Wpisy z okresu: 5.2011

Czyli jak czerpać z nieużywania kosmetyków testowanych na zwierzętach prawdziwą przyjemność? 


1. przejrzeć kosmetyki, jakie mamy w domu i zobaczyć, które z rzeczy, które naprawdę lubimy, są cruelty – free, 

2. wybrać kosmetyki testowane, których by nam nie było szkoda nigdy więcej w domu nie zobaczyć albo wręcz, które były niewypałem i z chęcią wywalilibyśmy je rzutem skośnym przez okno albo podarowali naprawdę znielubionej koleżance ;) i z lubością zadecydować, żeby więcej nie marnować na nie pieniędzy, 

3. zerknąć na listę firm nietestujących na zwierzętach, najlepiej ją wydrukować, ucieszyć się, że jest taka długa i podkreślić wesołymi kolorami, które firmy są firmami, które lubimy (na przykład: aaaa, Bielenda nie testuje, to super! Bielendę machniemy na fioletowo. O, moje ukochane zmywacze Sensique też są cruelty – free! Sensique może być zieloniutki. Essence też jest na liście! – Essence bym może zrobiła też na fioletowo) itp., 

4. wejść na jakieś przydatne forum, gdzie ludzie wymieniają się pozytywnymi doświadczeniami związanymi z produktami nietestowanymi na zwierzętach – w tym celu radzę zajrzeć na przykład na fora wegetarian, właścicieli futrzastych zwierzątek, wątek o kosmetycznych perełkach cruelty – free na wizaż.pl (mam nadzieję, że nie zostanie to uznane za kryptoreklamę – ale myślę, że takie wątki naprawdę pomagają)

5. dać się zaskoczyć nieznanym firmom, o których wcześniej nigdy żeśmy nie słyszeli. Poszukać, popytać, wpisać w google ‚kosmetyki naturalne’ albo ‚mydlarnia’ albo ‚nietestowane na zwierzętach’. Wąchać, oglądać, delektować się jakością. Poeksperymentować z nowymi pomysłami i firmami, z nowymi zapachami,

nietestowane na zwierzętach SPA

6. Pooglądać strony internetowe, sklepy wysyłkowe. Może poczytać recenzje, może opisy. Przede wszystkim zdziwić się jak wiele firm nie testuje na zwierzakach, tylko że z powodu braku bombardowania nas reklamami w kolorowych magazynach i na billboardach nic o nich nie słyszeliśmy. Jak wiele takich firm ma całkiem konkurencyjne ceny, ponieważ nie wyrzucają milionów dolarów na ekskluzywne reklamy kobiet, którymi przecież koniecznie ‚musimy być’. Bo jak nie kupimy firmy a czy b, to już nie możemy być kobietą z klasą/tajemniczą/uwodzicielską,

7. nie stresować się pomysłem przejścia na kosmetyki nietestowane na zwierzętach! Nie spieszyć się, robić to w swoim własnym tempie, nie dać się prowokować hasłom o byciu konsekwentnym czy myśli, że jak się człowiek na coś decyduje, to automatycznie musi wszystko wywracać do góry nogami, wywalać do śmieci, nigdy już nie użyć niczego co się lubi,

8. powoli znajdować swoje zamienniki, nierzadko lepsze od testowanych koncernowych bubelków, ale z entuzjazmem! to nie ma być katorga i dług wobec zwierząt/społeczeństwa, do tego można podchodzić jako robienie sobie samemu prezentu, lepszą dbałość o siebie, bardziej wyważone wydawanie pieniędzy, rozpieszczanie własnego ciała,

9. jeśli coś jest waszym numerem jeden i absolutnie nie chcecie z tego rezygnować – nie rezygnujcie. Serio, ma to więcej sensu niż z góry zakładanie, że z powodu że lubicie akurat ten tusz albo ten puder – nie ma się co interesować produktami nietestowanymi. Po prostu dla 1 czy 2 produktów trzeba będzie zrobić wyjątek, a za to może poszukać nietestowanej chemii dla domu? Na przykład zamiast testowanych Ajaxów czy Palmolive, warto kupować polski nietestowany Gold Drop? A może zamiast Visirów czy Arielów – nasz polski Biały Jeleń jako proszek/płyn do prania? (Tak już zupełnie na marginesie, Gold Drop jest świetny, świetny, świetny! I zapach ich Eco płynu do mycia naczyć jest po prostu obłędny jak dla mnie),

10. i najważniejsze – miejcie poczucie, że codziennie robicie coś dobrego, że być może jednak liczy się to, co myślicie i macie szansę to zakomunikować, że nie wydając pieniędzy też można w jakiś sposób robić coś przydatnego. Taka świadomośc pozwoliła mi na nowo znaleźć sens w drobnych czynnościach życia codziennego :)


Moje przejście na kosmetyki nietestowane wyglądało właśnie tak. Obróciłam to w przygodę, interesującą drogę, poszukiwanie ciekawych zapachów, produktów, nowych sposobów dbania o siebie. Efekt? Bardziej cenię kosmetyki, bo znam je znacznie lepiej. Wiem, czego unikać. Nie dam sobie wcisnąć papki reklamowej, nie nabieram się na głupie sztuczki. Rzadko kupuję coś niedobranego do mnie/bubla, bo przed zakupami sprawdzam, czytam, interesuję się. Przy tym -czasami idę na żywioł, bo jestem bardziej czuła na pewne nuty zapachowe (aromaterapia). Tym sposobem czuje jakbym bardziej łapała chwilę. No i niektóre zapachy kojarzą mi się z ludźmi bądź miejscami – np. sole do kapieli firmy Estetica albo mydełko bzowe z Mydlarni ;) Do tego poszerzyły mi się horyzonty (wcześniej w życiu o czymś takim jak sprawiedliwy handel nie słyszałam, teraz kupuję chętniej produkty biodegradowalne, popieram pewne hasła reklamowe, a inne nie, w czym pomogła mi teoria o głosowaniu pieniędzmi itp.). No i – najważniejsze – poznałam przy tym kupę fajnych ludzi! 

A Wy co o tym myślicie? Trudno było/będzie? Jesteście gotowi porzucić wszystkie testowane kosmetyki od zaraz? Ile czasu Wam to zajęło? Zapraszam do dyskusji (także kompletnych nowicjuszy, którzy zaglądają, ale jeszcze nie są całkowicie cruelty – free!) 

Dzisiaj szybka notka o Mydlarniach. Mydlarnie to takie sklepy ‚dla kobiet’, jak to wyraziła moja koleżanka z forum. Pełne zapachów, soli i bomb do kąpieli, mydełek, glinek, świeczek, olejków do masażu i kosmetyków. 


Ot, takie sklepy gdzie można kupić prezent sobie samemu tudzież przyjaciółce/dziewczynie/koleżance/mamie na Dzień Matki. Taki sklep z mnóstwem cudeniek. Mydlarnie są zazwyczaj w większych miastach, ponieważ nie są to tanie sklepy i na pewno nie wszędzie się przyjmą. 

Dziś chciałam trochę napisać o mydlarniach wrocławskich, bo tylko o tych mydlarniach coś wiem. Dwie główne mydlarnie, jak się okazuje, są ze sobą połączone i należą albo do tej samej osoby albo do grupy przyjaciół (tak dokładnie nie zrozumiałam). Ponoć obie Mydlarnie sprzedają kosmetyki wyłącznie nietestowane na zwierzętach, chociaż ja znalazłam takie zapewnienie tylko na stronie mydlarni na Ruskiej. Jednak zapytałam Panią sprzedającą w Mydlarni przy ul. Ruskiej i od niej się dowiedziałam, że strona internetowa niestety jest odrobinę nieaktualna i m.in. dlatego nie ma wzmianki o Mydlarni na Wita Stwosza, też sprzedającej kosmetyki nietestowane na zwierzętach. Pani z Mydlarni na Ruskiej jest przemiła, chętna do pomocy i wie, co ma w sklepie. Wypytałam ją o wszystko, poprosiłam o radę, wypróbowałam krem, dowiedziałam się co jest zrobione wyłącznie z dodatków roślinnych – jednym słowem o wszystko Panią wypytałam, na co dostałam odpowiedzi bez cienia zniecierpliwienia. Można tam kupić kosmetyki m.in. takich znanych firm jak Organix, Dabur, Biały Jeleń (np. proszek do prania), Kanu, Organique i wiele firm zagranicznych, które pierwszy raz na oczy widziałam. Ogólnie rzecz biorąc, każdemu, kto kocha kosmetyki pachnące, naturalne, ekskluzywne itd itp polecałabym wizytę w jakiejś Mydlarni. Swoją drogą, tutaj mały apel do Dziewcząt z innych miast – jeśli odkryjecie jakieś Mydlarnie w Waszych miastach i będą to Mydlarnie mające w ofercie kosmetyki nietestowane na zwierzętach – dajcie proszę znać! :)

Linus wreszcie zapuścił paznokcie. Po latach obgryzania zapuścił, no i siłą rzeczy się zaczął rozglądać po półkach z lakierami. Do tych zapuszczonych paznokci właśnie. Bo paznokietki to może i nie szpony, nawet nie pazury, ale Linus jest z siebie i tak bardzo dumny. I tak się rozglądając po miejscu grzeszków kosmetycznych, co to się drogerią zwie, oczy przetarł ze zdziwienia, bo te półeczki pełne urokliwych kolorów zamkniętych w eleganckich buleteczkach o różnych regularnych kształtach bardzo się okazały pociagające. Miały one urok nieprzenikniony, wręcz taki skropiony tajemnicą, nasączony odcieniem pasującym do aktualnego ubioru. I nawet do humoru pasujący. I do pory roku. I do sezonu. I okazji. Niektóre matowe, kolorowe, wesołe. Cytrynkowe, limonkowe, krzykliwe. Inne lekko speszone, przygaszone w swojej myszkowatości, niepewne. I te połyskujące jak gwiazdka i te zupełnie bez blasku. Lekko fluorescencyjne. Z lekkimi drobinkami. Wybór taki niemały, aż trudno się było zdecydować. I wtedy pojawił się ON. Delikatny, z tych bardziej nienachalnych. Uśmiechający się zachęcająco. No i ten napis – pachnę podczas wysychania. Nie no, tego Linus już sobie nie mógł odpuścić.


Niniejszym dzisiaj przedstawiam moje najnowsze odkrycie – lakier My Secret 140 Lilac. Tak szczerze szczerze to nie dawałam mu zbyt wiele szans, gdyż po lakierze za raptem 5 zł nie spodziewałam się wiele (zwłaszcza, że lakier Revlona, 6 razy droższy, był dla mnie totalną porażką). Pomimo tego, urzekającego dla mnie, koloru i pomimo tego pozornie zwodniczego napisu, że pachnie. 

My Secret Lilac

I co? I powiem szczerze, że lakier mnie zaskoczył. Pozytywnie! 
Dość fajnie się nakłada. Trochę gorzej kryje, ale z dwiema warstwami można już wyjść do ludzi. Co do trwałości się nie wypowiadam, bo wyjątkowo położyłam bezpośrednio na płytkę, a nie na bazę (bo Linus niecierpliwy się ostatnio zrobił i tak bardzo ten kolor prosił o wypróbowanie….). Polubiłam od pierwszego użycia. A no i ten zapach – naprawdę całkiem przyjemny! Ogólnie jestem na wielkie tak. Czy KWC to nie wiem, ale na pewno do ponownego kupienia. 

P.s. Wybaczcie stan moich paznokci, nie wyglądają obecnie najlepiej pod słońcem, ale nie chciałam przez to zalegać z notką.

Czas przyszedł dziś na pierwsze zdjątka. Wcześnie trochę na jakieś sensowne recenzje dotyczące kupionych przeze mnie kosmetyków, ale lakier można spokojnie wrzucić na bloga. Po moich ostatnich ekscesach z jasnofioletowym lakierem Revlona, rzuciłam się w drogerii na lakiery Catrice. 


Lakier Catrice
 
Lakier kosztował 2, 50 euro i ogólnie to go polubiłam. Ma kremową, dość łatwą do rozprowadzenia konsystencję i całkiem nieźle kryje. Po 2 warstwach kryje nieźle, acz nieidealnie. Natomiast wystarczająco, żeby go tak naniesiony nosić. Cena dość korzystna w stosunku do jakości. Nakłada się ładnie, ale robi prześwity. Konsystencja kremowa. W porównaniu do lakierów Revlona (przynajmniej tego fioletowego odcienia), to konsystencja – bajka, natomiast przy lakierze Zoyi i China Glaze wypada dość blado. Niewiele jeszcze mogę powiedzieć o trwałości, ale mam nadzieję, że będzie znośna. Ogólnie: polecam, ale swoim lakierem wszech czasów to chyba bym go nie nazwała (Zoya i China Glaze wydają się być lepsze). 

Pozdrawiam Was serdecznie ze słonecznej Polski. Wreszcie udało mi się tu, całej i zdrowej, dotrzeć. Dziś już nie będzie żadnej nowej notki – recenzji, ponieważ za późno wstałam (jet lag, osobom które nigdy nie podróżowały przez ocean pragnę donieść, że mi się dzień z nocą przestawił, w związku z tym w ciągu dnia chce mi się spać, a w nocy już niekoniecznie), ale może coś na dniach uda mi się wstawić. Bo co wstawiać jest, oj jest! Po pierwsze, mój lot był tak śmiesznie ustawiony, że miałam prawie 8h do spędzenia w Niemczech. Tam oczywiście zagoniło mnie do lokalnej drogerii i tu się zaczęło buszowanie po półkach cruelty – free. Cóż za wybór! I całkiem znośne ceny! Przede wszystkim wybór produktów Essence był jakoś z trzykrotnie większy niż wybór w mojej Drogerii Natura. Pomijając fakt, że wreszcie dorwałam, tak zachwalane, produkty Catrice. Szukałam też namiętnie P2 (znana niemiecka marka drogeryjna), tego się niestety już nie doszukałam. Po rocznym oglądaniu filmików na YT, wreszcie udało mi się dorwać kilka produktów w moje łapki. Po pierwsze, rzuciłam sie na osławioną już maskarę Multi Action z Essence. Tyle o niej słyszałam, ale po prostu musiałam ją mieć. Po drugie, po moich nieudanych przygodach z lakierem Revlona, postanowiłam wypróbować miętowy lakier Catrice. Po trzecie, pomadki wyglądały bardziej niż smakowicie, a po czwarte nie powstrzymałam się też od kupienia cieni do powiek, szczególnie cienia Welcome to Miami Peach, który to cień recenzowała już chyba każda Niemka, której kanał subskrybuję na YT. Na razie użyłam tylko szminek i Multi Action (pierwsze wrażenia bardziej niż pozytywne). Miałam parę zgryzów przy kupnie, np. bardzo zachęcająco patrzyły na mnie produkty do pielęgnacji firmy Logona, w Stanach w takich cenach, że uszy opadają ;), a tu w cenach w miarę jeszcze uchodzących, inne lakiery Catrice (fiolet!), błyszczyki Essence itd., ale byłam dzielna.


W końcu, po 22h podróży (przez tę przerwę w Niemczech….), dotarłam do Polski. Zmechacona do granic możliwości przeżyłam wszystkie powitania, całusy i tarmoszenia od rodziny i już miałam kłaść się szybciutko spać, kirdy przez myśl przeszło mi, że my przecież potrzebujemy szczoteczki i kilku drobiazgów kosmetycznych ze sklepu…
Wyjście do sklepu zaoowocowało spędzeniem tam prawie 2h, gdzie, doprawdy niestrudzona, obmacałam i obwąchałam połowę kosmetyków. Niewiele mniej zresztą kupiłam. Wniosek, jaki mi się nasuwa: nigdy nie idźcie do sklepu z siostrą cioteczną, która móże wam ewentualnie za kilka rzeczy zapłacić. Wniosek drugi, już po użyciu kosmetyków: Dziewczyny! Wy tu macie kopalnię, wylęgarnię i zbiór kosmetycznych klejnotów! Peeling Perfecty sto razy lepszy niż jakikolwiek inny „ekskluzywny” peeling cukrowy, jaki używałam do tej pory, szczoteczki do zębów Jordana super (jedyna rzecz, jakiej do tej pory nie znalazłam nietestowanej w USA :( ), wybór maseczek Bielendy mnie powalił, seria Powitanie z Afryką mnie bardzo pozytywnie zaskoczyła, żele pod prysznic Ziaji już dawno są moim numerem jeden (nawet mój małż zwrócił uwagę, że to coś bardzo fajnego kupiłam) a szampon Joanny, jak na razie, bardzo przemówił efektem na włosach. Oczywiście za wcześnie na prawdziwe recenzje i moje typy bądź antytypy, ale ale – to już nei te czasy kiedy od polskich kosmetyków z tanich składników dostawało się pryszczy, mydeł nie można było zmyć, a szampony powodowały wypadanie włosów ;) Viva Polonia!

A na dniach obfocę wszystko nowe, co mi ostatnio potajemnie i oczywiście zupełnie bez mojego udziału :P wpełzło do kosmetyczki tudzież łazienki i postaram się opisać, napisać i recenzować co się da (nie wszystko się da, bo sporo jest zupełnie nowych rzeczy, których nie używałam wystarczająco długo). 

Eos

Brak komentarzy

Planowałam dziś porobić fotki moich nowych zdobyczy urlopowych ( a także nowego aparatu,. mój się wytarzał niestety we Florydowym piasku :>), ale niebo zachmurzone jak licho, więc tylko, w ramach testów aparatu, machnęłam fotkę mojemu być może najciekawszemu produktowi. 


Balsam do ust EOS wygląda jak małe gumowe jajko – niespodzianka. Pamiętam że widziałam te produkty na niemieckich kanałach YT i bardzo mnie zaciekawiło, cóż to za nowy wymysł w dziedzinie pielęgnacji ust. Szczerze mówiąc to jeszcze go nie używałam, więc i niewiele mogę powiedzieć, ale opakowanie jest na tyle przykuwające uwagę, że postanowiłam wkleić chociaż zdjęcie opakowania. 

Aha, EOS ma na opakowaniu napis not tested on animals, a do tego 
w jednym z ich maili – odpowiedzi napisali, że są cruelty – free w 100% (
http://veggiebeauty.com/cruelty-free-statement-eos/
)
. Natomiast przyznam się bez bicia, że nie widziałam ich nażadnej liście więc osobom chcącym mieć 200% ;) pewność nie polecałabym. Mnie się wydawalo, że widziałam ich na liście, ale musiałam ich pomyrdać z inną firmą.

Cena ok 3$ z podatkiem, czyli ok 9 zł – da się przeżyć. O działaniu na razie nie mogę niczego powiedzieć, ale napisane jest, że produkt w 95% ekologiczny. Ciekawe czy do dostania w Polsce?
EOS lip balm

:)

5 komentarzy

Wybaczcie krótką przerwę w blogowaniu, ale od kilku dni przebywałam, że tak powiem, na urlopie. Teściowie byli akurat na wakacjach na Florydzie i po ostatnich wydarzeniach (oni chyba do końca nie uwierzyli, że obydwoje z mężem żyjemy i dobrze się mamy), zażyczyli sobie, żebyśmy ich odwiedzili chociaż na 3 dni. Teściów mam przefantastycznych, Floryda brzmiała bardziej niż ok, decyzja została podjęta z dnia na dzień. Co uważniejsi na pewno zwrócili uwagę, że siła nałogu jest jednak przeważająca i że okresowo pojawiałam się na wizażu. 


No początek parę ogłoszeń. Po pierwsze, bardzo serdecznie i z całego serca dziękuję Bloggerce Czarny Elf za nominację do sunshine award. Bardzo mnie to ucieszyło, ale i odrobinę zasmuciło, bo – jak osoba wciąż początkująca nie posiadam nawet 10 blogów, które mogłabym nominować! Postaram się jednak nominować te parę, które mam na liście (bądź na oku ;)

Link do bloga Czarnego Elfa 
http://czarnyelf.blogspot.com/

Zasady:

1. Podziękować za wyróżnienie.
2. Zamieścić link do bloga osoby, która Cię wyróżniła.
3. Wkleić logo wyróżnień.
4. Przekazać nagrodę do 10 blogów.
5. Zamieścić linki do tych blogów.
6. Powiadomić nominowane osoby(postaram sie Was powiadomic w ciagu kilku nastepnych dni)
7. Stworzyć listę rzeczy, które czynią Cię szczęśliwą.



Tym samym blogi, które chciałabym wyróżnić znajdują się głównie na mojej stronie w linkach, ale chciałam dodać coś jeszcze.

Więc blogi, które chciałabym wyróżnić to:


Za tematykę bardzo bliską mojemu sercu oraz bardzo jasny, prosty i konsekwentny przekaz. Sorbet pisze co jej na duszy leży nie owijając w bawełnę, ale i nikogo nie krytykując i nie próbując zrazić. Dla osób zainteresowanych tematem bardzo przyjazny blog.


Za poruszanie trudnych, często niewygodnych tematów i konsekwentną obronę wartości. Za to, że Bellablumchen nie boi się być sobą i konsekwetnie o prawo do bycia sobą walczyć. Za bardzo ciekawą tematykę i odwagę w pokazywaniu innym tego, na co inni mogliby się nie zdecydować. Szanuję bardzo ludzi, którzy chcą innym coś przekazać i nie boją się tego przekazywać. Za zaproszenie do dialogu, który nie jest płytki i z którego coś może wynikać.


Kolejny blog bliski mojemu sercu z uwagi na tematykę. Pomijam fakt, że osobiście bardzo lubię Panią Filifionkę i kojarzę ją z wyważonych wypowiedzi i inteligentnych pytań/podsumowań, blog zapowiada się bardzo ciekawie.


Bardzo dobrze zapowiadający się blog, znów o bliskiej mi tematyce. Ładna szata graficzna, ciekawa prezentacja produktów. 


Kolejna nominacja może odrobinę zaskoczyc, gdyż nie jest do końca związana z nietestowaniem kosmetyków na zwierzętach, ale uważam, że i tak nominacja zasłużona. Siulka jest mistrzem dokładnych wyczerpujących opisów i odpowiedzi na wszelkie pytania (polecam bardzo serdecznie jej wątek na wizaż.pl piechotą do lata z Siulką, KOPALNIA wiedzy). Do Siulki zaglądam podpatrzeć jej recenzje Lusha, Elfa, Barry M, Art Deco, IsaDory i Essence. Nie umieściłam w linkach, bo czułabym się z tym źle, jako że sporo z jej kosmetyków jest jednak testowanych, a ja nie bardzo chcę wprowadzać Was w błąd. Natomiast zaglądam i lubię, tylko wybieram treści dla mnie przeznaczone ;) Pozdrowienia Siulku :*


Jeden z moich ulubionych blogów wszechczasów. Gdybym zobaczyła Pseudoerbse na ulicy, to pewnie stanowiłybysmy piękny kontrast ;), ale jak bardzo inna ode mnie by nie była, nie da się nie patrzeć na nią z podziwem. Blog – bajka. Bardzo piękny sposób wypowiedzi, gruntowny reaserch wszystkich tematów, wielokrotne sprawdzanie i podanie źródła informacji, które ogłasza, tolerancyjne, otwarte na dialog podejście, dojrzałość i inteligencja. Kompletnie nie mój styl ubioru a nawet i życia, w wielu sprawach się z nią nie zgadzam, ale musiałabym być hipokrytką, żeby jej tu nie wymienić. Dziewczyna ma klasę, rozum i dokonuje własnych wyborów, nikogo nie oceniając i nikogo nie potępiając, ma swoje ideały, ale zna ich ograniczenia. Nie jest żyjącą w obłokach marzycielką; marzy jej się świat bez okrucieństwa i wyzyskiwania ludzi i zwierząt, ale wie, że pewnych rzeczy nie da się osiągnąć. Zna realia i jest świadoma co stoi za koncernami, polityką, jakie są konsekwencje decyzji, które podejmuje. Dla znających niemiecki – lektura bardziej niż obowiązkowa, nieważne czy interesują się tą tematyką czy nie. Dziewczyna jest po prostu fascynująca. 

Tyle na razie przychodzi mi do głowy, jeśli jeszcze sobie o jakimś przypomnę, to na pewno wkleję. 

Nad listą rzeczy, które czynią mnie szczęśliwą musiałabym nieco pomyśleć – a to dlatego, że w ciągu ostatnich paru lat z kompletnego ponuraka stałam się osobą po prostu szczęśliwą i zadowoloną z życia ;)

Za 4 (5?) dni lecę do Polski. Jestem bardzo podekscytowana i nie mogę się doczekać, ale ostatnie parę tygodni to było życie na wariackich papierach. 

Na koniec mała wzmianka i kilka obserwacji z urlopu:
a) niezbadana jest siła nałogu. Z urlopu zamiast z pamiątkami to wróciłam z paroma nowymi kosmetykami cruelty – free
b) tusz do rzęs Physicians Formula, jak bardzo bym go nie lubiła, nie nadaje się absolutnie do makijażu w wilgotnym powietrzu
c) eyeliner Revlona zostanie, gdzie jest, nawet przy 35 stopniowym upale
d) dezodorant Alva jest prześwietny
e) jeśli nie macie cierpliwości do nakładania lakieru do paznokci 3 razy, to niech Was ręka Przeznaczenia broni przed skuszeniem się na jasny fiolecik Revlona. Niecierpliwym polecam zainwestowanie w Zoyę. Chyba mnie pokarało za tę pazerność w sklepie, słowo Smerfa (tak tak, wiem że tak naprawdę to Smurf, a nie Smerf, ale w końcu to polski blog nie? :D) Natomiast jeśli cierpliwość jest Waszym powodem do dumy to kolor, zwłaszcza w lecie i na opalonych dłoniach, piękny. Wkrótce recenzja. 
f) wkrótce pojawią się tu nowe recenzje, miejmy nadzieję, że na dniach uda mi się coś powstawiać 

Na razie tyle ode mnie :) Pozdrawiam Was bardzo serdecznie


Jak wiecie, miałam ostatnio kupę stresu. Na szczęście wszystko dla nas skończyło się dobrze, teraz nawet układa nam się wyśmienicie, urlop, nowe mieszkanko, które jest nieporównywalnie lepsze od poprzedniego, wyprowadzka, wspaniałe plany na lato – jednym słowem kupę szczęścia w kupie nieszczęścia. Jednak stres był i pozostał. Do dziś jak ktoś wspomina słowem tornado to dostaję ataku nerwowego (jakoś tak siła wyższa, przeżyłam prawdziwe chwile grozy). Jednym słowem STRES. A żeby pozbyć się stresu, jak dla mnie, prawie wszystkie chwyty dozwolone ;) 


A tak serio to aromaterapia ma ogromny wpływ na moje samopoczucie i ostatnio w ruch poszły moje najulubieńsze gadżety pomagające technikom relaksacyjnym – olejki do masażu Kanu


Kanu czekolada pomarańcza Kanu zielona herbata

Na olejki Kanu trafiłam kiedyś przez zupełny przypadek (chyba w jednej z mydlarni) i zakochałam się w nich bez pamięci. Pierwszym z ich olejków, który padł moją ofiarą był olejek o zapachu czekolady i pomarańczy. Kocham, po prostu kocham ten zapach. Oczywiście trzeba uważać, gdyż zapach jest bardzo słodki i dla niektórych może być wręcz mdły i nieprzyjemny, dlatego też polecam jego powąchanie przed zakupem ;) 
Kolejnym z tej serii była zielona herbata. Świeży, ale delikatny, bardzo bardzo przyjemny. Te olejki to moje Kosmetyki Wszech Czasów w tej kategorii. Używam ich od prawie 3 lat. 

a) szalenie wydajne
b) wspaniały wybór zapachów
c) lekka konsystencja
d) nie brudzą ubrań
e) nie stają się lepkie podczas masażu, jak wiele innych środków do masażu ma w zwyczaju – a czego nie cierpię, nie znoszę
f) nie brudzą ubrań
g) nie są lepkie ani bardzo oleiste
h) nadają skórze jedwabistą gładkość
i) uspokajają
j) wyrób wegański, polski i oczywiście nietestowany na zwierzętach (ale to się rozumie samo przez się, prawda? ;) )

Każdemu, kto lubi takie gadżety bardzo serdecznie polecam. Idealne też na prezent. 

Jestem. Staram się jak mogę nie myśleć o tym, co było (choć dziś lub jutro idę do domu koleżanki, a w zasadzie do tego, co z tego domu zostało, żeby jej pomóc się pozbierać po tornadzie. Jej dom był bezpośrednio uderzony przez tornado i chyba jedyny, który ostał się na jej ulicy) i w miarę wrócić do normalnego życia. Przez ostatni tydzień nie używałam kosmetyków, nie chodziłam na zakupy i nawet nie byłam na necie (zerwało w większości miasta linie energetyczne i inne). Ostatnio jednak musiałam sobie przypomnieć, że po pierwsze, musimy się przeprowadzić (długa historia), a po drugie, że za 2 tygodnie lecimy do Polski. Dlatego dzisiejsza notka będzie trochę z tym wyjazdem związana. Zdałam sobie dziś sprawę, że to już za 2 tygodnie. 


Przez ostatni tydzień nie malowałam się prawie wcale, ponieważ czułabym się nie na miejscu i głupio pośród ludzi, którzy nierzadko stracili wszystko, a po ulicy spacerują w koszulce z donacji. Jakoś tak czułabym się brudna, nietaktowna taka odstawiona, jakby moim jedynym celem życiowym były kosmetyki i ubrania. No ale za 2 tygodnie jadę do Polski, a Polska to jest inna sprawa. W Polsce jeśli spotkam sąsiadów bez makijażu i nie odstawiona, to pierwsze co usłyszę to albo złośliwe docinki albo szczerą troskę, że poupadam w tych Stanach. 

W związku z tym najpierw przejrzałam mój kuferek z kosmetykami, w później zaczęłam myśleć o tym wszystkim, co przez te ostatnie miesiące tu chciałam sobie kupić w Polsce, a o co trudno w Stanach (albo cena poraża tu, a nie poraża w Polsce). No i padłam. Na liście kosmetykowej mam tyle pozycji, że można zemdleć. W związku z czym postanowiłam wybrać 10 najbardziej ciekawych produktów i może potem z nich 5, które na pewno kupię (w nawiasach podałam linki do recenzji na KWC, mam nadzieję, że to nie jest niezgodne z jakimś regulaminem):

1. Oriflame, Happy Relaxing, Orange Scented Hand Creme (Relaksujący krem do rąk)
2. Inglot, Zmywacz do paznokci bez acetonu
3. Bell, Multi Mineral, Anti – Age Concealer (Korektor w płynie z minerałami)

4. Argiletz, Maseczka z glinki (miałka i w tubce)
5. Organique, Puder do kąpieli na wagę (różne rodzaje)
6. Vipera, Color of Rouge, Róż Collage

7. Hean, Maxxi Lash Flexi Mascara 
8. Wibo, Extreme Lashes Volume Mascara
9. Pixie Cosmetics, Korektor kamuflażowy
10. Pollena-Ewa, Eva Natura, Maseczka oczyszczająco – wygładzająca peel off

Ok, jest to lista kosmetyków albo występujących tylko w Polsce albo takich których, z jakichkolwiek powodów, nie mogę dostać tutaj. Jedynym powodem, dla którego nie ma na niej kosmetyków Biochemii Urody, Zrób Sobie Krem, Kanu bądź MySecret (StarDust!)  jest to, że chwilowo mam masę kosmetyków z tych firm ponieważ moja rodzina zrobiła mi niespodziankę i wysłała mi kolejna paczkę z Polski.  Poza wyżej wymienionymi poważnie się będę zastanawiała nad kosmetykami Balm Balm, niedostępnymi w USA, kosmetykami LilyLolo, które musiałabym zamawiać z UK oraz pyłkami do oczu Barry M. Także zrobię na pewno nalot na mydlarnię na Ruskiej we Wrocławiu, ponieważ mają na stronie wyraźne oświadczenie, że żadne ze sprzedawanych przez nich kosmetyków nie jest testowane na zwierzętach (
http://www.mydlarnia.wroc.pl/kontakt.html
).  

Gdybym z tych 10 miała fundusze na wybranie 5 (co jest calkiem możliwe, to wybrałabym); tusz Hean, róż Vipery, puder do kąpieli Organique, korektor Bell (nie mogę nigdzie znaleźć mojego KWC nad KWC Almay Line Smoothing Concealer) i korektor Pixie. Dajcie znać jeśli macie jakieś typy, o których koniecznie powinnam wiedzieć ;)

Aha, na koniec chciałabym dodać, że wiem, że ostatnio w modzie są wszystkie makijaże typu smoky eye, ale często trudno jest znaleźć odpowiednie kosmetyki wśród tych cruelty – free, dlatego też podaję linka do makijażu zaproponowanego przez Pseudoerbse. Zazwyczaj używa ona kosmetyków nietestowanych, chociaż przyznała się ostatnio, że niekiedy do listy kosmetyków wkradnie się jakiś kosmetyk, który był bądź prezentem bądź o którym nie wiedziała, że testowany (ale i tak rzadko, ten makijaż ma chyba tylko kosmetyki nietestowane na liście). P2 jest drogeryjną marką niemiecką typu Essence, ale nie sądzę, żeby dało się ją dostać w Polsce, z resztą kosmetyków nie powinno być problemów. 

Dziękuję wszystkim za wiadomości, komentarze i inne sposoby komunikacji ze mną. Muszę powiedzieć, że w ciągu ostatnich dni dostałam tak wiele wiadomości, ciepłych słów i ofert pomocy, że na pewien czas moja wiara w ludzi została całkowicie przywrócona. Także społeczność, w której mieszkam prędko się zorganizowała sama i zaczęła pomagać komu mogła. Sami oddaliśmy wszystko, co mogliśmy, żeby pomóc: niepsującą się żywność, ubrania, koce, środki czystości, ale jak przyjechaliśmy do tymczasowych ośrodków pomocy to opadła nam szczęka. Ludzie pracowali sami, przywozili co mogli, składali się lokalnie na ciężarówki pełne jedzenia i wody, sami kierowali ruchem bądź starali się brać udział w akcji ratowniczej. Prawie każdy, kogo znam, w czymś pomógł. Tak więc głowa do góry, z ludzkością naprawdę nie jest tak źle!
Życie tutaj na pewno jeszcze długo będzie nie takie jak z przed tragedii, ale powoli powoli wraca do normy. Oczywiście, życia zmarłym to nie przywróci, ale zniszczone domy i budynki da się odbudować. No i z dobrych wiadomości, wczoraj jeszcze udalo się wydobyć spod gruzów trójkę wciąż żywych ludzi. 
Czuję się nieco głupio w obliczu całej tej tragedii pisać o kosmetykach, ale myślę, że może tak będzie najlepiej. 
W każdym razie pozbierałam kilka moich starych zdjęć i postanowiłam chociaż wrzucić parę swatchy. Zdjęcia robione były pod różnymi kątami, żeby było widać kolory w różnym świetle. Kolory są dośc dobrze zachowane. Są to swatche 6 próbek cieni firmy LA Minerals: Moonlight, Crush, 1st Boyfriend, Satin Sheets, Hip-Notic, Eggplant. Ogólnie jestem z tych cieni zadowolona, mają ładne kolory i na bazie trzymają się bez zarzutu. Ba, nawet używałam ich bez bazy i całkiem dobrze się miały. Niestety nie umiem za bardzo ocenić jak trzymają się bez bazy, ponieważ już od dawna nie uzywam niczego bez bazy. Mają bardzo przyjemną do nakładania konsystencję, ale skład jest mniej przyjazny, ponieważ zawiera silikony. 
Swatche LA Minerals
LA Minerals Swatches

  • RSS