Wpisy z okresu: 4.2011

Przepraszam wszystkich podczytujacych mojego bloga, przez jakis czas nie bede tu obecna (to samo dotyczy wizaz.pl). Pewnie nie wszyscy slyszeli, ale przez kilka stanow (m.in przez moj) przeszlo wczoraj kilka smiertelnych tornad o srednicy prawie 2 km. Sama prawie stracilam meza, moje miasto jest w polowie zdewastowane. Mnostwo osob nie zyje badz jest w stanie krytycznym. Wybaczcie, ale sa takie dni kiedy slow po prostu brakuje. Kosmetyki nie sa teraz tym, o czym stale mysle. W domu stracilam tez internet. Wroce kiedy bedzie to mozliwe. 


P.s. Usciskajcie swoich najblizszych, nie kloccie sie z nimi o pierdoly i poswieccie sobie troche czasu. Kiedy smierc zaglada nam w oczy wszystko, poza rodzina, staje sie malo wazne. 

Wpadłam dziś na jedną ze stron i znalazłam notkę o tym jak trudno jest zostać wpisanym na listę The Leaping Bunny. Na pytanie odpowiedziała właścicielka jednej z certyfikowanych firm (Cactus&Ivy, z tego co wiem niedostępna w Polsce). Z maila wygląda na to, że bycie na liście wcale nie jest trudne. Mówiąc dosadnie – jest nawet bajecznie proste. Pytanie tylko dlaczego, jeśli faktycznie jest to bardzo nieskomplikowany proces, tak niewiele firm się o takie certyfikaty stara? 


Dobre pytanie, prawda? Coś tu, że tak powiem, śmierdzi.

No nic, podaję linka do notki z fragementem maila: 
http://www.livingcrueltyfree.com/2011/04/10/leaping-bunny-questions/
Wynika z tego, że żeby się dostać na taką listę, to trzeba mieć tylko oświadczenie, że samemu się nie testuje oraz pisemne oświadczenia od dostawców, że oni także niczego takiego nie przeprowadzają. Skomplikowane, że każdy licealista byłby w stanie sam to zrobić. 

Dzisiaj kolejna notka o różach mineralnych. Chodzi o róże firmy Signature Minerals. Najpierw trochę o samej firmie. Zainteresowałam się nią, ponieważ sprzedają próbki, na dodatek darmowe próbki. Jedyne co to trzeba zapłacić za przesyłkę (ale w przypadku gdy i tak chcemy od nich coś kupić, próbki są zupełnie darmowe). Kosmetyki oczywiście nietestowane na zwierzętach. Jednorazowo można zamówić komplet 6 darmowych próbek, ale przy każdym nowym zamówieniu można zamówić kolejny komplet.  Darmową próbkę konkretnego koloru można zamówić tylko raz, ale istnieje szansa zamówienia płatnej próbki tego samego koloru/odcienia (2.5 $, które przy różach i cieniach starcza na naprawdę długo) ile razy nam się żywnie podoba. Poza tym można wybrać 6 próbek spośród wszystkich oferowanych produktów – cieni, róży, pudrów, korektorów, podkładów. Dodatkowo, jeśli mamy ochotę złożyć większe zamówienie, a nie tylko na 6 kolorków, zawsze można dokupić kolejne kolory za 2,5$ w tym samym zamówieniu. (Ja na przykład zamówiłam 8 próbek, 6 było darmowych, za 2 zapłaciłam).

Co do przesyłki – była po prostu błyskawiczna. Mieszkam dość blisko siedziby firmy i przesyłka doszła do mnie następnego dnia po zamówieniu! Musiała być wysłana dosłownie godzinę po złożeniu zamówienia. Smiley
Co do samych kosmetyków nie mam zastrzeżeń, ale za to mam przestrogę dla zainteresowanych – uważajcie z wyborem kolorów, odcienie sa naprawdę dla bladziochów. Bronzer, który kupiłam, z powodzeniem może mi służyć w lecie jako podkład, a ja jestem naprawdę bladolicą blondynką ;)

A teraz swatche róży:

Signature Minerals BlushesSignature Minerals blushes
Swatches SM seashell, rose, adobe sun Signature Minerals swatches
Róże są bardzo bardzo delikatne na policzkach. Nie da się prakycznie nimi zrobić sobie krzywdy, nie są zbyt widoczne. Idealne dla osób, które dopiero próbują swoich sił z różami, natomiast nie polecam osobom lubiącym mocny rumieniec. Szczególnie Seashell jest bardzo transparentny i w zasadzie niewidoczny. Moim zdecydowanym ulubieńcem jest Adobe Sun – piękny delikatny, jakby wpadający w łososiowy odcień. 

Starałam się pobawić światłem i ustawieniami, żeby pokazać kolory w różnym świetle. Myślę, że najbardziej zbliżone do rzeczywistego koloru jaki róże dają na policzkach jest zdjęcie trzecie. 

P.s. Dopiero zdałam sobie sprawę, że nie wszyscy o tym wiedzą, ale na wizaż.pl (nie, to nie jest kryptoreklama, ja po prostu stale tam przebywam :D) co jakiś czas organizowane są wspólne zamówienia do przeróżnych firm typu firmy mineralne, Elf, NYX – również do Signature Minerals. 

Dziś swatche lakieru China Glaze, o którym niedawno pisałam . 


China Glaze sex on the beach China glaze lakier
Jeśli chodzi o markę China Glaze to niestety jej nietestowania nie mogę potwierdzić dowodem z żadnej listy. Informacja o tym, że nietestują pochodzi z forum wizaż.pl, dlatego osobom, które chcą być w 100% pewne, że kosmetyki, które kupują są nietestowane na zwierzętach polecam jako zamiennik inne marki (np. wegańską Zoyę). 

Starałam się zrobić dobre zdjęcia, ale wciąż nie jestem zadowolona. Z około 12 wybrałam te 2, chociaż kolor różni się w zależności od oświetlenia. Podoba mi się ten odcień lakieru nie tylko dlatego, że mi się podoba ;), ale też dlatego że jest troszkę zmienny. Generalnie jest różowy, ale przy niektórych odcieniach fioletu (bardziej śliwkowego odcienia), wychodzą z niego fioletowawe tony, tak więc pasuje do obu kolorów ubrań. Starałam się to uwiecznić na zdjęciach, ale chyba wyszło średnio. Lakier w pełnym słońcu ma interesujące złote refleksy. 

Jeśli chodzi o trwałość, to trzyma się jak OPI (przypominam maniaczkom nietestowanych kosmetyków, że OPI wylądowało na czerwonej liście, obecnie należy do Coty). Z bazą pod lakier i na lakier Revlona (którą też niedługo będę recenzować) trzyma się u mnie w stanie praktycznie niezmienionym już ponad tydzień. Lakier położony bezpośrednio na płytkę wyglądał tak sobie po około 3 dniach, widać było powoli krawędzie. Ogólnie jednak jestem bardzo z niego zadowolona i polecam. 


***

Na koniec chciałam jeszcze dodać, że jakiś czas temu wpadłam na kilka wegańskich kanałów na YT (niestety po niemiecku) i, pomimo, że sama nie jestem weganką, bardzo wciągnęłam się w ich oglądanie. Muszę przyznać, że trochę z powodu inteligencji i dojrzałości, z jaką wypowiadają się dziewczyny opowiadające o weganiźmie, opowiadając co skłoniło je do przejścia na taką dietę, jak sobie z tym radzą. Uważam, że w fantastyczny i przystępny sposów rozwiewają wątpliwości i starają się podejść do popularnych w społeczeństwie stereotypów dotyczących wegan. Pseudoerbse wypowiada się także w innym filmiku m.in. o odpowiedzialności, która w pewien sposób spada na osoby robiące filmiki na YT, które mają ogromny wpływ na młode dziewczęta takie filmiki oglądające. Ma ona swoją stronę cruelty – free, na której dużo pisze o polityce firm dotyczącej testowania. Dziewczyny podają także wiele interesujących przepisów kulinarnych oraz recenzują kosmetyki. Bardzo mi się podoba dojrzałość, z jaką się wypowiadają. Dlatego postanowiłam wkleić dziś na moim blogu kilka linków. Nie dlatego, żeby kogokolwiek przekonywać do przejścia na dietę wegetariańską czy wegańską (zresztą sama nagrywająca filmik mówi, że jakiekolwiek przekonywanie osób, które same nie czują takiej wewnętrznej potrzeby nie ma sensu, gdyż tacy wegetarianie/weganie zazwyczaj po jakimś czasie rezygnują tak czy siak i na dłuższą metę to niczego nie zmienia), ale dlatego, że muszę przyznać, że choć sama uważam się za osobę otwartą i niemającą uprzedzeń – po obejrzeniu filmiku zdałam sobie sprawę jak niewiele tak naprawdę o tym stylu życia wiem. Pierwszy filmik, który wkleję jest przepisem na wegański odpowiednik chilli con carne (tofu con carne), drugi przepisem na wegańskie ciasto. Oba filmiki są w języku niemieckim, ale z angielskimi napisami, poza tym opierają się w znacznej mierze na obrazie. 


Ostatni filmik niestety jest w języku niemieckim, ale a nuż ktoś zna ten język wystarczająco (albo chce się douczyć?) i byłby zainteresowany. Odpowiedzi na dziesiątki pytań zadane w mailach i innych wiadomościach, dotyczące tego stylu życia. Uważam, że Pseudoerbse jest ponadto żywą reklamą stosowania kosmetyków cruelty – free – wygląda świeżo, kwitnąco, z ładnym makijażem i ciekawym stylem. Tak, ruch cruelty – free zdecydowanie potrzebuje więcej takich osób w swoich szeregach. 

Jak pewnie wszyscy zauważyli (ukryć się nie da), mój blog zmienił trochę wygląd. Postanowiłam podzielić się ze światem swoją wiedzą dotyczącą przydatnych list, linków oraz, obecnie tworzę nową kategorię – filmików cruelty – free na YT. 


Chciałam powiedzieć wszystkim uczącym się języków obcych – oglądanie filmików na YT nie po polsku, jakkolwiek głupio by nie brzmiało, jest świetną metodą nauki języka. Mój niemiecki poprawił się niesamowicie w ciągu ostatniego roku (do tego stopnia, że spokojnie rozmawiam ze znajomymi z Niemiec), głównie z powodu oglądania niemieckich filmików na YT (do czego się jednak nigdy za bardzo nie przyznaję, bo ludzie uważają to za lekko spaczone). ALE: dla osób ceniących swój czas, pragnących połączyć przyjemne z pożytecznym, postanowiłam dodać kategorię kanały na YT, które chętnie oglądam. Zachęcam Was do zerknięcia nawet jeśli dziewczyny często opowiadają o kosmetykach, które nie są dostępne w Polsce lub sklepach, których nie znacie (Target na przykład jest siecią typowo amrykańską), ponieważ takie osłuchanie z językiem i nazwami niesamowicie pomaga w nauce. 

Niedługo zajmę się też szukaniem kanałów niemieckich osób wybierających naturalne bądź niestestowane produkty, ale na razie nic mi nie wpadło w oko. 

W nastepnej kolejności pójdą filmiki po hiszpańsku. Też chcę się douczyć, a co! ;)

Odezwa

2 komentarzy

Wybaczcie kolejną notkę, ale nie mogłam wytrzymać. Po wizycie na paru zagranicznych forach i dyskusjach tam związanych szczęka mi obwisła od opadania od czytania ‚argumentów’ na nich przytaczanych. 


Kochani, szanujcie własną inteligencję!!!

Argumenty przytaczane przez ludzi: 

a) Ee tam, mam wybierać nietestowane? Musiałabym przestać kupować cokolwiek.

Naprawdę? To jest NAPRAWDĘ Twój argument? Przecież żeby argumentować, trzeba te argumenty na czymś oprzeć… Nie wiem, na wiedzy może? Na sprawdzonych informacjach?
Ja rozumiem, są ludzie, którzy odpowiadają: przykro mi, chyba nie mam takich samych priorytetów jak Ty. Ok, nie zgadzam się z tym, ale rozumiem. Są tacy, którzy mówią, że zwierzęta nie są dla nich wystarczająco ważne. Osobiście uważam, że jest to odrobinę przerażające, ale przynajmniej rozumowanie ma w sobie jakąś logikę. To przynajmniej jest jakieś przemyślane wyrażenie zdania. W gruncie rzeczy myślę, że taka osoba się myli, ale nic nie poradzisz, takim ludziom tez trzeba pozwolić żyć. O ile zwierząt nie krzywdzą bezpośrednio (pośrednio i tak to robią wspierając koncerny), to trzeba im pozwolić na posiadanie właśnego zdania. Ale jak słyszę odpowiedź: bez przesady, wszystko testuje, to mnie zalewa, bo to jest wyraz najwyższej formy ignorancji. 

b) Nie rozumiem o co w ogóle ten szum! Przecież to by miało sens tylko gdyby wszyscy przestali jeść mięso i kupować testowane produkty. 

smiley
Tu to naprawdę nie jestem pewna czy żyjemy na tej samej planecie. Czy ktoś kiedykolwiek widział jakiekiekolwiek społeczeństwo, w którym KAŻDY byłby taki sam albo robił to samo? Nie rozumiem, jakiej natury jest takie argumentowanie, serio ktoś tak myśli? To w takim razie nie ma co protestować przeciwko maltretowaniu więźniów bądź kamienowaniu kobiet w Somalii, bo to by miało sens tylko jakby się cała ludzkośc zmieniła? 
A prawa rynku? Co się nie opłaca, przestaje być praktykowane? Maleje popyt, maleje podaż…? Co się dzieje jeśli choćby znaczna część rynku zrezygnuje z produktów testowanych na zwierzętach? Panika na szczycie, opracowywanie nowych strategii marketingowych, zwolnienia, bo sprzedaż spada na przykład…?

c) No tak, znowu szum wokół testowania na zwierzętach, a aktywiści pewnie siedzą wieczorem i wcinają kotleta.

Jeden z moich ulubionych argumentów. Nie mogę zrezygnować z mięsa ze względów zdrowotnych, czy to znaczy że w ogóle powinnam zacząć z powrotem kupować wszystkie produkty koncernowe i mówić innym, że powinni robić to samo? 
Nie mam prawa do własnego zdania tam, gdzie mogę coś zmienić? Gdzieś coś w zasadzie zależy ode mnie? Nie powinnam wspominać, że lubię zwierzęta, bo przecież nie mam do tego w takiej sytuacji prawa?

d) O ja tak kocham zwierzęta, ale co mają do tego kosmetyki i testowanie.

Hmmm? Naprawdę? Naprawdę ta miłość do zwierząt do ‚tego testowania’ na nich nic nie ma? 

e) Oj tam, przecież Ty zielonego pojęcia nie masz, nie wolno już testować na zwierzętachw UE/ wszystko testuje.

Nie do końca rozumiem jak w dobie internetu, dostępu do książek, debat, wątków we wszystkich językach świata takie trudne może być wpisanie w wyszukiwarkę hasła: testowanie na zwierzętach…? Zwłaszcza, jeśli ktoś w tym necie i tak siedzi całe dnie i szuka recenzji albo swatchy…? 

Ja proszę Ludziaki. Szanujcie własną inteligencję, nie wystawiajcie jej na takie próby ;)

Zakupy

Brak komentarzy

Eeech, a ja się bałam, że wkrótce zabraknie mi tematów do notek… dog products



Byłam dziś w moim lokalnym eko sklepiku i kupiłam parę rzeczy. Moim głównym celem było wybranie nowego dezodorantu, jako że właśnie kończę opakowanie antyperspirantu Dr Nony. Oczywiście jak już wpadłam do sklepu, to w oko wpadło mi też kilka innych artykułów, które są normalnie bardzo trudno dostępne w sklepach (przynajmniej ich cruelty – free, naturalne zamienniki). 

Ok, ogólnie nie przepadam za filmikami na YT czy notkami na blogach zatytułowanymi haul czy inne takie, ale postanowiłam powklejać zdjęcia tych produktów, które dzisiaj kupiłam, ponieważ myślę, że mogą Was one zainteresować. 

Jakon naturalna odżywka do paznokci

Poza pokazanymi produktami kupiłam także wybielającą pastę Nature’s Gate, ale z jakiegos powodu zdjęcie nie wyszło najlepiej. 
Jeśli chodzi o preparat Jasona to już daweno szukałam jakiejś nietestowanej na zwierzętach odżywki do pazokci. Niekoniecznie drogeryjnej, naturalna odżywka wydawała mi się idealnym rozwiązaniem. W sklepie zauważyłam dwa takie produkty, drugi był do paznokci rozdwajających się i zniszczonych, ja jednak potrzebowałam tylko czegoś na wzmocnienie (są dość delikatne). Jak tylko poużywam jakiś czas to spróbuję zrecenzować, choć mam małe doświadczenie w tego typu produktach. 






Dwa kolejne to dezodoranty. Na Alverę skusiłam się z powodu bardzo ładnego migdałowego zapachu. Muszę powiedzieć, że wybór dezodorantów był imponujący, od dezodorantów firmy Alvera, Nature’s Gate, Kiss My Face, Jason Natural Cosmetics, Aubrey Organics, Burt’s Bees (którego nie kupuję obecnie z przyczyn wiadomych – należą do L’Oreala), poprzez kilka firm, o których w życiu nie słyszałam. Postanowiłam skusić się na te dwa. Oczywiście napiszę o nich coś więcej jak będę już o nich coś więcej wiedzieć ;)

Dezodorant Crystal jest dostępny w Polsce, o ile dobrze pamiętam to w Rossmannie, Jason powinien być dostępny w niektórych sklepach internetowych, nie wiem jak z Alverą, ale stawiałabym na sklepy online. 

dog products

Swatche Elf

Brak komentarzy

Dzisiaj bardzo szybka notka dla wzrokowców ;) 

Jakiś czas temu rzuciłam się w sklepie na nowo wypuszczoną serię E.l.fa. Ponieważ rzucilam się na nią więcej niż raz smiley
efektem tego jest zakup dwóch zestawów cieni, podkładu oraz pudru. Używam obecnie tych produktów za krótko, żeby móc napisać tu rzetelną recenzję, ale ogólnie muszę powiedzieć, że jestem z Elfa bardzo zadowolona. Biorąc pod uwagę, że za każdy z tych zestawów (puder + pędzel, podkład + pędzel, 3 cienie, 2 cienie + pędzel) zapłaciłam ok 5,50$ (16-17 zł), to uważam, że nie były to pieniądze wyrzucone w błoto. Jedno zastrzeżenie co do cieni: są naprawdę mocno błyszczące i to nie w sensie drobinek tylko tak bardziej metalicznie, powierzchniowo. Pod tym względem użyłabym ich bardziej do makijażu wieczorowego, choć noszę je i na co dzień, po prostu zestwiając je z jakimś matowym bądź perłowym cieniem. Cienie pochodzą z mineralnej linii Elfa (ale sami wiecie, że ja mineralnych linii niemineralnych kosmetyków nie do końca lubię nazywać cieniami mineralnymi, wspominałam o tym ostatnio).

Oto swatche:
Elf swatche Elf swatche elegant, celebrity, golden, socialiteelegant, celebrity, golden, socialite
Pierwsze zdjęcie robione w sztucznym świetle, 2 pozostałe w naturalnym świetle przy oknie.


Zdjęcia pełnych jeszcze nieotwartych cieni: 1 zestaw Rustic Brown, kolejny zestaw Sandy Beach.
Elf rustic brown sandy beach

Ok, ponieważ ja ostatnio tylko gadam, postanowiłam wstawić dziś szybką recenzję. Recenzja dotyczy kolejnego produktu firmy W.S. Badger, tym razem produktu do ust. 


Badger Cocoa Butter Lip Balm

Balsam kupiłam z kilku powodów. Po pierwsze, zainteresowania firmą Badger i jej składami (100% natury, już lepiej się nie da). Po drugie, z powodu zapachu (kremowe kakao? no obok czegoś TAKIEGO to ja przejść obojętnie nie jestem w stanie!) i trochę też potrzebą znalezienia jakiegoś fajnego balsamu do ust (wcześniej używałam Chap Sticka – ble, fuj, o mamusiu!, a potem balsamu Burt’s Bees, który wtedy mi zupełnie nie przypasował – teraz nie mam o nim aż takiego złego zdania, ale jednak więcej raczej nie kupię ponieważ należy do L’Oreala, a balsamów tego typu jest obecnie sporo). No i chwyciłam to cudeńko z małym borsuczkiem i pobiegłam do kasy…. (hola hola, to nie tak było, zanim do tej kasy pobiegłam, to kilka innych produktów też mi „się chwyciło” po drodze).dog products



Otworzyłam, poużywałam… i jestem, do dziś zresztą, kompletnie oczarowana tym produktem.

a. piękny, naprawdę pachnący samą naturą zapach
b. bardzo interesująca konsystencja, która przypomina w użyciu kremowy miód. Przynajmniej z tym mi się kojarzy. A do tego ten zapach…
c. skład jest po prostu genialny, nie zawiera NIC sztucznego
d. kakao pochodzi z ekologicznej uprawy i ma certyfikat Fair Trade (pochodzi ze sprawiedliwego handlu, bez wyzyskiwania pracowników w krajach Trzeciego Świata)
e. do pielęgnacji nie mam absolutnie żadnych zastrzeżeń

Ogólnie – uwielbiam. Mala wada jest taka, że konsystenca lubi się czasami trochę rozłazić, no ale kupując produkt w 100% naturalny, miałam tego pełną świadomość. Uważam, że jest to świetny produkt, szczególnie dla miłośników kosmetyków naturalnych. W planach mam wypróbowanie ich balsamóm z dodatkiem koloru. 

Przeczytałam gdzieś dzisiaj, że bloggerki mają większy wpływ na wybory konsumentek niż, kiedyś tak popularne, celebrytki. No całe szczęście! Oczywiście nie twierdzę, że wszystkie blogi stanowią skarbnicę głębokich myśli i źródło encyklopedycznej wiedzy, ale są one przynajmniej prowadzone przez prawdziwe osoby, które zazwyczaj publikują na nich swoje własne, a nie opłacone przez media bądź firmy, zdanie i przemyślenia. Już pomijając fakt, że nie rozumiem, czemu jakiekolwiek celebrytki miały mi podsuwać pomysły co mam kupić i czego używać. No bo tak szczerze to czym, poza niezbyt udanym filmem porno, wsławiła się Kardashianka? Jakież to ukryte talenty i zdolności posiada? Za każdym razem jak ją widzę na okładce jakiegoś magazynu, to zbieram szczękę z podłogi przez parę dobrych minut (ze zdziwienia, że znów tam jest). Czy kultura popularna naprawdę tak bardzo cierpi na brak ikon mody, że musi się odnosić do kobiet popularnych z powodu bycia popularnymi? Poza tym co może mi taka ‚ikona stylu’ zaoferować? Kobiece kształty? Dziękuję, mam swoje, mogę się nawet podzielić smiley


Ale o czym to ja mówiłam… Ach tak, wyniki badań. No, nawet się trochę ucieszyłam tym obrotem sprawy, bo to znaczy, że może i ja mogłabym mieć jakiś wpływ na zakupowe nawyki Czytelników. No ale po chwili się z lekka zasępiłam. No bo cóż takiego ten blog ma, czego inne kosmetykowe nie mają? Tyle jest teraz blogów o wizażu, makijażu, stylu, modzie, urodzie, biżuterii, z poradami, historiami, promocjami, swatchami (no tak po prawdzie obecnie prawie każdy JAKIEGOŚ bloga posiada). No ale właśnie wtedy spadła na mnie ta olśniewająca myśl, że mój blog nie jest przecież blogiem stricte o kosmetykach! Jest o kosmetykach w takim zakresie, w jakim staram się przekonać innych do świadomych wyborów i do zainteresowania się co mają do zaoferowania inne firmy niż zalewające nas zewsząd koncerny. Oczywiście, siłą rzeczy moją myślą przewodnią były recenzje kosmetyków, ale… tak naprawdę to ja za dużo gadam, żeby się do tych kosmetyków umieć ograniczyć ;) Niestety, tak naprawdę ludzie nie mają ostatnio czasu na czytanie. No, gdyby to były jeszcze wycinki o arcydziełach literatury światowej… no dobra, może bardziej o stylizacjach i technikach wyszczuplania :D, to byłoby u mnie więcej chętnych i czytających. Dlatego też porządnie przemyślę sobie ideę krótszych, treściwszych recenzji.

No i na starość robię się chyba sentymentalna, bo mnie dziś taki obrazek rozśmieszył niemożliwie 

króliczek


Pozwoliłam sobie wkleić z jakiegoś bloga. Domyślam się, że użytkowniczka nie ma nic przeciwko, skoro już na pierwszy rzut oka widać, że zdjątko jest oznakowane i pochodzi z innego portalu ;)

Apropos, żeby nie być taką gołosłowną (swoją drogą, piękne słowo, czy ktoś się kiedyś zastanawiał skąd się u nas wziął pomysł na zestawienie nagości z paplaniną? ;), postanowiłam wkleić jeszcze zdjątka poprzednio wspomnianego zamówienia z LA Minerals. Ponieważ LA Minerals ma obecnie promocję (10 próbek w cenie 5), postanowiłam zaszaleć i wypróbować od razu nie tylko korektory, ale także róże oraz cienie. Oczywiście recenzja i swatche pojawią się później,a le jak na razie wkleję chociaż zdjątka tego, co mam:

LA Minerals    
LA Minerals

Teraz widzę, że kolory strasznie przekłamane wyszły, no ale powinno się udać pokazać jak naprawdę wyglądają na swatchach. 

  • RSS