :)

Linus wreszcie zapuścił paznokcie. Po latach obgryzania zapuścił, no i siłą rzeczy się zaczął rozglądać po półkach z lakierami. Do tych zapuszczonych paznokci właśnie. Bo paznokietki to może i nie szpony, nawet nie pazury, ale Linus jest z siebie i tak bardzo dumny. I tak się rozglądając po miejscu grzeszków kosmetycznych, co to się drogerią zwie, oczy przetarł ze zdziwienia, bo te półeczki pełne urokliwych kolorów zamkniętych w eleganckich buleteczkach o różnych regularnych kształtach bardzo się okazały pociagające. Miały one urok nieprzenikniony, wręcz taki skropiony tajemnicą, nasączony odcieniem pasującym do aktualnego ubioru. I nawet do humoru pasujący. I do pory roku. I do sezonu. I okazji. Niektóre matowe, kolorowe, wesołe. Cytrynkowe, limonkowe, krzykliwe. Inne lekko speszone, przygaszone w swojej myszkowatości, niepewne. I te połyskujące jak gwiazdka i te zupełnie bez blasku. Lekko fluorescencyjne. Z lekkimi drobinkami. Wybór taki niemały, aż trudno się było zdecydować. I wtedy pojawił się ON. Delikatny, z tych bardziej nienachalnych. Uśmiechający się zachęcająco. No i ten napis – pachnę podczas wysychania. Nie no, tego Linus już sobie nie mógł odpuścić.


Niniejszym dzisiaj przedstawiam moje najnowsze odkrycie – lakier My Secret 140 Lilac. Tak szczerze szczerze to nie dawałam mu zbyt wiele szans, gdyż po lakierze za raptem 5 zł nie spodziewałam się wiele (zwłaszcza, że lakier Revlona, 6 razy droższy, był dla mnie totalną porażką). Pomimo tego, urzekającego dla mnie, koloru i pomimo tego pozornie zwodniczego napisu, że pachnie. 

My Secret Lilac

I co? I powiem szczerze, że lakier mnie zaskoczył. Pozytywnie! 
Dość fajnie się nakłada. Trochę gorzej kryje, ale z dwiema warstwami można już wyjść do ludzi. Co do trwałości się nie wypowiadam, bo wyjątkowo położyłam bezpośrednio na płytkę, a nie na bazę (bo Linus niecierpliwy się ostatnio zrobił i tak bardzo ten kolor prosił o wypróbowanie….). Polubiłam od pierwszego użycia. A no i ten zapach – naprawdę całkiem przyjemny! Ogólnie jestem na wielkie tak. Czy KWC to nie wiem, ale na pewno do ponownego kupienia. 

P.s. Wybaczcie stan moich paznokci, nie wyglądają obecnie najlepiej pod słońcem, ale nie chciałam przez to zalegać z notką.

Czas przyszedł dziś na pierwsze zdjątka. Wcześnie trochę na jakieś sensowne recenzje dotyczące kupionych przeze mnie kosmetyków, ale lakier można spokojnie wrzucić na bloga. Po moich ostatnich ekscesach z jasnofioletowym lakierem Revlona, rzuciłam się w drogerii na lakiery Catrice. 


Lakier Catrice
 
Lakier kosztował 2, 50 euro i ogólnie to go polubiłam. Ma kremową, dość łatwą do rozprowadzenia konsystencję i całkiem nieźle kryje. Po 2 warstwach kryje nieźle, acz nieidealnie. Natomiast wystarczająco, żeby go tak naniesiony nosić. Cena dość korzystna w stosunku do jakości. Nakłada się ładnie, ale robi prześwity. Konsystencja kremowa. W porównaniu do lakierów Revlona (przynajmniej tego fioletowego odcienia), to konsystencja – bajka, natomiast przy lakierze Zoyi i China Glaze wypada dość blado. Niewiele jeszcze mogę powiedzieć o trwałości, ale mam nadzieję, że będzie znośna. Ogólnie: polecam, ale swoim lakierem wszech czasów to chyba bym go nie nazwała (Zoya i China Glaze wydają się być lepsze). 

Pozdrawiam Was serdecznie ze słonecznej Polski. Wreszcie udało mi się tu, całej i zdrowej, dotrzeć. Dziś już nie będzie żadnej nowej notki – recenzji, ponieważ za późno wstałam (jet lag, osobom które nigdy nie podróżowały przez ocean pragnę donieść, że mi się dzień z nocą przestawił, w związku z tym w ciągu dnia chce mi się spać, a w nocy już niekoniecznie), ale może coś na dniach uda mi się wstawić. Bo co wstawiać jest, oj jest! Po pierwsze, mój lot był tak śmiesznie ustawiony, że miałam prawie 8h do spędzenia w Niemczech. Tam oczywiście zagoniło mnie do lokalnej drogerii i tu się zaczęło buszowanie po półkach cruelty – free. Cóż za wybór! I całkiem znośne ceny! Przede wszystkim wybór produktów Essence był jakoś z trzykrotnie większy niż wybór w mojej Drogerii Natura. Pomijając fakt, że wreszcie dorwałam, tak zachwalane, produkty Catrice. Szukałam też namiętnie P2 (znana niemiecka marka drogeryjna), tego się niestety już nie doszukałam. Po rocznym oglądaniu filmików na YT, wreszcie udało mi się dorwać kilka produktów w moje łapki. Po pierwsze, rzuciłam sie na osławioną już maskarę Multi Action z Essence. Tyle o niej słyszałam, ale po prostu musiałam ją mieć. Po drugie, po moich nieudanych przygodach z lakierem Revlona, postanowiłam wypróbować miętowy lakier Catrice. Po trzecie, pomadki wyglądały bardziej niż smakowicie, a po czwarte nie powstrzymałam się też od kupienia cieni do powiek, szczególnie cienia Welcome to Miami Peach, który to cień recenzowała już chyba każda Niemka, której kanał subskrybuję na YT. Na razie użyłam tylko szminek i Multi Action (pierwsze wrażenia bardziej niż pozytywne). Miałam parę zgryzów przy kupnie, np. bardzo zachęcająco patrzyły na mnie produkty do pielęgnacji firmy Logona, w Stanach w takich cenach, że uszy opadają ;), a tu w cenach w miarę jeszcze uchodzących, inne lakiery Catrice (fiolet!), błyszczyki Essence itd., ale byłam dzielna.


W końcu, po 22h podróży (przez tę przerwę w Niemczech….), dotarłam do Polski. Zmechacona do granic możliwości przeżyłam wszystkie powitania, całusy i tarmoszenia od rodziny i już miałam kłaść się szybciutko spać, kirdy przez myśl przeszło mi, że my przecież potrzebujemy szczoteczki i kilku drobiazgów kosmetycznych ze sklepu…
Wyjście do sklepu zaoowocowało spędzeniem tam prawie 2h, gdzie, doprawdy niestrudzona, obmacałam i obwąchałam połowę kosmetyków. Niewiele mniej zresztą kupiłam. Wniosek, jaki mi się nasuwa: nigdy nie idźcie do sklepu z siostrą cioteczną, która móże wam ewentualnie za kilka rzeczy zapłacić. Wniosek drugi, już po użyciu kosmetyków: Dziewczyny! Wy tu macie kopalnię, wylęgarnię i zbiór kosmetycznych klejnotów! Peeling Perfecty sto razy lepszy niż jakikolwiek inny „ekskluzywny” peeling cukrowy, jaki używałam do tej pory, szczoteczki do zębów Jordana super (jedyna rzecz, jakiej do tej pory nie znalazłam nietestowanej w USA :( ), wybór maseczek Bielendy mnie powalił, seria Powitanie z Afryką mnie bardzo pozytywnie zaskoczyła, żele pod prysznic Ziaji już dawno są moim numerem jeden (nawet mój małż zwrócił uwagę, że to coś bardzo fajnego kupiłam) a szampon Joanny, jak na razie, bardzo przemówił efektem na włosach. Oczywiście za wcześnie na prawdziwe recenzje i moje typy bądź antytypy, ale ale – to już nei te czasy kiedy od polskich kosmetyków z tanich składników dostawało się pryszczy, mydeł nie można było zmyć, a szampony powodowały wypadanie włosów ;) Viva Polonia!

A na dniach obfocę wszystko nowe, co mi ostatnio potajemnie i oczywiście zupełnie bez mojego udziału :P wpełzło do kosmetyczki tudzież łazienki i postaram się opisać, napisać i recenzować co się da (nie wszystko się da, bo sporo jest zupełnie nowych rzeczy, których nie używałam wystarczająco długo). 

Eos

Brak komentarzy

Planowałam dziś porobić fotki moich nowych zdobyczy urlopowych ( a także nowego aparatu,. mój się wytarzał niestety we Florydowym piasku :>), ale niebo zachmurzone jak licho, więc tylko, w ramach testów aparatu, machnęłam fotkę mojemu być może najciekawszemu produktowi. 


Balsam do ust EOS wygląda jak małe gumowe jajko – niespodzianka. Pamiętam że widziałam te produkty na niemieckich kanałach YT i bardzo mnie zaciekawiło, cóż to za nowy wymysł w dziedzinie pielęgnacji ust. Szczerze mówiąc to jeszcze go nie używałam, więc i niewiele mogę powiedzieć, ale opakowanie jest na tyle przykuwające uwagę, że postanowiłam wkleić chociaż zdjęcie opakowania. 

Aha, EOS ma na opakowaniu napis not tested on animals, a do tego 
w jednym z ich maili – odpowiedzi napisali, że są cruelty – free w 100% (
http://veggiebeauty.com/cruelty-free-statement-eos/
)
. Natomiast przyznam się bez bicia, że nie widziałam ich nażadnej liście więc osobom chcącym mieć 200% ;) pewność nie polecałabym. Mnie się wydawalo, że widziałam ich na liście, ale musiałam ich pomyrdać z inną firmą.

Cena ok 3$ z podatkiem, czyli ok 9 zł – da się przeżyć. O działaniu na razie nie mogę niczego powiedzieć, ale napisane jest, że produkt w 95% ekologiczny. Ciekawe czy do dostania w Polsce?
EOS lip balm

:)

5 komentarzy

Wybaczcie krótką przerwę w blogowaniu, ale od kilku dni przebywałam, że tak powiem, na urlopie. Teściowie byli akurat na wakacjach na Florydzie i po ostatnich wydarzeniach (oni chyba do końca nie uwierzyli, że obydwoje z mężem żyjemy i dobrze się mamy), zażyczyli sobie, żebyśmy ich odwiedzili chociaż na 3 dni. Teściów mam przefantastycznych, Floryda brzmiała bardziej niż ok, decyzja została podjęta z dnia na dzień. Co uważniejsi na pewno zwrócili uwagę, że siła nałogu jest jednak przeważająca i że okresowo pojawiałam się na wizażu. 


No początek parę ogłoszeń. Po pierwsze, bardzo serdecznie i z całego serca dziękuję Bloggerce Czarny Elf za nominację do sunshine award. Bardzo mnie to ucieszyło, ale i odrobinę zasmuciło, bo – jak osoba wciąż początkująca nie posiadam nawet 10 blogów, które mogłabym nominować! Postaram się jednak nominować te parę, które mam na liście (bądź na oku ;)

Link do bloga Czarnego Elfa 
http://czarnyelf.blogspot.com/

Zasady:

1. Podziękować za wyróżnienie.
2. Zamieścić link do bloga osoby, która Cię wyróżniła.
3. Wkleić logo wyróżnień.
4. Przekazać nagrodę do 10 blogów.
5. Zamieścić linki do tych blogów.
6. Powiadomić nominowane osoby(postaram sie Was powiadomic w ciagu kilku nastepnych dni)
7. Stworzyć listę rzeczy, które czynią Cię szczęśliwą.



Tym samym blogi, które chciałabym wyróżnić znajdują się głównie na mojej stronie w linkach, ale chciałam dodać coś jeszcze.

Więc blogi, które chciałabym wyróżnić to:


Za tematykę bardzo bliską mojemu sercu oraz bardzo jasny, prosty i konsekwentny przekaz. Sorbet pisze co jej na duszy leży nie owijając w bawełnę, ale i nikogo nie krytykując i nie próbując zrazić. Dla osób zainteresowanych tematem bardzo przyjazny blog.


Za poruszanie trudnych, często niewygodnych tematów i konsekwentną obronę wartości. Za to, że Bellablumchen nie boi się być sobą i konsekwetnie o prawo do bycia sobą walczyć. Za bardzo ciekawą tematykę i odwagę w pokazywaniu innym tego, na co inni mogliby się nie zdecydować. Szanuję bardzo ludzi, którzy chcą innym coś przekazać i nie boją się tego przekazywać. Za zaproszenie do dialogu, który nie jest płytki i z którego coś może wynikać.


Kolejny blog bliski mojemu sercu z uwagi na tematykę. Pomijam fakt, że osobiście bardzo lubię Panią Filifionkę i kojarzę ją z wyważonych wypowiedzi i inteligentnych pytań/podsumowań, blog zapowiada się bardzo ciekawie.


Bardzo dobrze zapowiadający się blog, znów o bliskiej mi tematyce. Ładna szata graficzna, ciekawa prezentacja produktów. 


Kolejna nominacja może odrobinę zaskoczyc, gdyż nie jest do końca związana z nietestowaniem kosmetyków na zwierzętach, ale uważam, że i tak nominacja zasłużona. Siulka jest mistrzem dokładnych wyczerpujących opisów i odpowiedzi na wszelkie pytania (polecam bardzo serdecznie jej wątek na wizaż.pl piechotą do lata z Siulką, KOPALNIA wiedzy). Do Siulki zaglądam podpatrzeć jej recenzje Lusha, Elfa, Barry M, Art Deco, IsaDory i Essence. Nie umieściłam w linkach, bo czułabym się z tym źle, jako że sporo z jej kosmetyków jest jednak testowanych, a ja nie bardzo chcę wprowadzać Was w błąd. Natomiast zaglądam i lubię, tylko wybieram treści dla mnie przeznaczone ;) Pozdrowienia Siulku :*


Jeden z moich ulubionych blogów wszechczasów. Gdybym zobaczyła Pseudoerbse na ulicy, to pewnie stanowiłybysmy piękny kontrast ;), ale jak bardzo inna ode mnie by nie była, nie da się nie patrzeć na nią z podziwem. Blog – bajka. Bardzo piękny sposób wypowiedzi, gruntowny reaserch wszystkich tematów, wielokrotne sprawdzanie i podanie źródła informacji, które ogłasza, tolerancyjne, otwarte na dialog podejście, dojrzałość i inteligencja. Kompletnie nie mój styl ubioru a nawet i życia, w wielu sprawach się z nią nie zgadzam, ale musiałabym być hipokrytką, żeby jej tu nie wymienić. Dziewczyna ma klasę, rozum i dokonuje własnych wyborów, nikogo nie oceniając i nikogo nie potępiając, ma swoje ideały, ale zna ich ograniczenia. Nie jest żyjącą w obłokach marzycielką; marzy jej się świat bez okrucieństwa i wyzyskiwania ludzi i zwierząt, ale wie, że pewnych rzeczy nie da się osiągnąć. Zna realia i jest świadoma co stoi za koncernami, polityką, jakie są konsekwencje decyzji, które podejmuje. Dla znających niemiecki – lektura bardziej niż obowiązkowa, nieważne czy interesują się tą tematyką czy nie. Dziewczyna jest po prostu fascynująca. 

Tyle na razie przychodzi mi do głowy, jeśli jeszcze sobie o jakimś przypomnę, to na pewno wkleję. 

Nad listą rzeczy, które czynią mnie szczęśliwą musiałabym nieco pomyśleć – a to dlatego, że w ciągu ostatnich paru lat z kompletnego ponuraka stałam się osobą po prostu szczęśliwą i zadowoloną z życia ;)

Za 4 (5?) dni lecę do Polski. Jestem bardzo podekscytowana i nie mogę się doczekać, ale ostatnie parę tygodni to było życie na wariackich papierach. 

Na koniec mała wzmianka i kilka obserwacji z urlopu:
a) niezbadana jest siła nałogu. Z urlopu zamiast z pamiątkami to wróciłam z paroma nowymi kosmetykami cruelty – free
b) tusz do rzęs Physicians Formula, jak bardzo bym go nie lubiła, nie nadaje się absolutnie do makijażu w wilgotnym powietrzu
c) eyeliner Revlona zostanie, gdzie jest, nawet przy 35 stopniowym upale
d) dezodorant Alva jest prześwietny
e) jeśli nie macie cierpliwości do nakładania lakieru do paznokci 3 razy, to niech Was ręka Przeznaczenia broni przed skuszeniem się na jasny fiolecik Revlona. Niecierpliwym polecam zainwestowanie w Zoyę. Chyba mnie pokarało za tę pazerność w sklepie, słowo Smerfa (tak tak, wiem że tak naprawdę to Smurf, a nie Smerf, ale w końcu to polski blog nie? :D) Natomiast jeśli cierpliwość jest Waszym powodem do dumy to kolor, zwłaszcza w lecie i na opalonych dłoniach, piękny. Wkrótce recenzja. 
f) wkrótce pojawią się tu nowe recenzje, miejmy nadzieję, że na dniach uda mi się coś powstawiać 

Na razie tyle ode mnie :) Pozdrawiam Was bardzo serdecznie



  • RSS