Wpisy z okresu: 3.2011

Dzisiaj bardzo szybka notka, żeby wam dać znać, iż Elf ma aktualnie promocję na całą swoją linię mineralną przy zakupie powyżej 25$ (ok 75-80 zł) ze strony. Po wpisaniu kodu 50MIN powinna zadziałaś 50% zniżka (czyli przy zakupie ok wartości np. 30$, w rzeczywistości zapłacimy 15$). Oferta ważna do 4 czerwca (czyli zakupów należy dokonać przed 4 czerwca). 

50% OFF MINERALS! ORDER NOW! Use code 50MIN with $25 order by April 4, 2011.

Żeby nie było nie było, że ja tylko gadam (co zresztą może być i prawdą, stali bywalcy tego bloga bądź mojego wątku na wizażu może nawet zauważyli, ale o tym ciiiiicho sza), to postanowiłam zamieścić po moim wielkim wywodzie recenzję. Recenzja dotyczyć będzie jednego z moich ulubionych kosmetyków i jednej z firm, którą ostatnio się żywo interesuję. Generalnie miałam w życiu do czynienia z 5 żelami aloesowymi, poza żelem Jasona jeszcze żelem Herbalife’u (pojęcia nie mam czy Herbalife testuje, jeśli ktoś ma info, to niech da znać), Aloe Vera of America, Palomy i jakiegoś żelu, którego nazwy nie pamiętam. Mam wrażenie, że Jason jest  jednym z moich ulubionych żeli tego typu.

Jason Natural Cosmetics  Jason
Po pierwsze się nie klei. Niektóre z żeli, których używałam, miały tę smutną przypadłość, że się pieruńsko kleiły. 
Po drugie, nadaje się do twarzy, zwłaszcza takiej problemowej. Choć ja generalnie nie miewam za bardzo problemów z cerą, mam okropny problem z jej błyszczeniem w strefie T, no i od wielkiego dzwonu pojawi mi się jakaś niespodzianka. Moją skórę ten kosmetyk uspokaja i nie powoduje nadprodukcji sebum. Muszę powiedzieć, że bardzo rzadko używam kremów do twarzy ( a przynajmniej używałam, obecnie przetestowałam tyle kosmetyków, że wydaje się, że mniej więcej znalazłam niektóre rzeczy do nawet nadające się do używania), to był pierwszy specyfik, którego nie bałam się kłaść na całą twarz na całą noc.
Po trzecie, nadaje się do nakładania na skórę głowy, zwłaszcza gdy skóra jest przesuszona i swędzi. Mi bardzo pomógł zwalczyć świąd, poza tym jakby lekko unosi włosy. 
Po czwarte, nakładam go na podrażnioną skórę na rzeczy w stylu zadrapania, ukąszenia, miejsca po wyciskaniu drobnych syfków na twarzy i robieniu sobie z gębuli pola bitewnego, ba, nawet na drobne oparzenia słoneczne. Koi, przynosi ulgę, uspokaja skórę. 
Do tego nie zawiera parabenów, żadnych sztucznych barwnik ów, jest biodegradowalny, a opakowanie nadaje się do recyclingu. 

Jedynym powodem dla którego do tej pory nie zamieściłam recenzji żadnego produktu Jasona był prosty fakt, że byłam w 100% pewna, iż jest on w Polsce nieosiągalny. Ponieważ jednak zbłądziłam wczoraj na stronę www.helfy.pl, wiem, że przynajmniej tam można go dostać :)

P.s. Oczywiście nie zapomniałam o serii recenzji dotyczących minerałów, niedługo wrócę do tego tematu 

W życiu każdego aktywisty kiedyś budzą się wątpliwości, szczególnie w takich dniach jak wczoraj, kiedy najpierw człowiek dowiaduje się, że taka ponoć porządna firma jak OPI sprzedała się Coty (których de facto nie znoszę róznie mocno jak L’Oreala, Unilevera i Proctor&Gamble). No ja rozumiem, zyski i te sprawy, no ale kurczak, ileż tych firm może należeć do PARU i to tych samych koncernów?? 


Jakby tego było mało, coś mnie tknęło, żeby wreszcie poszperać nieco w poszukiwaniu informacji o firmie Boots, która w Stanach ma króliczka na opakowaniu, ale coś mi z nią od początku nie grało. Jak ten Sherlock Holmes, uzbrojona w Googla, przebiłam się przez tony stron. Dotarłam wreszcie na stronę 
http://www.cosmeticsdatabase.com/company/Boots_Healthcare_USA/
 (strona zawierająca dane o bezpieczeństwie kosmetyków dla naszej skóry, polecam zainteresowanym. Posiadają także info o polityce testowania, niebezpieczeństwie poszczególnych kosmetyków, a także poszczególnych składników dla zdrowia). Trochę mi szczęka opadła, bo nie dość, że niebezpieczeństwo ich produktów waha się od 0-10 (czyli niektóre kosmetyki mają bardzo niezdrowe składy), to jeszcze ich polityka testowania na zwierzakach jest NIEZNANA.

Spokojnie, bez paniki – pomyślałam. Mina zrzedła mi totalnie kiedy wreszcie trafiłam na jakieś forum brytyjskich miłośników zwierząt, na którym ktoś wkleił odpowiedź na maila, w którym pytał czemu Boots nie ma oznaczenia ‚not tested on animals’, jeśli ma oświadczenie, że nie testują na stronie. A w mailu stoi jak wół, że nie mają oznaczenia na opakowaniach, bo nie chcą wprowadzać klientów w błąd jako że nie wiedzą czy ich składniki są testowane ( a w UE wyraźnie uregulowane jest, że żeby takie oznaczenie móc na opakowaniu dać, to składniki muszą być nietestowane). Że CO PROSZĘ?! Popatrzyłam na mój balsam do ciała, na którym spokojnie z tyłu ‚kica sobie’ króliczek… No jak mnie szlag trafił to nie macie pojęcia. Ok, wkurzają mnie testujące firmy, nie cierpię testujących koncernów, ale żeby tak bezczelnie, tak bez żadnych oporów kłamać? No i zjechał mi humor wczoraj. Doszczętnie. Prawie że się załamałam, powiem szczerze. Ale przemyślałam sobie wszystko jeszcze raz. No i powzięłam po pewnym czasie decyzję, że napiszę notkę i zawrę w niej co myślę.

Jak się nie załamać w tym gąszczu sprzecznych informacji dotyczących testowania?

a) dla osób zaczynających i się wahających.

Podstawowa zasada jest taka, żeby nie kupować rzeczy oczywiście popierających politykę testowania wielkich koncernów. Żeby dziady wiedziały, że ludziom się zamęczanie zwierząt dla celów ładnego podkreślenia oczka nie podoba! ;) Czyli dla osób, które same nie wiedzą, czego chcą – proponuję unikanie wielkich molochów, które raz że zwierzaki torturuja i mordują, to jeszcze nie wiadomo co wciskają nam do kosmetyków, żeby się lepiej sprzedawały. A molochy to firmy takie jak L’Oreal, Max Factor, Rimmel, Maybelline, Garnier, Pantene Pro V, Timotei, Fructis, Herbal Essence, Sunsilk, Palmolive, Matrix, Helena Rubinstein, Dior, Benefit, Lancome, Ralph Lauren, Irena Eris, marki Rossmann, Olay, Dove, Luksja, Neutrogena, Speed Stick, Nivea, Colgate, Oral B, Johnson & Johnson. No, jest ich oczywiście znacznie więcej, ale to te co pierwsze przychodzą do głowy. Myślicie, że jak się wyeliminuje te marki to już nic nie zostanie? Też tak myślałam. A teraz szafa mi się nie domyka, 2 wielkie pudła z kosmetykami leżą, wszystko wydaje się interesujące i godne wypróbowania i zostałam zakupoholiczką. Jedno, czego na pewno już w życiu nie powiem to to, że wszystko testuje. Bo jakby to była prawda to mąż nie patrzyłby na mnie jak na UFO, a na mojej szafie nie leżało by wielkie pudło wielkości małego statku kosmicznego, wypełnione patrzącymi na mnie z wyrzutem, czekającymi na swą kolej kosmetykami :>

b) Dla osób bardziej zaawansowanych proponuję konsultować się z listami organizacji cruelty – free. Najlepsze listy to lista Pety oraz Leaping Bunny. Listy mają dla mnie większą wartość niż to co oni sobie tam gadają na stronach. W sumie firmy unijne raczej nie mogą oznaczać swoich kosmetyków jako nietestowane jeśli testowane są, dlatego jeśli coś ma w Europie onaczenie nietestowane, to wierzyłabym im bardziej niż kosmetykom zza oceanu. Plus kosmetyki naturalne i mineralne. Jeśli coś zawiera wosk pszczeli, olej z pestek winogron i kilka ziołowych olejków, to nie ma czego testować. Jeśli firma używa tylko takich składników, to jak dla mnie jest bezpieczna. 

c) Dla osób chcących mieć pewność, że kupują kosmetyki cruelty – free proponuję konsultować się z więcej niż 1 listą i patrzeć na składy. Formy wegańskie i na 2 listach są na pewno znacznie pewniejsze niż firmy drogeryjne i na 1 liście. Jeśli firma opisuje swoją politykę nietestowania wyraźnie i wyczerpująco i jest z niej dumna (Mary Kay, Lush, Urban Decay, EDM wyraźnie zaznacza, że ich dostawcy muszą co roku przedkładać dokumenty, że nie testują niczego na zwierzętach), to wyglądają na firmę ok. Tak samo firma mająca oficjalne oświadczenie do ściągnięcia ze swojej strony (TKB Trading).


A poza tym to się nie łamać. Jeśli kupi się niechcący coś testowanego – trudno. Tak bywa. Najważniejsze, że coraz więcej osób myśli o testowaniu i coraz więcej stara się coś w swoich nawykach zmienić. Tak samo jeśli kupi się od wielkiego dzwonu jakiegoś testowańca. Sama nie praktykuję, ale uważam, że lepiej kupować 90% kosmetyków nietestowanych i 10% testowanych niż się z góry zrażać do całej idei. 

Wybaczcie przydługaśną notkę, ale normalnie nie mogłam. Nie lubię jak się ze mnie robi debila.

Zgodnie z obietnicą zamieszczam pierwsze swatche i krótką recenzję kosmetyków mineralnych Everyday Minerals, tym razem róży.


Może na początek wyjaśnię, że wszystkie pokazane róże są próbkami, które dostałam zupełnie za darmo przy zakupie zestawu cieni Utopia Blooms, ponieważ jakaś dobra dusza umieściła na blogu informację, że EDM ma tygodniową promocję i przy użyciu promo codu (coś, co trzeba wpisać w rubryczkę promo code przy robieniu zamówienia), dostaje się darmowy zestaw 5 próbek przy zakupie powyżej 25$. Dodatkowo dostałam też darmowy zestaw próbek podkładów, ale to jest standardowa promocja (warto kupować na amerykańskiej stronie EDM, ponieważ do każdego zakupu można dostać darmowy zestaw próbek podkładów, pudrów albo róży). Jedynym mankamentem takiej promocji było to, że kolorów róży nie mogłam sobie wybrać, prawdopodobnie dostałam taki zestaw z uwagi na jasne próbki podkładów, jakie zamówiłam. 
Od razu zaznaczam, że bardzo trudno sfotografować te róże tak, żeby miały taki kolor jak w rzeczywistości, ale zrobiłam co mogłam. Zdjęcia wykonane przy oknie w słoneczny dzień.
Jeśli chodzi o mnie, to jestem panikarzem przy używaniu różu. Zawsze mi się wydaje, że wyglądam nienaturalnie i że kolor jest za ciemny (reminescencje po koleżankach, które zawsze używały różu w zły sposób i w nieodpowiednim kolorze i zawsze wyglądały strasznie sztucznie). Dlatego dla osób takich jak ja, które dopiero niedawno rozpoczęły zabawy z różem, Nick Nack i Soft Touch są idealne. Nie da się z nimi przesadzić i zrobić swojej buzi krzywdy (choć kolor można stopniować i można trochę zwiększyć ich intensywność na policzkach), polecałabym osobom bladym i początkującym. W rzeczywistości te odcienie się dorobinę bardziej różnią, ale niewiele, więc którykolwiek z nich byłby w sam raz. Salon Fun jest już trochę ciemniejszym odcieniem, na blogach i YT tego typu odcienie nazywa się czasami odcieniami berry, jeśli wiecie o co mi chodzi (takie idące bardziej w malinkowe odcienie). Tea Time i Sand Cherry należą do kategorii pomarańczowawych i z tymi trzeba ostrożnie. Z Sand Cherry nie można przesadzić, tym bardziej że jego nierówne nałożenie daje dziwny efekt na twarzy, poza tym Sand Cherry jest z błyszczącymi drobinkami, czego ja osobiście nie znoszę (nie po to staram się używać najjaśniejszego różu, żeby przyciągać uwagę błyskiem na policzku jakby mi brokat z włosów albo oczu się osypał na policzki). 

Ogólnie polecam zakupy w EDM, głównie z powodu licznych promocji i możliwości zakupienia próbek (co ma kapitalne znaczenie gdy się nie trafi z kolorem, nie trzeba wtedy zostać z pełnym opakowaniem produktu, który dla nas nie działa). Zdaję sobie sprawę, że EDM wysyła obecnie do Polski tylko drogą przesyłką (domyślam się, że ginęły paczki), dlatego chyba więcej sensu ma kupowanie z polskiej strony - 
http://kosmetyki-mineralne.com/
Niestety zauważyłam, że na polskiej stronie nie ma dostępnych aż tylu promocji co na stronie amerykańskiej, no ale tu każdy musi zadecydować za siebie. 

Polecam te produkty, gdyż EDM to taka firma, którą według mnie warto wypróbować. Na pewno nie podpasuje każdemu, ale wybór kolorów jest obłedny, poza tym wybór efektów, jakie można nimi uzyskać (wykończenia matowe, perłowe, błyszczące) i możliwość zamawiania próbek (próbki kosztują, na stronie którą podałam, zdaje się 5zł) sprawiają że jest to firma bardzo atrakcyjna do wypróbowania. Nie mówiąc już o naturalnym składzie i niepodkreślaniu porów (bardzo się zraziłam do tradycyjnych róży kiedy, jeszcze gdy nie byłam świadoma testowania na zwierzętach, kupiłam bardzo drogi róż Lorac, który kompletnie się nie sprawdził, powodując, że po jego użyciu skóra wyglądała jak nienaturalna maska – a zawsze używałam minimalną ilość). 

Na blogu o kosmetykach nietestowanych na zwierzętach nie może zabraknąć wzmianki o firmie Everyday Minerals oraz o innych firmach mineralnych – przede wszystkim dlatego, że w zasadzie wszystkie firmy mineralne (ale prawdziwe mineralne, nie jakieś tam pdeudomineralne linie L’Oreal, Max Factor czy inne takie) są nietestowane na zwierzętach.


W zasadzie z firm mineralnych próbowałam tylko EDM, Rhea, Signature Minerals, Lucy Minerals i Detrivore. Piszę ‚tylko’ ponieważ firm mineralnych jest znacznie znacznie więcej, niektóre bardzo się między sobą różnią i tak naprawdę każdy może wśród nich znaleźć coś dla siebie. 

Dzisiaj chciałam wstawić tylko zdjęcia mojej kolekcji cieni EDM (to wszystko są próbki pochodzące z limitowanej serii Utopia Blooms). Częśc kolorów jest niestety z limitowanej edycji, ale spora ich część jest do dostania w regularnej sprzedaży. Recenzję, swatche, porównania oraz opis innych produktów zostawiam na później (sporo do opisywania, poza tym potrzebuję zrobić więcej zdjęć). Jestem w posiadaniu cieni, pędzli, róży, próbek podkładów i pudrów, korektora oraz balsamu do ust, tak więc rzetelny opis tych produktów może zając trochę czasu i wymagać odrobinę więcej roboty.
cienie EDM
Po kliknięciu na zdjęcie zobaczycie je w powiększonej wersji. Dzięki temu lepiej widać kolory i można rozpoznać nazwy kolorów na denku opakowania. Przyjemnego oglądania!

Notka o firmie Pacifica wróciła na bloga. Żeby nie powiedzieć o sobie gorzej, to gamoń jestem, ponieważ na stronie firmy widnieje jak byk, że nie testują i do tego są firmą w 100% wegańską. Co prawda nie dostałam odpowiedzi mailowej, ale myślę, że takie dokładne wytłuszczenie na stronie: jesteśmy firmą cruelty – free, nasze produkty są w 100% wegańskie jest wystarczającym dowodem ich polityki, zwłaszcza, że produkty te kupiłam w Wholefoods, które w zasadzie sprzedaje tylko produkty nietestowane na zwierzętach (przynajmniej z tego, co mi wiadomo).

Dzisiaj będzie trochę o firmie Yes to. Kto nie zna firmy, powinien może o niej usłyszeć, ponieważ jest to marka ogólnie dość dobra, reklamująca się jako produkująca kosmetyki głównie ze składników pochodzących z warzyw i owoców, choć zdecydowanie nie za tania. Dostępna w Polsce ( o ile się nie mylę to w Sephorze). 

Ogólnie od razu muszę Was uczulić, że jestem zdania, iż każda firma, nawet najtańsza, ma kilka perełek w swoim asortymencie i każda firma, nawet najdroższa, wypuściła na pewno pewną liczbę bubli, a jeśli już nie totalnych bubli, to choćby kosmetyków przeciętnych. Co do Yes To, to dużo dobrego o nich słyszałam i powoli postanowiłam się sama przekonać co do tego na własnej skórze. Chwilowo posiadam bodajże 2 produkty tej firmy, jeden z linii Yes to Tomatoes, drugi z linii Yes to Cucumbers. Dzisiaj chciałabym napisać parę słów o tym drugim produkcie.


Yes To Cucumbers Yes To

Na zdjęciach przedstawione są chusteczki do demakijażu (i ogólnie odświeżania twarzy). Jak pewnie się domyślacie, kupiłam je na promocji ( a jakże), tym razem w  sklepie Target. Regularna cena to, zdaje się, 6-7 $ (18-23 zł), dokładnie nie pamiętam. 

Byłam zainteresowana chusteczkami kolejnej firmy, ponieważ jakiś czas temu odkryłam ich przydatnośc w podróży, zwłaszcza samolotem. Używałam już tego typu produktów paru firm… i muszę powiedzieć, że te mnie odrobinę rozczarowały. Nie mówię, że są fatalne, ale, jak za taką cenę i w sumie jak na tak porządną firmę to spodziewałabym się więcej. Są dobrze nasączone, dość szczelnie zamknięte i wygodne w użyciu, to prawda. Nie mają też narzucającego się zapachu, co uważam za plus. Mogą służyć jako swoistego rodzaju środek do demakijażu i tonik. Co mi się w nich nie podoba, to a) nie uważam, żeby świetnie zmywały makijaż (bardzo podobnie, o ile nie gorzej, od kilkukrotnie tańszych chusteczek Cleanic, dostępnych w Polsce za parę złotych) b) zawierają coś takiego, że odrobinę podrażniają mi oczy. To znaczy, żeby oddać im sprawiedliwość – ze zmywaniem makijażu w końcu sobie poradzą, ale walka z dokładnym zmyciem każdegedo elementu przypomina mi szorowanie podłogi proszkiem. I mimo, że też można by rzecz, że chusteczki czyszczą „bez zarysowań” ;), to na moim oku zwyczajnie męczą mnie takie eksperymenty.

Ogólnie: produkt może i fajny, wydajny, porządna firma z podobno dobrymi składami, ale te chusteczki można sobie darować. Dla zainteresowanych produktami Cleanic – link

Hej kochani. Od pewnego czasu zaobserwowałam wzrost ilości wejść i wyświetleń mojego bloga, dlatego wnoszę, że przybyło mi Czytelników. Domyślam się, że większość z Was dotarła do mnie poprzez wątek perełek cruelty – free na wizaż.pl (przy okazji, zainterowanych tematyką a nieznających strony serdecznie zapraszam na wątek). Witam wszystkich, którzy niedawno do mnie zawitali oraz tych, którzy są tu już od pewnego czasu.


Doszłam do wniosku, że poświęcę przynajmniej jedną notkę opowiedzeniu Wam trochę, dlaczego w zasadzie założyłam tego bloga i czemu prowadzę go w taki a nie inny sposób, jak również o tym, jakie mam plany co do jego rozwoju.

Kto nie lubi za dużo czytać i nudzą go takie wywody może zakończyć lekturę w tym miejscu ;)

Po pierwsze, ja naprawdę nie mam z kosmetykami nic wspólnego w sensie zawodowym, ja je po prostu lubię i ostatnio dość często kupuję ( w zasadzie od kiedy zainteresowałam się tematem nietestowania kosmetyków na zwierzętach). Dlatego też żadnej fachowej wiedzy nie posiadam, posiadam za to doświadczenia w używaniu danych kosmetyków oraz wiadomości z for, portali i filmów YT zarówno polskich, angielskich, jak i niemieckich. Z moich obserwacji wynika, że coraz więcej dziewcząt kupuje kosmetyki coraz większej ilości firm, nie zawsze dostępnych tylko i wyłącznie w ich kraju. Z ich blogów/filmików/postów dowiedziałam się jak zamawiają produkty, gdzie, za ile, jak je znalazły, czego się wystrzegać. Dlatego też to mnie przekonało, że pomimo iż mieszkam w Stanach i mam dostęp głównie do ksometyków amerykańskich, warto o takich kosmetykach też pisać ponieważ, cóż, w obecnych czasach świat jest globalną wioską i wszystko można już wszędzie kupić.

Pomysł założenia bloga zakiełkował u mnie po przeczytaniu i obejrzeniu masy blogów, gdzie, mimo iż często dziewczyny zaczynają już wspominać o testowaniu na zwierzętach, często można poczytać o tym temacie w komentarzach (dużo szumu widziałam pod niemieckimi filmami na YT) – wciąż nieśmiertelnie polecane są produkty L’Oreala, Benefita, Narsa, Heleny Rubinstein, Lancome, Dove Aussie, Neutrogeny, Timotei, Max Factora, Garniera, Rimmela, Maybellina, Cover Girl itd itp. Od pewnego czasu skacze mi ciśnienie jak słyszę kolejną recenzję testowanego kosmetyku, bardzo często opłaconą przez zainteresowany koncern (ogromna afera wybuchła ostatnio na niemieckim kanale YT, gdzie jedna z dziewcząt ujawniła, iż np. Helena Rubinstein nie tylko wysyła kremy do przetestowania YouTubowym guru za darmo, nie tylko mówi im dokładnie CO i JAK mają w recenzji powiedzieć, ale też żąda, żeby każda z dziewcząt wyraźnie zaznaczyła, że to ich obiektywna opinia i że krem same wypróbowały, anajlepiej same kupiły. Problem polegał na tym, że HR wysłała kremy do 4 dziewcząt, które zrobiły filmiki w tym samym dniu i wszystkie powiedziały w nich dokładnie to samo. To był ich błąd, dlatego tu od razu wyszło szydło z worka, czasami jesteśmy manipulowani reklama i nawet nie wiemy kiedy). Jest to nieuczciwe, klamliwe, wyzyskuje łatwowierność młodych dziewcząt. Nie lubię tego i nie będę tego popierać.

Po jakimś czasie zaczęłam sama szukać bloga, który zajmował by się recenzją nietestowanych na zwierzakach produktów. NIE znalazłam NIC. Każda strona, na którą weszłam, była ogólnie stroną o byciu cruelty – free bądź stroną o wiwisekcji, jakby temat zdrowia i urody w ogóle nie istniał. Wtedy właśnie narodziła się w mojej głowie myśl, że takiej pustki w tym temacie (w języku polskim) być nie może, że mało osób wciąż wie, które kosmetyki nietestowane są naprawdę dobre, a które po prostu używają tego argumentu do wciskania złej jakości kosmetyków klientom (albo po prostu klienci kupują kosmetyki takie sobie, kiedy istnieje podobny tylko lepszy nietestowany kosmetyk w podobnej cenie, ale o tym nie wiedzą) i że tak być nie może. Niektóre firmy wykorzystują nietestowanie na zwierzętach czy „naturalny” skład jako promocję ich marki i windowaniu cen produktów, które tak naprawdę są ok, ale nic nie uzasadnia ich ceny – i o takich firmach czy produktach też nie będę się wstydziła pisać. Bo wybór nietestowanych kosmetyków nie musi oznaczać ograniczonej puli kosmetyków, źle pomalowanych oczu, niedziałających dezodorantów czy nieużywania perfum. Nie musi też koniecznie oznaczać wybierania znacznie droższej opcji ani też taniej (taniej w sensie że niskiej ceny i złej jakości, dobra jakość  za niską cenę to nic złego ;). Naprawdę prawie każdy może znaleźć coś dla siebie.

Na koniec – jak wyobrażam sobie tego bloga. Więc na pewno będę zamieszczać tu w dalszym ciągu recenzje, swatche, porównania, ceny i będę starała się przedstawić różne firmy (niektórzy mieszkają, tak jak ja, za granicą i też pewnie chcą znać rózne dostępne firmy). Będę starała się przedstawiać też dobre sklepy, promocje (czasami niektóre sklepy on-line mają fantastyczne promocje), kosmetyki do polecenia naszym mężczyznom, interesujące produkty (np. co można używać na komary zamiast OFFa), mało znanych producentów. Myślę o tym, żeby także zajmować się trochę tematyką fair trade (sprawiedliwego handlu) oraz – może – środków czystości, interesujących sposobów na naturalne kosmetyki (np. maseczka z płatków owsianych i jogurtu) itp. W ostatnim czasie bardzo chciałam bloga rozwinąć, żeby nie był pusty, dlatego dośc systematycznie zamieszczałam notki co 1-2 dni. To może się z czasem zmienić, na razie jednak wciąż jestem w miarę systematyczna. 

Na ostatku pragnę powiedzieć, że jestem zagorzałym zwolennikiem rozprzestrzeniania idei kupowania nietestowanych kosmetyków metodą „pokojową”, jak ja to nazywam, czyli – wskazywania możliwości, informowaniu, przedstawianiu opcji, zainteresowywania, polecania dobrych produktów, odstraszania od testowanych bubli, bez oskarżania o brak serca i innymi podobnymi, niekiedy wręcz ulubionymi przez aktywistów argumentami. Osobiście uważam, że radykalizmem naprawdę trudno cokolwiek zdziałać, a ciągle ględzenie komuś nad głową żeby nie kupował czegoś takiego czy innego może ludzi tylko zniechęcić. (Tak stało się w moim przypadku kiedy latami moja mama kupowała mi konsekwentnie tylko drogie naturalne kosmetyki, których po prostu nie znosiłam. W końcu się zbuntowałam, ale kiedy w końcu dostałam szansę kupowania czego chcę i porównania jakości kosmetyków role się odwróciły i to ja stale przywożę coś z naturalnych kosmetyków Mamie ;) ) Jeśli, drogi Czytelniku, uważasz, że mój blog może pomóc Twoim znajomym przekonać się do kupowania nietestowanych kosmetyków, to proszę poleć go im. Jeśli uważasz, że ich zanudzi na śmierć albo nie jest to dobry pomysł – to go nie polecaj. Jeśli masz pomysły co do tego, jak mogłabym bloga ulepszyć (bądź też w ogólności sprawic, aby był ciekawy!) – proszę daj mi znać. Mozliwe, że z czasem zacznę też umieszczać anegdotki dotyczące niestestujących firm, nowości w świecie cruelty – free, nowe firmy na listach, zabawne historie itd. Zobaczymy. Osobiście lubię zabawne blogi i myślę, że będę powoli dążyć, aby i mój taki odrobinę był ;)

Tym, którzy dobrnęli do końca, dziękuję za cierpliwośc i odwagę :D (uwagę znaczy się też ;) )

Dzisiaj będzie krótko i zwięźle na temat produktu, którego raczej nie polecam. Tak jak wiecie, uwielbiam firmę Almay, zwłaszcza za ich cienie i korektory. Podoba mi się to, że nie jest firmą bardzo drogą, że jest dobra dla wrażliwców, a do tego jeszcze u mAlmay make up removernie – zawsze pod ręką. Tym razem jednak muszę was uczulić, że ich płynu do demakijazu nie uważam za dobry. Jest jaki jest – ot, taki sobie. Jest to firma, której zdaje się, w Polsce nie ma dostepnej normalnie w drogeriach i trzeba by specjalnie szukać po allegro – ja więc odradzam takie pomysły. Po pierwsze, płyn jest przeciętny do bólu. Jak na tę przeciętnośc to jest zdecydowanie za drogi (ok 9-10 $ czyli 30 zł). Zmywa tak o sobie, z wodoodpornymi elementami makijażu ma zdecydowanie problemy. Niby hipoalergiczny, ale moje oczy wcale tak dobrze sie po nim nie czują. No i średnio wydajny (chociaż dla mnie i tak za bardzo, bo go skończyć nie mogę, a bardzo chcę). No i – największa dla mnie wada – żeby w ogóle cokolwiek zmył, trzeba nim pocierać oko, czego nie znoszę. (Miałam obie wersję, beztłuszczową i taką drugą – obu nie lubiłam)


Wniosek – kupować tylko w akcie desperacji albo z braku laku ;) Aaaha – Almay wypuścił też wersję nasączonych płynem płatków bawełnianych do demakijażu. Dostałam próbkę jako gratis do zakupu. Też nie polecam. Waciki mikroskopijnej wielkości i nasączone tym samym badziewnym płynem. Po użyciu 2 płatków już bolały mnie oczy (od tarcia zapewne, a nie od płynu, ale tak czy siak, po co się męczyć). Ich miękkość też pozostawiała wiele do życzenia.

W związku z moja poprzednią notką, w której piszę o pewnej firmie i jej produktach, co do której byłam w 100% pewna, że widziałam ją na jednej z list, ale po przejrzeniu list firm nietestujących jeszcze raz, zauważyłam że jej na nich nie ma, postanowiłam wysłać bezpośredniego maila do firmy z zapytaniem a) czy testują b) czy używają jakichkolwiek składników odzwierzęcych c) czy sprawdzają czy dostawcy testują (czy wymagają dowodów nietestowania itp) d) jeśli nie testują, to czemu nie ma o tym wzmianki na stronie internetowej ani nie są na żadnej z list. Do czasu otrzymania odpowiedzi na maila notki o tej firmie nie będzie na blogu. Za zamieszanie przepraszam, ale nie chcę czytelnikom wciskać kitu.


  • RSS