Wpisy z okresu: 2.2011

Tak pomyślałam, że warto na tym blogu wspomnieć też o pewnej niezbyt chyba jeszcze znanej, choć zupełnie przyzwoitej polskiej firmie APC. Firma ta produkuje cienie, bazy, pudry i inne tego typu kosmetyczne produkty. Przyznam szczerze, że po obejrzeniu strony najbardziej skusiły mnie ich sypkie cienie, dlatego dokonalam u nich zakupu 2 odcieni. 

Pierwszą rzeczą, która się od razu rzuca w oczy, jest opakowanie bez siteczka. Nie jest to niestety najlepszy pomysł, ponieważ mój cień miał po niespełna tygodniu „wypadek przy pracy”, przy którym straciłam 3/4 cienia. Opakowanie nie jest więc zbyt funkcjonalne. Warte zaznaczenia jest jednak to, że wciąż mam tego cienia wystarczająco dużo ;) Jednym słowem, pomimo że pudełeczka wydglądają dość niepozornie, produktu w nich jest naprawdę sporo. Takie pudełeczko kosztuje, w zależności od tego czy wybierzemy opakowanie akrylowe czy plastikowe, 11.50 zł bądź 15.50 zł. Nie jest to więc majątek. Kolor 38 (łososiowozłoty) kupiłam z powodu tego makijażu prezentowanego na stronie. Niestety, u mnie okazał się bardziej różowy niż złotoróżowy i dlatego w efekcie końcowym kolor, którego szukałam odnalazłam w innej firmie, MySecret (ale o tym w innej notce). Natomiast jestem pod dużym wrażeniem drugiego cienia o numerze 01 (satynowe złoto). Jest to piękny, delikatny złoty kolor, dośc trwały na oku. Pomimo, iż jest to pyłek, jest tak drobnozmielony, że nie stanowi dużego problemu przy aplikacji. Wydaje mi się, że będzie pięknie podkreślał każdy kolor oczu ( z różowymi kolorami trzeba uważać, gdyż niektórzy mogą w nich wyglądać jakby byli zmęczeni). Ogólnie – polecam. Nie są to może moje absolutnie najulubieńsze cienie, ale na pewno nie mogę powiedzieć, że żałuję, iż znalazły się w mojej kolekcji. 

Jak już jesteśmy przy skórkach to, w ramach ciekawostki (i trochę pokazania, że wszędzie jest wybór, nawet wśród, wydawało by się, bardzo podobnych preparatów) chciałabym przedstawić bardzo podobny do Cuticle Care z formy W.S. Badger (ale jakże inny!) produkt firmy Dionis

Mimo iż firma ta nie widnieje na żadnej liście firm crulty – free (przydatne linki do tego typu list zamieszczę wkrótce na stronie albo w jednym z postów), znalazłam w paru miejscach informację, że są producentem naturalnych, nietestowanych na zwierzętach kosmetyków i dlatego postanowiłam im dać szansę ;) Głównym argumentem przy wyborze tego a nie innego opakowania był dla mnie w zasadzie zapach Wildflower, który mnie zaintrygował. (Firma ta generalnie produkuje kosmetyki bezzapachowe, choć można trafić na zapachowe). Jest to coś pomiędzy konwalią a bzem. Niestety, z przykrością muszę stwierdzić, że zapach jest taki jakby sztuczny, perfumowany… mimo że ładny, nie jest to do końca to, na co liczyłam. 
Jak nietrudno zauważyć, preparat ma nieco inną od Badgera konsystencję oraz kolor. Jest zdecydowanie twardszy, bardziej zbity. Przypadł mi do gustu mniej niż poprzednio przedstawiony preparat, chociaż używam obu. Ogólnie – fajny gadżet o ciekawym zapachu i ślicznym opakowaniu. Natomiast dzięki niemu zainteresowałam się bardziej firmą Dionis i chyba zaprzyjaźnię się z nią na dłużej ( w ofercie mają zresztą znacznie więcej tego typu preparatów do skórek).
Zaznaczam, że ponieważ od jakiegoś czasu nie mogę znaleźć tego kosmetyku w ofercie na stronie internetowej, zaczęłam podejrzewać, że była to edycja limitowana. 

Skoro miało być bardzo zagranicznie i bardzo egzotycznie z moim blogiem i zdjęciami, postanowiłam dodać wreszcie coś bardziej zagranicznego. Jednym z kosmetyków – odkryć ( i w zasadzadzie w ogóle firm kosmetycznych cruelty – free) 2010 roku był dla mnie preparat do skórek formy W.S. Badger Cuticle Care. 

Badger Cuticle Care 2Cuticle Care 4
W.s. Badger jest firmą stosującą wyłącznie ( albo prawie wyłącznie) naturalne składniki, większość z nich z certyfikatami Organic. Posiadają w swojej ofercie dość sporo dziwnych (bądź, dla niektórych, ciekawych) kosmetyków, w tym właśnie – preparat do skórek. 
Opakowanie jest bardzo przyjemne, małe, poręczne, metalowe, ze ślicznym obrazkiem borsuczka. Muszę powiedzieć, że opakowania i składy to duży plus tej firmy.
Na początku do ich preparatu do skórek nie byłam zbyt przekonana. Dziwna konsystencja (przypomina mi nieco stare preparaty propolisowe, takie trochę toporne, nie bardzo kremowe), dość dziwnych zapach (zasługa trawy cytrynowej w składzie) i działanie, co do którego nie byłam przekonana. Muszę jednak przyznać, że zdanie zmieniłam całkowicie po użyciu tego preparatu w zimie, gdy moja skóra wokół paznokci była popękana, oskubana i wyglądała, delikatnie mówiąc, bardzo średnio. Preparat nałożyłam wieczorem, kompletnie zrezygnowana z powodu tego, że żadne kremy do rąk nie dawały sobie ze stanem moich palców rady. I tu, muszę przyznać, Badger poradził sobie wspaniale i obudziłam się z zagojonymi (choć oczywiście nie wyleczonymi w 100% po jednym użyciu) dłońmi. Ukoił, poprawił stan skóry. Od tej pory polubiłam go bardzo i już zużyłam ponad połowę, a do zapachu tak się przyzwyczaiłam, że zaczęły przeszkadzać mi perfumowane produkty. 
Ogólnie:
+ fajny skład
+ bardzo poręczne opakowanie
+ interesujący, naturalny zapach (ale trzeba do niego przywyknąć)
+ dobre działanie (czy jest moim ulubieńcem to nie wiem, ale lubię go)
+ cena nie jest niska, ale nie tragiczna – ok 5 – 6$ (ok. 15-20 zł)

Skoro już wpadłam w nastrój pisania, postanowiłam podzielić się jeszcze jednym odkryciem z Biochemii Urody, o którym pewnie nigdy bym nie usłyszała, gdybym kiedys nieopatrznie nie wpadła na jeden z polskich portali, dość mocno zachwalający produkty tego sklepu. I tak po raz pierwszy w życiu przeczytałam o hydrolatach. 

Muszę przyznać, że nazwa Hydrolat oczarowy wprowadziła mnie w małe zakłopotanie, a nawet zdumienie, ponieważ skojarzyła mi się z oparami, moczarami i z czymkolwiek, co ani nie pachnie, ani nie działa, za to jest dziwne ;) Jednakże po przeczytaniu nie wiem ilu pozytywnych opinii postanowiłam i ja się skusić na to cudo. 
Hydrolaty to nic innego jak po prostu wody roślinne. Zainteresowanych co to jest zapraszam do przeczytania wytłumaczenia na takich stronach jak BU (Biochemia Urody) czy Mazidła. Są bardzo przyjemnymi w stosowaniu produktami, w 100% naturalnymi, o ładnych zapachach i dość dobrym działaniu (niektórzy by powiedzieli: rewelacyjnym działaniu). Niektóre działają ściągająco, inne kojąco, orzeźwiająco, nawilżająco itd itp. Hydrolatów jest wiele (sama zakupiłam jeden tylko i wyłącznie z uwagi na zapach, przyznaję się bez bicia – chodzi oczywiście o hydrolat różany) i myślę, że każdy może wśród nich znaleźć coś dla siebie.
Jedyne, co mogłabym polecić, to dokupienie sobie buteleczki z atomizerem i spryskiwanie takim hydrolatem twarzy, zamiast używaniem go na wacik i w ten sposób przemywanie twarzy (starcza na baaardzo bardzo długo). Hydrolaty stanowią też dobrą bazę dla osób lubiących domowe specyfiki (np. maseczki własnej roboty), można je mieszać z innymi składnikami i kombinować, kombinować, kombinować. Hydrolaty z BU przychodzą w dość ascetycznych plastikowych opakowaniach – osoby uwielbiające fikuśne opakowania mogą więc być odrobinę rozczarowane, ja jednak lubię taki system, bo dzięki czemu jako klient płacimy głównie za produkt. 
Hydrolat różany Hydrolat cytrynowy Hydrolat oczarowy Atomizer

Środek do demakijażu był jedną z moich pierwszych obaw przy postanowieniu zaprzestania kupowania produktów testowanych na zwierzętach. Wszystko dlatego, że po latach używania takich sobie o mleczek, płynów czy innych specyfików, testowania, narzekania, na dwa tygodnie przed odkryciem polityki firm testujących na zwierzętach – znalazłam wreszcie swój ulubiony kosmetyk do demakijażu, oczywiście jednej z testujących firm. Byłam załamana, że niegdy już nie znajdę nic sensownego, ale jakże się myliłam. Faktem jest, że spędziłam trochę czasu na szukaniu czegoś fajnego i nie koszmarnie drogiego, jednak po wcale nie tak długim czasie odkryłam sklep internetowy Biochemia Urody.

I tak wpadłam na ich stronę i mój wzrok automatycznie padł na olejki myjące (Biochemia Urody). Po przejrzeniu oferty zadecydowałam, że po prostu muszę wypróbować olejki zapachowe (pomarańczowy i drzewko różane), ponieważ uwielbiam naturalne zapachy. Złożyłam na BU większe zamówienie dla siebie i rodziny  i dośc długo czekałam na przesyłkę (mieszkam za granicą i przesyłak musiała przejść bardzo długą drogę, zanim do mnie dotarła ;) )
Olejku pomarańczowego używam już od co najmniej dwóch miesięcy i jestem nim totalnie zachwycona. Nie wkleję tu jednak jego zdjęcia, gdyż buteleczka ma jedną wadę – szybko się brudzi i wygląda bardzo „niewyjściowo” przy końcówce używania. Po pierwsze, olejek ma fantastyczny zapach. Masuję nim skórę i z lubością wdycham zapach pomarańczy. Zapach jest świeży, nie perfumowany, nie jest dodawany do żadnej bazy mleczka (poza emulgatorem, ale to inna bajka), więc jest czysty, chociaż nie przytłaczający. Konsystencja olejku bardzo mi podpasowała, ponieważ od jakiegoś czasu nie cierpię po prostu mleczek do demakijażu, którym muszę po sto razy trzeć moje nieszczęsne oczy, marnując przy tym po 5 płatków bawełnianych. Nie, to po prostu nie dla mnie. Olejek ten oczyszcza całą skórę i świetnie radzi sobie z makijażem – nawet z eyelinerem i tuszem do rzęs. Ponieważ zawiera dodatek emulgatora, pomimo iż ma konsystencję oleistą, łatwo go zmyć i nie zostawia na twarzy żadnej tłustej powłoki. Jak dla mnie kosmetyk idealny – 10/10. Pomimo iż znalazłam kilka innych kosmetyków do demakijażu, które całkiem chętnie używam (choć jeszcze więcej takich, które niezbyt chętnie), do tego będę z pewnością wielokrotnie wracać. Myślę że przy dośc regularnym używaniu (czasami używałam innego środka do demakijażu, ale rzadko) starcza mi na około 2 – 2,5 miesiąca. 
Podsumowując:
+ fajna konsystencja
+ nie trzeba trzeć oczu ani twarzy, żeby pozbyć się zabrudzeń i makijażu
+ radzi sobie nawet z tuszem do rzęs i eyelinerem
+ nie klei się, chociaż nie każdemu podpasuje konsystencja olejku
+ nie zostawia dziwnego filmu na skórze
+ zapach jest na 6+
P.s. Specjalne podziękowania dla mojej koleżanki z pewnego portalu, która również wybrała styl życia cruelty – free za pomoc, słowa zachęty i utwierdzanie mnie w moim pomyśle prowadzenia bloga. Dzięki niej już niedługo pojawią się tu zdjęcia i zdecydowanie więcej notek ( a możliwe, że i więcej gości ;) )

  • RSS