Wpisy w kategorii: Bez kategorii

Stalo się, założyłam nowego bloga na blogspocie. Chyba mi się bardziej tam podoba i chyba tam się za jakiś czas przeniosę. Istnieje możliwość wklejania video z YT, obserwowania ulubionych blogów i bycia obserwowaną. Szata graficzna może być bogatsza. Obsługa bloga wydaje się być łatwiejsza.  Jedyne co mnie martwi to moje archiwum tu, nie wiem czy powinnam przenieść wszystkie notki. Jeśli macie jakieś przemyślenia co do tej kwestii to dajcie znać :)


Stalo się, założyłam nowego bloga na blogspocie. Chyba mi się bardziej tam podoba i chyba tam się za jakiś czas przeniosę. Istnieje możliwość wklejania video z YT, obserwowania ulubionych blogów i bycia obserwowaną. Szata graficzna może być bogatsza. Obsługa bloga wydaje się być łatwiejsza.  Jedyne co mnie martwi to moje archiwum tu, nie wiem czy powinnam przenieść wszystkie notki. Jeśli macie jakieś przemyślenia co do tej kwestii to dajcie znać :)

Ech, dzisiaj notka bardziej blogowo- blogowa niż kosmetykowa, jako że od pewnego czasu coraz bardziej zastanawiam się nad przeniesieniem bloga na bloggera albo blogspota. Szata graficzna na blog. pl jest tak uboga, a moja znajomość html jeszcze tak nikła, że już mnie samą nudzi wygląd moich wypocin. Dlatego też nie zdziwcie się, moi drodzy czytelnicy, jeśli za jakiś czas pojawi się info o przeniesieniu na inną stronę. Po prostu nie wiem czy tkwienie akurat tu ma sens. 


A żeby nie był taki totalny offtop to chciałam Wam wkleić linka do pewnej notki, która zafascynowała totalnie posiadaczki długich włosów na wątku o Bezpiecznych Firmach na wizaż.pl. Zachęcam szczególnie do przeczytania tej notki (jeśli jeszcze nie trafiła w wasze łapki), ponieważ efekt pielęgnacji włosów jest ZABóJCZY, niedrogi i polecane środki są nietestowane na zwierzakach. 

Powiedzcie same, nie opada szczęka?

Także Drogie moje – od przyszłego miesiąca zaczynam sensownie myśleć nad poprawą kondycji włosów. Na pierwszy rzut pójdą:

a) szampony bez SLS (odfajkowane, mam taki)
b) olejek kokosowy i migdałowy (też mam, ale chcę dodać do migdałowego jakiś olejek eteryczny, najlepiej sandałowy…mmmm)
c) olejek Amla Dabur (kupiony o zapachu jaśminu, cudownie pachnie, ale bardzo mocno)
d) od czasu do czasu, prznajmniej raz w tygodniu intensywnie regenerująca maska na włosy (polecam z całego serca maskę Earth Science, po prostu cuda zdziałała na moich zaniedbanych farbowanych włosach i to już po 2 użyciach) 
e) na końcówki może jakaś odżywka, ponoć Yes To Cucumbers leave-in conditioner ma być ekstra, jak uda mi się upolować w TJ Maxxie albo Rossie (kolejny sklep- outlet) to kupię
f) no i oczywiście – odżywianie od środka! Zamierzam poczytać więcej na temat tego co służy włosom a co nie i jakie suplementy (poza wychwalanym pod niebiosa skrzypem) brać. Mam nadzieję zyskać z tego też poprawę wyglądu paznokci bo się łamią niemiłosiernie. 

No i teraz 2 pytania do Was:
1) Jak Wy dbacie o włosy? Co przynosi rezultaty, co nie? Co myślicie o pielęgnacji bez SLSów – coś w tym jest czy kolejna moda? Jaki macie stosunek do olejowania włosów?
2) Co myślicie o zmianie strony wizualnej bloga, nie przydałaby się mała rewolucja? 

Catrice Ultimate Shine Lipstick

Tak jak obiecałam, dziś przyszedł czas podzielić się z Wami zdjęciami recenzowanych przeze mnie ostatnio pomadek Catrice. Po pierwsze, z góry przepraszam Was za niewyjściowość szminek, ale ja mam taką przypadłość, że używając pomadek zawsze tworzę w nich góry i doliny, kaniony i inne przedziwnej maści formacje :> Nie mam pojęcia jak i dlaczego, ale winę zwaliłabym na moje niezbyt szerokie usta – nieźle się muszę napracować, żeby je sensownie pomalować. Po drugie, zdjęcia robione są w słonecznym dniu w ogrodzie, w różnych kątach, w pełnym słońcu bądź cieniu, stąd ich rózne odcienie – natomiast nie są one robione z użyciem lampy. Na początek zdjęcie moich trzech pieszczoszek. Dwie piewrsze wyglądają podobnie, jednak u mnie na ustach dają zupełnie inny kolor. Trzecia jest moją absolutną kandydatką do ponownego kupienia (zresztą chyba widać po stopniu użycia – kompletnie ją zmechaciłam).
Teraz kolej na swatche:
a) swatche w pełnym słońcu:
Catrice Ultimate Shine Lipstick swatch
b) te same pomadki, ale zdjęcie swatcha wykonane w cieniu (ale w słoneczny dzień i na zewnątrz)
Catrice Ultimate Shine Lipstick Corallicious Pink, Teddy Brown, Fox Now
W ostatnim poście zapomniałam napisać o ich zapachu, który jest przyjemny, ale sztuczny, jeśli ktoś nie lubi słodkawych zapachów u szminek, to radzę powąchać przed kupnem. Kolejna rzecz, o której zapomniałam wspomnieć to ich opakowaniach – niestety jedna z nich dość szybko się zepsuła (nakrętka lubi się otwierać w mojej torebce). Tak czy siak, w dalszym ciągu je lubię, zwłaszcza że kosztują 4 euro, a w polskich naturach można je dostać za ok 10 zł. 

Kochane moje!


Dzisiaj krótka notka tytułem wstępu, do której natchnęła mnie jednak z niemieckich YT-berek. W jednym z filmików pokazała ona w jaki sposób prasuje swoje pigmenty i tworzy swoją własną, 12 lub 15- cieniową paletę. Filmik jest genialny, prosty, bajecznie zachęcający do wypróbowania tej domowej metody prasowania własnych cieni. Zanim jednak wezmę się za prasowanie cieni, zrecenzuję Wam najtańsze i najlepsze moim zdaniem pigmenty dostępne na rynku – miki TKB trading. 

TKB ma w ofercie aż 207 kolorów mik błyszczących i aż 50 matowych. Wybór kolorów jest więc obłędny. Kolory można obejrzeć tu:

A tutaj jeszcze video jakiejś dobrej duszyczki, która zrobiła swatche mik, które posiada:


Ale to jeszcze nie wszystko! Dostępne kolory obejmują odcienie, których naprawdę nie powstydziłyby się kilkuletnie zbieraczki pigmentów. Jak na przykład kolor Winter Rose, który posiadam – prześliczny różowy kolor, który posiada intensywny lawendowy błysk. Żeby było weselej, już kilka firm mineralnych, sprzedających swoje „oryginalne” pigmenty wpadło w poważne tarapaty, ponieważ, jak się okazało, przepakowywali tylko miki TKB do własnych słoiczków i podpisywali je własną nazwą, oczywiście licząc sobie za nie ok 10 razy tyle co TKB (dla przykładu Taylor Made Minerals, Beauty From The Earth oraz Lime Crime - 
http://ethereal–beauty.blogspot.com/2011/02/repackaging.html
. Można o tym też przeczytać TU 

http://www.appliedglamour.com/2011/04/best-kept-secret-tkb-trading.html

TKB oferuje fantastyczne pigmenty za (uwaga uwaga) 1,5$. A to jest, kochani, ok 4,30 zł za OGROMNY woreczek pełen pigmentu. Wielkość woreczka porównywana jest z pełnowymiarowym opakowaniem pigmentów MAC. Kolory są OBŁĘDNE. Teraz do tego jeszcze jedna dobra: wiadomość TKB trading wysyła przesyłki za granicę! Oczywiście cena zależy od wielkości zamówienia, więc nie jestemw  stanie jej tu przedstawić. 

Teraz żeby trochę namieszać Wam w głowach powiem, że z mikami jednak jest pewien problem. Same z siebie nie trzymają się powieki, co jest zrozumiałe, bo są czymś w rodzaju startego kamienia. Potrzebne jest więc dodać do nich coś, co by zwiększało ich przyczepność. Na przykład mieszanki odpowiednich składników. Albo gotowej bazy. Dlatego też przezornie przy zamówieniu (ok 15) mik, zakupiłam też ogromny wór (koszt tego wora to ok. 10 zł) matowej bazy do tworzenia cieni. Zrobiłam juz z tą bazą ok. 40 cieni sypkich, a na oko starczy jej na kolejne…. 400, nie przesadzam  

No i oczywiście miki można dowolnie mieszać tworząc swoje własne odcienie. Wow!

Teraz kilka wad mik TKB. Kolory mają przepiekne, pigmentacja jest oczywiście żadnym problemem, alee… Pigment zmieszany z matową bazą powoduje, że kolor jest bledszy (chyba że coś źle robię) i taki jakiś mniej oszałamiający. Dodanie mniejszej ilości bazy powoduje gorszą przyczepność. Natomiast dodanie sporej ilości bazy niweluje piękny efekt jaki miki dają na oku. To wszystko spowodowało, że po serii prób tworzenia własnych cieni odstawiłam miki na bok i przestałam się nimi zajmować, do końca jednak zastanawiając się w jaki sposób mogłabym sensownie użyć tych przepięknych kolorów. Próbowałam też stworzyć swoje własne lakiery do paznokci, ale jakoś nie wyszło, więc na pewien czas się poddałam. Do wczoraj. Po obejrzeniu jednego z filmików, w którym osoba pokazująca w jaki sposób prasuje swoje własne cienie używa tylko (!!!) olejku jojoba i płynu do demakijażu postanowiłam, że jak tylko wrócę do domu (obecnie przebywam u rodziny), to dam temu szansę. I na pewno opiszę swoje perypetie oraz sfotografuję wszystkie pigmenty, jakie posiadam. Trzymajcie kciuki! Tylko potrzebuję wcześniej zamówić z ich strony także małe foremki na cienie, no bo gdzieś te cienie trzeba by wycisnąć ;) 

P.s. TKB Trading jest jedną z tych firm, która ze swojej polityki nietestowania na zwierzętach robi swoją reklamę. Na ich stronie można przeczytać oficjalne stanowisko w sprawie testowania, można owo stanowisko także ściągnąć w formie dokumentu bodajże w formacie .pdf. Uwielbiam TKB trading i już szykuję się na nowe zamówienie. 


TKB Trading affirms that it does not conduct or commission animal testing 
of any cosmetics and/or household products, including, without limitation, 
ingredients or formulations of products supplied to our customers after January 1, 1996. 

Kaila Westerman, President


Kaila Westerman is an animal lover. She has been a foster parent of many cats and dogs waiting to be placed in a loving home. Therefore, she understands animals are friends and does anything to support the notion of NO TESTING ON ANIMALS.

The statement above from Kaila is downloadable in PDF file — Please click the link „STOP ANIMAL CRUELTY.”

Email us at info@tkbtrading.com if you have more questions about this.





Dzisiaj naszło mnie na zapachy i wszystko, co kojarzy się z relaksem, przyjemnością, światłem, aromaterapią. Po prostu za oknem słońce, wszystko dookoła kwitnie, a i moja kolekcja kosmetyków także odświeża i relaksuje. Naszło mnie więc na „pachnącą” notkę.


Aromaterapia

Na zdjęciu obok zobaczyć możecie mydełko bzowe, sól do kąpieli Estetica oraz 2 przykłady zapachów. O Pacifice pisałam w jednej z notek jako przykładzie perfum wegańskich. Zachwalałam je co prawda bardziej jako gadżet niż prawdziwe perfumy, gadżet jednak bardzo przyjemny dla zmysłów i całkiem wart kupna. Mydełko bzowe kupione zostało w Polsce, jeszcze jednak nie miałam okazji go użyć, więc nic na jego temat tu nie napiszę. Co do soli do kąpieli to uczucia mam neutralne, przyjemna do użycia, jednak do hitów kosmetycznych nie zaliczę. O soli może jednak w innej notce.


Dziś będzie o malutkich perfumkach, wodzie toaletowej tak w zasadzie,  Yves Rocher. Na zdjęciu po lewej stronie.

Wiem, że nie każdy lubi Yves Rocher (nie każdy może się do nich przekonać), ja jednak jestem ich zagorzałą fanką. Uwielbiam ich linie zapachowe. Nie jestem typem maniaka perfumowego, perfumerie ‚z prawdziwego zdarzenia’ dają mi w najlepszym przypadku porządny ból głowy a i nierzadko ból kieszeni. Poza tym mam wrażenie, że prawdziwe, „kobiece”, dorosłe perfumy postarzają mnie o parę ładnych lat. Pamiętam kiedy, już jako studentka, wpadłam wreszcie do drogerii z prawdziwą perfumerią i od razu podniecona sięgnęłam (już kawał czasu temu, jeszcze nieuświadomiona w kwestii testuchów) po dojrzałe nuty zapachowe. Nawet wzięłam jedne z nich do domu, już nie pamiętam czy był to Lancome, Joop czy może Chanel. Po kilku dniach jednak zauważyłam, że coś tu nie pasuje.. aż zdałam sobie sprawę, że – o zgrozo! – pachnę jak moja własna matka, a może nawet i babka, noszące takie zapachy przed kilkunastu laty! Nie nie, nie tak miało być, we mnie jest jeszcze dziewczę z młodych lat i radość życia, 


Od tego czasu sięgam po zapachy żywe, przypominające mi o nastolatce, która wciąż we mnie mieszka. Yves Rocher jest jedną z tych firm, które polecić mogę każdemu lubiącemu zapachy proste i nieskomplikowane, ale w swojej prostocie piękne i kuszące. Niezbyt drogie i nieduszące. Pachnące naturą i niegrożące upadkiem portfela. Oczywiście w ofercie YR znajdują się też zapachy inne, trochę bardziej orientalne i trochę mocniejsze, tzw niebanalne, ja jednak wybieram zazwyczaj te proste i przypominające mi o świetle, wiośnie, słońcu. 


Mniej więcej z takiego powodu sięgnęłam po ich malutkie wody toaletowe. Mój wybór padł na jeżynę – jest właśnie taka prosta, nieskomplikowana, naturalna. Pachnie owocem, ogródkiem, wakacjami, spacerem po łące. Wybrałam ten mniejszy rozmiar, przez co mieści się do torebki (pojemność 20 ml, koszt 20zł). Stale jej używam, ponieważ oczywiście nie jest super trwała, ale w końcu to woda toaletowa. Cenę ma bardziej niż przyzwoitą i bardzo trafia w mój spragniony prostoty gust. Do wyboru także inne zapachy, Jedyne, co mnie trochę martwi to to, że określana jest jako edycja limitowana. Prawdę mówią mam nadzielę, że wprowadzą je do stałej sprzedaży, bo chciałabym sobie kupić je jeszcze raz. Ale bez strachu – moje zapachowe (kategoria wody toaletowe) KWC, także z YR znajduje się w stałym asortymencie i jest zawsze do kupienia. Kolejnemu zapachowi z pewnością poświęcę inną notkę. 

YR eau de toilette 

Na zdjęciu poważej widać zużycie po około 2 miesiącach wiernego używania. 

Rozpisywałam się już o tym jak to dokonałam mordu na moim portfelu w Polsce i obkupiłam się we wszystko na co się z takim zainteresowaniem czaiłam przez cały rok mojej ożywionej działalności na wizażu (wizaż.pl). Jedną z rzeczy, których nie mogłam sobie podarować były maseczki Bielendy. No i teraz ciekawostka taka, że ja tak w zasadzie to nie przepadam za maseczkami, a chociażby i z takiego względu, że nie zawsze dają poczucie komfortu na buzi ( a to zimne a to ciepłe a to piecze, a to efekty niewarte świeczki). Bielenda, przyznam szczerze, złapała mnie na efektowne, dwustopniowe opakowania (dwusaszetkowe). 



Używałam głównie 2 rodzai z tej serii – do cery przetłuszczającej się i do normalnej (trochę w zależności od zapotrzebowania, trochę w zależności od ‚widzimisię’ ;) ).

maseczki Bielendy

 
Najbardziej do gustu przypadła mi saszetka kombinująca w sobie peeling i maseczkę. No bajer! Jedziemy na wakacje, pakujemy saszetę w plecak i robimy sobie małe SPA jeśli mamy zły dzień/pada/poznałyśmy kogoś/zaczynamy wyglądać jak potwór z bagien/chcemy sobie poprawić humor/cokolwiek. Bez tachania ze sobą 2 produktów. No i obsługa produktu też jest dzecinnie prosta. 
Pomysł z 2 maseczkami również uważam za udany, ale nieco naciągany. No bo po kiego grzyba mam nakładać na gębulkę 2 maseczki zaraz po sobie, święcie wierząc, że obie mają totoalnie inne właściwości i jedna bez drugiej ‚żyć nie może’? 
No ale kontynuując – sam produkt uważam za jak najbardziej udany. Faktycznie poprawiają mój koloryt skóry, moja twarz wygląda świeżo, zadbanie,  maseczki mają fajne zapachy, cena nie zwala z nóg i dzięki formie saszetki nie zdążą mi się prawdziwie znudzić ani przeterminować. Zapachy uważam za naprawdę trafione, szczególnie ten granatowy. Ogórek i limonka jest dla mnie z kolei geniuszem marketingowym, ponieważ już sama nazwa i kolor kojarzą mi się z procesem odtłuszczania! No bo tak serio to takie skojarzenia przywodzą na myśl te kolory, a także zapach. 
Saszetki zawsze mopna podzielić na pół i używać w różnych dniach, dzięki czemu zyskujemy 2 maseczki po ok… 1,70 zł (wybaczcie jeśli coś pomieszałam z ceną) :D Produktu w nich jest dość dużo, na upartego jestem je w stanie używać do 3 razy (ale na samą twarz, bez dekoltu i szyi). Ogólnie muszę powiedzieć, że Bielenda mnie zauroczyła niektórymi produktami podczas mojego pobytu w Polsce, pomijająac fakt, że jej produkty docierają i do Stanów i jako produkty ekskluzywne i egzotyczne sprzedawane są w TJ Maxxie. (Na początku mi się wydawało, że to taka podpucha, ale teraz uważam, że niezły pomysł i całkiem nawet zasłużenie). Natomiast polemizowałabym trochę z tym naturalnym składem, który reklamują no ale to już kto i co lubi – nie można mieć wszystkiego. Mnie skład nie przeszkadza, ponieważ uważam, że nie można przesadzać w żadną stronę. Używam części kosmetyków z bardzo naturalnymi składami i części z nieco mniej naturalnymi i chyba przy takiej lekko mieszanej pielęgnacji zostanę.

No i powiedzcie same: czy te opakowania nie są wiosenne i zachęcająace do kupna? Nie kojarzą się Wam z naturalną pielęgnacją i słoneczną wesołością?

Dzisiaj notka z nieco innej strony, czyli od strony makijażu. ˛


Generalnie nie piszę tu dużo o makijażu, nie zamieszczam także tutoriali czy nie pokazuję propozucji makijażu. Przyznam szczerze, że pod względem make – upu to moje kosmetykowe życie jest bardzo prozaiczne. Podziwiam dziewczyny, które uważają makijaż za formę artystycznej ekspresji i możliwość wyrażenia siebie – dla mnie makijaż jest bowiem niczym innym jak zesłanym darem, umożliwiająacym mi podkreślenie moich atutów i ukrycie co ukryć bym chciała. I tak wiem, że mam bardzo długie i zwracające uwagę na moje oczy rzęsy, więc rzęsy są bardzo ważnym elementem mojego makijażu. Wiem także, że mam dość nietypową barwę oczu, zielonawo – szarawo – błękitną, często zależną od kąta padania promieni słonecznych, co też niezmiernie lubię podkreślać odpowiednimi kolorami. Także moje kości policzkowe są ładnie zarysowane i odrobina koloru dodaje mojej buzi blasku. Natomiast z powodu moich bardzo delikatnych rysów nie mogę używać zbyt wielu kolorów w makijażu i cienie na oku powinny być ledwie widoczne. Muszę też bardzo uważać z bronzerem, ponieważ mam bardzo jasną karnację i łatwo u mnie przesadzić – nie chcę jednak rezygnować z niego całkowicie ponieważ moja twarz po wymodelowaniu wygląda korzystniej. No ale do rzeczy. 


Chciałabym Wam pokazać dziś 2 tutoriale dziewczyny, YT- berki, która mnie zainspirowała do dodatkowych eksperymentów w makijażu. Jest to jedna z moich absolutnych faworytek w świecie YT, bardzo lubię jej sluchać, a teraz także oglądać jej propozycje makijażowe. Zazwyczaj nie podaję jej w moich linkach ponieważ dziewczę to niestety używa wszystkich drogich (i nie tylko) produktów, jakie jej w łapki wpadną, nie zważając ani trochę na to czy testowane czy nie. A tego – jak wiecie – nie popieram. Zachęcam Was jednak do obejrzenia tutorialu (nawet 2), wykonanego w głównej mierze przy pomocy cieni MAC. Pierwsza propozycja będzie w odcieniach turkusu i złota:


(właściwy tutorial zaczyna się w 1 minucie, chociaż całość jest po niemiecku myślę, że można podglądnąć jak Reni robi swój makijaż bez rozumienia o czym mówi ;) )

oraz makijaż miedziany, który może być także namalowany przy użyciu koloru Cranberry (MAC), z którym wiele osób nie do końca wie co zrobić. Makijaż miedziany zainspirowany został tutorialem pixi2woo (

). Ponieważ jednak raczej nie oglądam pixi2woo, natomiast namiętnie oglądam xKareninę (z powodu już kiedyś wspomnianego zboczenia językowego, obecnie namiętnie uczę się niemieckiego), sama nigdy bym na tutorial pixi2woo nie wpadła

Nie chcę przez to powiedzieć, że uważam, że xKarenina robi najlepsze makijaże czy oceniam jej profesjonalizm. Po prostu lubię bardzo jej filmiki, a do tego jej jasna karnacja i mocny makijaż (wszak Reni jest rudawa i ma bardzo jasny kolor cery) zainspirowały mnie do przeróżnych eksperymentów w stylu i makijażu. Bo makijażu interesującego, ale za mocnego nie chcę. W imię zasady: „Your Beauty should impress – not your make-up.”


Witam wszytskich po długiej przerwie i postanawiam poprawę!

Tak jak obiecałam, powracam z serią nowych recenzji. Jak zapewne pamiętacie, po moich wybrykach zakupowych podczas pobytu w Polsce obiecałam sobie zawiesić działalność zakupową na jakiś czas… jak się jednak okazało, w podróży zawsze okazuje się, że czegoś się zapomniało…. : i tym oto sposobem wpadło mi w ręce parę zupełnie prozaicznych i całkiem niedrogich kosmetyków. Także poużywałam wreszcie niektóre kosmetyki zakupione w Polsce i mogę wreszcie coś więcej na ich temat powiedzieć. 

Dzisiaj parę słów o pomadce Catrice Ultimate Shine. Na razie nie zrobiłam zdjęć, ale chodzi o te pomadki: 
http://www.catrice.eu/products/lips/lipstick/detail/product/ultimate-shine-080.html
 Można je dostać w większych Drogeriach Natura za zazwyczaj dość przystępną cenę. Byłam bardzo ciekawa tych pomadek po obejrzeniu sama-nie-wiem-ilu niemieckich filmików na You Tubie. Co mogę powiedzieć:

+ wybór kolorów jest przystępny, choć niezwalający z nóg
+ pomadki mają dość sensowną cenę
+ bardzo podoba mi się efekt, jaki dają na ustach, nawet ciemne kolory nie dają efektu pani spod latarni. Usta są ponętnie błyszczące i uwodzicielskie, ale w moim odczuciu nie tanie (jako jasna blondynka muszę bardzo uważać z kolorem ust i choć mocniej podkreślone usta czasami wyglądają u mnie bardzo seksownie, znacznie częściej dają okropny, przejaskrawiony efekt). Udało mi się też upolować kolor dla mnie idealny, w związku z tym mają one u mnie podwójnego plusa

http://zaazu.com

- niestety nie są aż tak łatwo dostępne jak by się wydawało, we Wrocławiu widziałam je tylko w Magnolii
- nie są najbardziej wydajne na świecie, po miesiącu używania pozbyłam się już ok. połowy
- efekt, jaki dają na ustach jest piękny, ale krótkotrwały, mniej więcej jak przeciętnej jakości błyszczyka, dlatego też używam ich najczęściej jak chcę zrobić dobre pierwsze wrażenie ;) 
- podczas posiłków zostawiają warstwę koloru na sztućcach bądź szklankach (niby nic zastanawiającego przy efekcie błyszczyka, no ale bywa to deprymujące)

Ogólnie bubel to to nie jest, ale nie polecam spodziewać się po nich za dużo. Osobiście pewno kupię kolejne opakowania jak mój ulubiony kolor się skończy, ponieważ zakochłam się od pierwszego wejrzenia w efekcie, jaki te pomadki oferują na ustach. Natomiast osobom z mniejszym poziomem cierpliwości polecam matowe pomadki Revlona – efekt może nie ten sam, ale za to spokój na kilka godzin. 

Kto z nas nie kocha dobrych markowych kosmetyków kupionych znacznie taniej – najlepiej za bezcen? 

Dzisiaj kilka słów o tym jak nie nabrać się na podróbki. Kilka razy natknęłam się też na opinię, że ludziom nie zależy – dla nich może być podróbka, o ile dobrze podrobiona. Hmm, wszystko fajnie, ale nawet najlepiej podrobiony kosmetyk nie przeszedł żadnych badań, atestów ani nie jest sprawdzony pod względem bezpieczeństwa! W takim kosmetyku może być naprawdę wszystko – już nie mówiąc o tym, że potem rozmawiam z taką dziewczyną, której podróbki ‚nie przeszkadzają’ i która to potem na prawo i lewo opowiada o tym, że nie znosi UD, bo Urban Decay jest beznadziejny. Hęęę? Jedną z najchętniej podrabianych obecnie na rynku firm jest MAC. Czytałam już setki historii o podróbkach na allegro, na ebayu, na bazarach itp. Z MACiem po prostu trzeba uważać zawsze, kiedy nie kupuje się go bezpośrednio u producenta albo w autoryzowanym salonie. To samo dotyczy Urban Decay, choć jest on niewątpliwie podrabiany odrobinę mniej. Oczywiście im bardziej luksusowy dany towar jest, tym większy popyt na taki towar w znacznie niższej cenie – dlatego np. taki Chanel podrabiany jest również nagminnie i równie nagminnie sprzedawany jako oryginalny. 

Ja sama nabrałam się ostatnio na sprzedawczynię podróbek. Byłam na małym bazarku w Polsce i akurat natknęłam się na sprzedawcę, który ewidentnie sprzedawał prawdziwe kosmetyki, wiedział ile kosztują w Stanach, potrafił powiedzieć w jakiej promocji je nabył i dlaczego są takie tanie. Kupiłam od niego cienie Almay (te wycofane ze sprzedaży!) i kilka rzeczy Revlona. Pan się nawet ucieszył, że ma z kim pogadać na temat zagranicznych kosmetyków, wciąż jeszcze mało znanych w Polsce. Pogawędka ze sprzedawcą totalnie uśpiła jednak moją czujność i na stoisku obok kupiłam piękną paletkę MAC i Chanel (tą drugą dla mojej Mamy). W domu coś mnie jednak tknęło – zaraz zaraz, ile ja zapłaciłam za tę paletkę? 40 zł? Przecież to jest totalnie niemożliwe! Weszłam na internet (istnieją już specjalne strony, na których podane są elementy, na które zwrócić uwagę przy kupnie kosmtyków z niepewnych źródeł) i padłam – moja paletka nawet NIE ISTNIEJE w kolekcji MAC i nigdy nie istniała – czyli nigdy nic takiego przez MAC nie zostało wyprodukowane. Jednym słowem była to podróbka po prostu marki, jako że sporo ludzi kupujących takie kosmetyki nawet nie wie co kupuje! Rozsierdzona wzięłam męża pod pachę i wróciłam na bazar, przygotowana na awanturę ze sprzedawczynią przy zwrocie produktów. Tutaj kolejna niespodzianka – pani pospiesznie mi zwróciła pieniądze. Po prostu wiedziała co sprzedaje! Szczerze mówiąc gdybym miała więcej czasu to bym się zajęła tą sprawą, ale niestety było to tuż przed wyjazdem, a bazarek, na którym kupiłam rzeczone dobra operuje tylko raz na tydzień. 

Natomiast na co chciałabym zwrócić uwagę to na to, że tańsze prawdziwe kosmetyki (‚prawdziwki’ jak ja je zwę ;), wciąż można kupić. Gdzie? A choćby w TJ Maxxie (TK Maxxie), gdzie nierzadko sprzedawane są one taniej, ale prosto od producenta. Innym miejscem, gdzie takie kosmetyki są sprzedawane (są oryginalne, ale z jakiegoś powodu wadliwe, na przykład kolor nieco odbiega od prawdziwego albo brak opakowania) są niektóre strony internetowe, jak np. all cosmetics wholesale.

Na koniec chciałabym jeszcze dodać, które kosmetyki można znaleźć w USA znacznie taniej niż w Polsce i co do którach wierzę, że kupując je na allegro raczej nie natkniemy się na podróbki:

a) Revlon – w USA można go kupić na promocjach za śmiesznie pieniądze, częste promocje w stylu kup jeden, drugi dostaniesz 50% taniej
b) Physicians Formula – ta sama historia, częste promocje
c) Clinique – po prostu znacznie tańszy w Stanach
d) kosmetyki takie jak Coastal Scents – częste promocje i rabaty nawet do 70%
e) kosmetyki Elf, Wet’n'Wild, NYX – po prostu tanie w USA
f) niektóre marki, normalnie bardzo drogie, takie jak np Stila, miewają promocje. Przed zakupem kosmetyku należałoby jednak poszukać na stronie, czy jakaś promocja miała miejsce i czy dana osoba miała w ogóle możliwość kupienia kosmetyku za tak niską cenę. 

  • RSS