Wpisy z okresu: 6.2011

Kto z nas nie kocha dobrych markowych kosmetyków kupionych znacznie taniej – najlepiej za bezcen? 

Dzisiaj kilka słów o tym jak nie nabrać się na podróbki. Kilka razy natknęłam się też na opinię, że ludziom nie zależy – dla nich może być podróbka, o ile dobrze podrobiona. Hmm, wszystko fajnie, ale nawet najlepiej podrobiony kosmetyk nie przeszedł żadnych badań, atestów ani nie jest sprawdzony pod względem bezpieczeństwa! W takim kosmetyku może być naprawdę wszystko – już nie mówiąc o tym, że potem rozmawiam z taką dziewczyną, której podróbki ‚nie przeszkadzają’ i która to potem na prawo i lewo opowiada o tym, że nie znosi UD, bo Urban Decay jest beznadziejny. Hęęę? Jedną z najchętniej podrabianych obecnie na rynku firm jest MAC. Czytałam już setki historii o podróbkach na allegro, na ebayu, na bazarach itp. Z MACiem po prostu trzeba uważać zawsze, kiedy nie kupuje się go bezpośrednio u producenta albo w autoryzowanym salonie. To samo dotyczy Urban Decay, choć jest on niewątpliwie podrabiany odrobinę mniej. Oczywiście im bardziej luksusowy dany towar jest, tym większy popyt na taki towar w znacznie niższej cenie – dlatego np. taki Chanel podrabiany jest również nagminnie i równie nagminnie sprzedawany jako oryginalny. 

Ja sama nabrałam się ostatnio na sprzedawczynię podróbek. Byłam na małym bazarku w Polsce i akurat natknęłam się na sprzedawcę, który ewidentnie sprzedawał prawdziwe kosmetyki, wiedział ile kosztują w Stanach, potrafił powiedzieć w jakiej promocji je nabył i dlaczego są takie tanie. Kupiłam od niego cienie Almay (te wycofane ze sprzedaży!) i kilka rzeczy Revlona. Pan się nawet ucieszył, że ma z kim pogadać na temat zagranicznych kosmetyków, wciąż jeszcze mało znanych w Polsce. Pogawędka ze sprzedawcą totalnie uśpiła jednak moją czujność i na stoisku obok kupiłam piękną paletkę MAC i Chanel (tą drugą dla mojej Mamy). W domu coś mnie jednak tknęło – zaraz zaraz, ile ja zapłaciłam za tę paletkę? 40 zł? Przecież to jest totalnie niemożliwe! Weszłam na internet (istnieją już specjalne strony, na których podane są elementy, na które zwrócić uwagę przy kupnie kosmtyków z niepewnych źródeł) i padłam – moja paletka nawet NIE ISTNIEJE w kolekcji MAC i nigdy nie istniała – czyli nigdy nic takiego przez MAC nie zostało wyprodukowane. Jednym słowem była to podróbka po prostu marki, jako że sporo ludzi kupujących takie kosmetyki nawet nie wie co kupuje! Rozsierdzona wzięłam męża pod pachę i wróciłam na bazar, przygotowana na awanturę ze sprzedawczynią przy zwrocie produktów. Tutaj kolejna niespodzianka – pani pospiesznie mi zwróciła pieniądze. Po prostu wiedziała co sprzedaje! Szczerze mówiąc gdybym miała więcej czasu to bym się zajęła tą sprawą, ale niestety było to tuż przed wyjazdem, a bazarek, na którym kupiłam rzeczone dobra operuje tylko raz na tydzień. 

Natomiast na co chciałabym zwrócić uwagę to na to, że tańsze prawdziwe kosmetyki (‚prawdziwki’ jak ja je zwę ;), wciąż można kupić. Gdzie? A choćby w TJ Maxxie (TK Maxxie), gdzie nierzadko sprzedawane są one taniej, ale prosto od producenta. Innym miejscem, gdzie takie kosmetyki są sprzedawane (są oryginalne, ale z jakiegoś powodu wadliwe, na przykład kolor nieco odbiega od prawdziwego albo brak opakowania) są niektóre strony internetowe, jak np. all cosmetics wholesale.

Na koniec chciałabym jeszcze dodać, które kosmetyki można znaleźć w USA znacznie taniej niż w Polsce i co do którach wierzę, że kupując je na allegro raczej nie natkniemy się na podróbki:

a) Revlon – w USA można go kupić na promocjach za śmiesznie pieniądze, częste promocje w stylu kup jeden, drugi dostaniesz 50% taniej
b) Physicians Formula – ta sama historia, częste promocje
c) Clinique – po prostu znacznie tańszy w Stanach
d) kosmetyki takie jak Coastal Scents – częste promocje i rabaty nawet do 70%
e) kosmetyki Elf, Wet’n'Wild, NYX – po prostu tanie w USA
f) niektóre marki, normalnie bardzo drogie, takie jak np Stila, miewają promocje. Przed zakupem kosmetyku należałoby jednak poszukać na stronie, czy jakaś promocja miała miejsce i czy dana osoba miała w ogóle możliwość kupienia kosmetyku za tak niską cenę. 

Ja znów zniknęłam na chwilę. Tym razem spowodowało to zamieszanie, ciągłe życie na walizkach a nawet kemping. Ogólnie rzecz biorąc w ciągu ostatniego miesiąca ciągle coś się działo, ponadto cierpię na chroniczny brak dostępu do internetu. Jeśli chodzi o kosmetyki to nie używałam ich za często (wyjątkowo, ogólnie to jednak kosmetyki są dość często obecne w moim życiu). Jedyną obserwacją, jaką poczyniłam jest to, że uwielbiam pomadki Catrice, nie są one jednak zbyt praktyczne zwłaszcza jeśli chodzi nam o trwałość i wygodę. Kolejną rzeczą, którą dla siebie odkryłam, są maseczki Bielendy. Normalnie cudeńko! No i poczyniłam też odkrycie roku w kategorii praktyczne – peelingujące chusteczki Cleanic. O tym wszystkim będę pisać szerzej w kolejnych notkach. Na razie pozdrawiam Was serdecznie i zapewniam, że o Was nie zapomniałam, tylko mam bardzo gorączkowy okres w życiu. 

EOS

Brak komentarzy

Uuuffff, co za gorączkowy czas. Ostatnio bywam na necie tylko w tzw. międzyczasie. Natomiast przez kilka ostatnich tygodni miałam trochę czasu, żeby poużywać i wyrobić sobie mniej więcej zdanie o niektórych moich nowych kosmetykach i jak tylko odzyskam w miarę czas na zajmowanie się blogiem, to na pewno popłynie na nim fala nowych recenzji. 


Na początek kilka słów o wspomnianym przeze mnie, ale niezrecenzowanym balsamie EOS w kształcie oczobitnie różowego jajka- niespodzianki. Przez parę tygodni używałam tego balsamu i niestety muszę przyznać, że nie pokochaliśmy się zbytnio. Poowiem wręcz, że temperatura uczuć w naszym związku była ujemna i wiało chłodem. Co mi w nim podpasowało najmniej to smak. Balsam zostawiał na ustach słodki, owocowawy smak, który, jak się domyślam, miał być wabikiem i nowinką, mnie jednak niepomiernie denerwował. Drugą sprawą, która przesądziła o jego upadku w moich oczach były kiepskie właściwości pielęgnacyjne. Po kilku próbach powrotu rozstaliśmy się ostatecznie bez żalu, a ja wróciłam pokornie do mojego balsamu Badgera. EOS podarowałam kuzynce, która z kolei zadowolona była bardzo z takiego gadżetu i smak nie tylko nie przeszkadzał jej ani trochę, ale wręcz używa go przez to jeszcze chętniej. 
Jednym słowem zakończyłam chyba moją osobistą przygodę z balsamami tej firmz, ale rozważę ponowny zakup na prezent dla dziewcząt, które lubią takie rzeczy. Opakowanie jest super i być może formuła balsamu podpasuje innym (swoją drogą, używało się go bardzo przyjemnie, konsystencja bardzo miła dla ust, wygodna forma aplikacji), dlatego jako prezent dałabym mu jeszcze szansę. 

Witam wszystkich po dość długiej przerwie. Dzisiejsza notka, przynajmniej w części, będzie odpowiedzią na pytanie zadane przez użytkownika braworka w moich komentarzach. Podaje ona (braworka) linka do artykułu artykułu, z którego jednoznacznie wynika, że testy w UE są zakazane i pyta co ja o tym sądzę. Poświęcam temu zagadnieniu całą notkę, ponieważ temat ten regularnie powraca, niekiedy w formie ataku ze strony innych ludzi (absolutnie nie mam tu na myśli komentarza braworki). 


Odpowiadam od razu: nie wiem, co mam o tym sądzić. A nie wiem, co mam sądzić, ponieważ w necie krąży tyle sprzecznych informacji, że ręce opadają, zwłaszcza w przypadku informacji niepochodzących z wiarygodnych źródeł ( w skrócie: ok. 90% źródeł). Bo serio, w necie każdy może sobie pisać co i gdzie mu się żywnie podoba. A na podanej przez braworkę stronie nie ma nawet forum, gdzie można by rozpocząć jakąś sensowną dyskusję i zadać kilka nurtujących pytań. Na przykład: skoro testy są zakazane całkowicie i bezapelacyjnie, czemu niektóre firmy w UE otwarcie się przyznają do * testowania składników na zwierzętach, ba, nawet twierdzą, że prawo EU takich testów wymaga? Dla zaciekawionych na tej stronie - 
http://www.facebook.com/rossmann.gmbh/posts/490027963434
 poczytać można sobie wymianę zdań pomiędzy Autorką polecanego przeze mnie jako lekturę obowiązkową bloga Pseudoerbse a przedstawicielem Rossmanna, który twierdzi, że nowe, niezbadane substancje muszą być w UE przebadane na zwierzętach (nie ograniczając tego do wymienionych na stronie
kosmopedii toksykokinetyki, toksycznyści dawki powtarzalnej i toksyczności reprodukcyjnej), tym samym przyznając się, że Rossmann zakupuje składniki, które takim testom wciąż są poddawane (ostateczny wynik rozmowy, przeciąganej przez Rossmanna, miał miejsce w styczniu). Tak na marginesie, to kto tę stronę w ogóle redaguje? (Kosmopedii?) Bo mam wrażenie, że prawnicy ani osoby z tym zagadnieniem na co dzień pracujące to chyba jednak nie, więc na jakiej do końca podstawie wysnuwają wnioski ze stuprocentowym przekonaniem, bez wzięcia pod uwagę uregulowań prawnych, które moigą wynikająć z innych aktów prawnych, bądź nawet z innego miejsca w tym samym akcie prawnym, już pomijając fakt, że dyrektywy nie obowiązują we Wspólnotach Europejskich bezpośrednio zainteresowanych podmiotów, tylko obowiązują państwa co do efektu, ale ten temat litościwie pominę (zainteresowanych odsyłam do mojego posta na wizażu, w którym absolutnie nie twierdzę, że WIEM jak to jest, ale staram się odpowiedzi możliwe odpowiedzi na nurtujące nas wszystkich pytaniaw jak najprzystępniejszy sposób, czyli robię tam wielki skrót myślowy).

Wiele bardziej oficjalnych źródeł nazywa dyrektywę unijną wewnętrznie sprzeczną. Z takim stwierdzeniem spotkałam się na przykład na jednej ze stron ue (która przynajmniej powinna mieć jakąś merytoryczną wartość), z której wynika, że w dyrektywie zawarte są 2 nakazy: całkowitej eliminacji testów i jednocześnie możliwości ich przeprowadzania na zwierzętach. O tym można  z kolei przeczytać : tutaj, podaję cytat:

„Concerning suppliers of raw materials, there’s a twofold language: on the one hand there is the 
obligation to comply with REACH with the possibility to do animal testing, on the other hand the 
European Directive asks for the ban of animal testing. It will be difficult to comply with these 
contradictory requirements.”


Z paranoją dezinformacji i informacji sprzecznych, bądź oczywiście wprowadzających w błąd konsumentów próbowałam także sama rozprawić się w tym poście: 
http://wizaz.pl/forum/showpost.php?p=26891858&postcount=1236
, patrząc na problem z punktu widzenia funkcjonowania prawa wspólnotowego. 

Co myślę? Nie wiem. Byłoby pięknie, gdyby informacje z tej strony były prawdziwe. Jednakże już zdanie: „W internecie wciąż można znaleźć listy producentów, którzy testują lub którzy nie testują swoich produktów na zwierzętach. Listy te nie są wiarygodnym źródłem informacji, są bowiem nieaktualne: obecnie żadna firma nie testuje kosmetyków na zwierzętach, bo jest to niedozwolone.” jest zdaniem nieprawdziwym i wprowadzającym czytelników w błąd. Pomijam fakt, że ogólnie na świecie nie ma zakazu testów na zwierzętach i że na rynkach azjatyckich jest wręcz taki wymóg, więc już samo sformułowanie jest totalnie nieprecyzyjne, to takiego ewidentnego zakazu nie ma prawdopodobnie nawet w samej UE (jest w jenym miejscu, a w innym prawo mówi zupełnie co innego i tworzy się swoista kolizja). Prawdą jest też, że nie wierzę, że organizacje ochrony praw zwierząt zbiorowo dostały zaćmienia umysłu i wszystkie się mylą albo starają się oczernić wspaniałe firmy. Faktem jest też, że wiele firm, które są firmami zagranicznymi wciąż sprzedaje swoje produkty w UE, pomimo tego że testują swoje składniki na zwierzętach (bądź kupują je od dostawców), a jedynym koncernem, o ktorym słyszałam, że wpada w głeboką panikę i zamierza do 2013 roku całkowicie wyeliminować testy na zwierzętach, żeby móc sprzedawać swoje produkty na rynku europejskim po 2013 roku jest koncern L’Oreal. 

Jak to się dokładnie dzieje – nie jestem w stanie Wam wytłumaczyć. Na pewno istnieje luka w prawie i jakaś w nim sprzeczność. Na pewno UE podjęła kroki w celu wyeliminowania całkowicie testów na zwierzętach, ale system jest dziurawy i kompletnie pogmatwany. 

Zapraszam Was do dyskusji, może Wy macie jakieś pomysły?

*  skrót myślowy: do kupowania testowanych na zwierzętach (po 2009 roku) składników

  • RSS